TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Beniaminy, Dariusza, Gabrieli 19 Grudnia 2018, 09:08
Dziś -6°C
Jutro -1°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 285

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 285

A jednak się przemógł. I wybrał się do pielgrzymów na trasę, tak jak prosili, z wałówką. Było to wbrew wszelkim jego standardom, które pamiętał z młodości. Wówczas wraz z kolegami mieli swoje zasady. Pielgrzymka to miała być pielgrzymka, a nie impreza rozrywkowa z kateringiem dostarczającym jedzenie. Bo jakkolwiek masowe dowożenie posiłków dla całych grup zaczęło się nie tak dawno, to jednak odkąd pamiętał, zawsze zdarzały się przypadki takiego przywożenia wałówki. Niektórzy rodzice tak bardzo martwili się o swoje pociechy, że często gęsto podjeżdżali na pierwszym, drugim czy piątym noclegu z jedzeniem dla „biedaczków”. Za pierwszym razem były to zwykle skromne porcje, to znaczy olbrzymie porcje, ale przeznaczone tylko dla swoich pociech. Ale ponieważ dzieciaki zdążyły już załapać ducha pielgrzymkowego i natychmiast dzieliły się tym, co rodzice przywieźli z innymi, a chętnych zawsze było sporo, więc zatroskani rodzice następnym razem, przywozili nie jednego pieczonego kurczaka a pięć, albo dziesięć. Niech dziecko ma i niech się podzieli, skoro już musi. Pamiętał też, jak podczas jednej pielgrzymki deszcz padał przez sześć dni i nocy z rzędu, a niektórzy rodzice codziennie przywozili suche ubrania, a także coraz to nowe „najlepsze” rozwiązania na deszcz: płaszcze, pałatki, parasole i wszelkie inne cuda. I nie mogli się pogodzić z faktem, że wieczorem ich dziecię i tak było prawie całkowicie przemoczone, jeśli nie od deszczu, to od potu gromadzącego się pod nieprzepuszczającymi powietrza wynalazkami „na deszcz”.
Mateusz pamiętał, że zawsze się takich rzeczy wystrzegał, i tej dowożonej wałówki i innej pomocy „z zewnątrz”. W pewnym sensie było to pochodną kompleksów, bo skoro wiedział, że do niego raczej nikt z wałówką nie dojedzie, to może po prostu wstydził się korzystać z pomocy innych, wiedząc że sam się nie odwdzięczy. Tak, to był na pewno jeszcze ten okres, kiedy lękał się przyjąć coś od kogoś wiedząc, że nie będzie mógł się zrewanżować. Dzisiaj już wiedział, jak bezrozumna była to postawa i jak długo trzymała go daleko od przyjmowania bezinteresownego dobra. Pewnie gdzieś dopiero w seminarium dotarło do niego, to co powiedział bodajże Seneca, że zbyt szybki rewanż jest odmową przyjęcia podarunku. Początkowo było to dla niego szokiem, ale jak już pojął o co chodzi filozofowi, odkrył zupełnie nową jakość życia. Nie tylko zaczął przyjmować, ale też obdarowywać tych, o których wiedział, że nigdy nie będą mogli się zrewanżować. Przynajmniej nie tym samym. To było coś niesamowitego. I dopiero po latach okazało sie, że to nic innego jak realizacja Ewangelii.
Ale niekorzystanie z dowożonych posiłków na pielgrzymce to jednak było coś więcej niż kompleksy. To była chęć postawienia sobie poprzeczki wysoko. Jemy tylko to, co sobie sami przygotujemy. Myjemy się w misce, najlepiej w zimnej wodzie. Śpimy w namiocie, który sobie sami rozstawimy każdego wieczoru i każdego ranka go złożymy i zostawimy w ciężarówce. A kiedy już padało dzień po dniu i przygotowane pola namiotowe stawały się bajorami, można było skorzystać ze stodoły. Ale nigdy z mieszkania. Jesteśmy pielgrzymami!
Pamiętał, z jakim wielkim zdziwieniem przeczytał regulamin pewnej pielgrzymki z północy, gdzie stało jak wół: „śpimy tylko u ludzi, nie śpimy w namiotach. Jako pielgrzymi mamy korzystać z ludzkiej życzliwości i gościnności, sprowadzając Boże łaski również dla goszczących nas rodzin”. W sumie takie rozumowanie było doskonałe, nie liczymy na siebie na swoją samowystarczalność, ale jako pielgrzymi na ludzką życzliwość, ale Mateusz w młodości myślał dokładnie odwrotnie, że właśnie samemu trzeba się o wszystko zatroszczyć. I nie iść na kompromisy.
W tamtych czasach zawsze kilku pielgrzymów musiało zostać i pomagać w załadunku bagaży liczącej kilkaset osób grupy, a następnie je rozładować już na miejscu kolejnego noclegu. Jeżeli rano padał deszcz albo była rosa, to po przyjeździe na miejsce noclegu trzeba było natychmiast powyciągać z worków wszystkie namioty, aby zdążyły przeschnąć przed wieczorem. I do tego wszystkiego trzeba było rąk do pracy, więc był też i taki dyżur, że jeden dzień trzeba było po prostu jechać z bagażami. Mateusz i jego przyjaciele robili zawsze wszystko, żeby na ten dyżur się nie załapać. No bo jak to? Przecież oni chcieli przejść całą pielgrzymkę na własnych nogach, a nie wozić się z bagażami! Na szczęście zawsze znaleźli się inni bracia, którzy bardzo chętnie brali te dyżury za nich, bo się im nie chciało iść. Ale jak się później okazało, koledzy ci wykorzystywali tę sytuację jeszcze w innym celu, a mianowicie co ładniejszym siostrzyczkom z pielgrzymki rozstawiali namioty licząc na jakąś wdzięczność. I faktycznie potem do końca pielgrzymki mieli robione kanapki, a jeden nawet się ożenił z taką siostrą, której rozstawiał namiot. Kiedy dostrzegł ten fakt Mateusz i jego koledzy przez chwilę mieli zawahanie, ale tylko przez chwilę. Bo przecież przejść całą pielgrzymkę na swoich własnych kończynach, to było jednak coś!
Co prawda dzisiaj już z tych wyobrażeń i założeń odnośnie pielgrzymki niewiele Mateuszowi zostało i najbardziej istotne stało się przekonanie, że w pielgrzymowaniu najważniejszy jest ten, który idzie obok mnie, i nawet Ta, do której się idzie nie ma o to pretensji, a wszelkie rekordy osobiste nie służą czemu innemu jak niepotrzebnej zupełnie i szkodliwej pysze, to jednak do przywożenia wałówki miał ciągle sprzeczne odczucia. Czasami w tym kontekście przypominał sobie, jakie miał problemy Święty Franciszek w założonych przez siebie wspólnotach, w których wszyscy mieli żyć w ubóstwie utrzymując się z tego, co im ludzie dadzą jako jałmużnę. Za każdym razem kiedy Franciszek wyruszał w jakąś podróż misyjną, po powrocie zastawał swoich braciszków i siostrzyczki suto zaopatrzonych przez bogatych krewnych, którzy nie mogli sobie wyobrazić, aby pozostawić swoje córki i synów bez środków do życia, a przecież wielu z nich pochodziło z nobliwych i bogatych rodów. A jak Franciszek wreszcie ujął te zasady oparte na Ewangelii w regule, to jeden braciszek, który miał ją dostarczyć gdzie trzeba... zgubił ją po drodze!
Czasami z pielgrzymami bywało podobnie i Mateusz właśnie za tym nie przepadał. Ale tym razem uczynił kolejny krok do przodu i się przemógł. Skoro jego kochani parafianie, a teraz pielgrzymi właśnie tego oczekują, to czemu on ma być takim purytaninem? Poczynił więc stosowne poczynania. Pierwsza wizyta u rzeźnika, druga u piekarza, trzecia w cukierni i jak się okazało, we wszystkich tych punktach właściciele oczekiwali na niego z otwartymi sercami i... nikt nie chciał wziąć od niego pieniędzy.
- Kochani, ale przecież wy z tego żyjecie, to jest wasza praca i utrzymanie - próbował przekonywać Mateusz. - A poza tym jak ja się u was pojawię po raz kolejny, będzie wyglądało, że znowu chcę za darmo.
- Proszę księdza, - odpowiedział mu piekarz - my od tego nie zbiedniejemy. A kiedy ja będę miał okazję choćby do tego uczynku miłosierdzia co do ciała: głodnych nakarmić, podróżnych w dom przyjąć? Do domu nikt nie zajdzie, a przez proboszcza ja zajdę do pielgrzymów - śmiał się. - Niech jedzą na zdrowie i „Zdrowaśkę” za moją rodzinę zmówią. I proszę, żeby mnie tam nigdzie nie wymieniać w podziękowaniach. Niech się pomodlą, bo ja sam chętnie bym poszedł, ale widzi proboszcz ten brzuch? Kolana siadają... Więc chociaż w taki sposób się włączę...
- Bardzo ładnie pan to powiedział, wiec nie będę się upierał. A pomodlą się nie tylko pielgrzymi, ale też i my w kościele. Serdecznie dziękuję - odpowiadał Mateusz nie tylko piekarzowi, ale i innym, którzy wypowiadali się w podobnym tonie. I po raz kolejny zdumiewał się nad pokładami dobra, które pielgrzymka odkrywa nie tylko w swoich uczestnikach.
Kiedy już wszystkie wiktuały znalazły się na plebanii, panie z Kółek Różańcowych w niedzielny poranek ugotowały co trzeba, okazało się, że mateuszowy busik ledwo wystarczył, aby wszystko pomieścić i przewieźć w stanie zdatnym do spożycia. Po Mszy o godz. 11.00 Mateusz zostawił w parafii ks. Dawida i ruszył do pielgrzymów. Aż mu się gęba śmiała w lusterku wstecznym na myśl, jaki obiad niedzielny wiezie dla pielgrzymów. Przypomniał sobie, jak kiedyś znalazł się w jednej z parafii na zachodnim wybrzeżu USA, ze słabą znajomością języka i w  niedzielę odnalazł parafię katolicką, i choć był księdzem uczestniczył w Eucharystii w ławce a nie przy ołtarzu. Zauważył, jak po Mszy ludzie podchodzili do rozstawionych stolików i częstowali się kawą i ciastem. Strasznie mu się wtedy chciało tej kawy. Podszedł więc w tej swojej koszuli z koloratką i zapytał łamanym angielskim, ile kosztuje kubek kawy. Pięknej czarnoskórej Amerykance uśmiech na twarzy zniknął z wrażenia. Powiedziała: „Ojcze! Jest niedziela! Kawa dla wszystkich za darmo! Skąd ty się zerwałeś?” i wręczyła mu kubek pachnącej amerykańskiej lury, która smakowała mu jak nigdy.
Kiedy zajechał na miejsce postoju zobaczył zmęczonych upałem pielgrzymów siedzących na trawie. Wyskoczył ze swojego busa, jakby miał ze dwadzieścia lat mniej i  zanim ktokolwiek powiedział „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” wrzasnął na całe gardło:
- Dzisiaj niedziela! Domowy obiad dla wszystkich! Rosół, kiełbaski, ciasto, jogurty i najlepsza kawa pod słońcem dla wszystkich!”
Za chwilę nawałnica nagle odżyłych pielgrzymów mało go nie przygwoździła do busa. A jeden z braci, Stanisław, pielgrzym z długoletnim doświadczeniem, rozglądał się po garnkach i termosach i cmokał z zadowoleniem. następnie zmrużył oczy i spojrzał na Mateusza.
- Best proboszcz ever! - skwitował.

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!