Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2017-12-18 17:21:46

Dom Józefa naszym domem cz. II

Nasze myśli ponownie biegną do pierwszego sanktuarium świata, jakim był dom Józefa w Nazarecie. Tam uczymy się, jak zbudować dobry dom, kiedy mamy prawo nazywać siebie ojcem, a także jak nie zmarnować życia, a właściwie to jak zmarnować je w taki sposób, aby je pozyskać i osiągnąć spełnienie. I w tym wszystkim naszym nauczycielem jest Święty Józef.

Podejmijmy naszą myśl w miejscu, w którym rozstaliśmy się przed dwoma tygodniami. Święty Józef, podobnie jak przyjął i otoczył miłością i czułością Maryję z Dzieciątkiem, które nie było jego biologicznym dzieckiem, tak samo przyjmie każdego odrzuconego, zranionego, skazanego na margines człowieka i pomoże uleczyć jego rany. Bo on chce się tymi ranami zająć, jak to widzimy na obrazie Millaisa, który jest inspiracją i ilustracją dla o. Pelanowskiego i dla naszych rozważań. To właśnie św. Józef został przez samego Boga wybrany, aby razem ze swoją małżonką Maryją byli dla małego Jezusa nauczycielami łagodności i miłości dla poranionych i chorych, którą później będzie się dorosły już Jezus charakteryzował. Jak pisze o. Pelanowski, „ktoś z ludzi musiał nauczyć Boga być człowiekiem, bo nie wystarczy się nim urodzić - i byli to Józef i Maryja”. Dzieci naśladują matkę lub ojca i nie inaczej było z Jezusem. Uczył się głównie od Józefa, który we wszystkim pełnił wolę Boga objawianą mu stopniowo we śnie. Józef jako budowniczy, bo tak można przetłumaczyć słowo jakim jest on określany w Ewangelii, używał w swojej pracy nie tylko drewna, jak sobie najczęściej wyobrażamy, ale wielokrotnie również kamieni, często pewnie również takich odrzuconych przez innych murarzy. Nietrudno założyć, że to właśnie od Józefa Jezus przyjął inspirację w swojej nauce o kamieniu odrzuconym przez budujących, który stał się kamieniem węgielnym w określaniu samego siebie, ale również w tym sensie, że również Jezus nikogo nie odrzucał, żaden człowiek nie był dla Niego tak „wybrakowany”, żeby z niego zrezygnować. Spracowane ręce, modlitwa i nauka św. Józefa musiały mieć swój udział w takiej postawie Jezusa. Wiemy już więc, dlaczego warto do Józefa się uciekać.
Kogo można nazywać ojcem?
Jak wspomnieliśmy św. Józef był cieślą, czyli budowniczym, ale o. Pelanowski zaprasza nas do pogłębionego spojrzenia, które nie ogranicza małżonka Maryi do jakiegoś „wiejskiego partacza, klecącego rozwalającej się lepianki”. Żeby budować nawet najprostsze domy trzeba mieć znajomość podstaw fizyki i geometrii, a generalnie cieśle w czasach Jezusa uchodzili za grupę ludzi szczególnie rozwiniętych umysłowo. Kiedy pojawiało się jakieś trudne zagadnienie szukano właśnie cieśli, aby pomógł je rozwikłać. Zresztą całość kultury żydowskiej, której istnienie oparte było na przekazywaniu wiedzy i mądrości (skutecznym jak się wydaje wskazywać fakt, że aż 28% wszystkich noblistów ma żydowskie korzenie), a przede wszystkim objawianiu Słowa Bożego, pozwala nam założyć, że Józef nauczał swojego Syna nie tylko ciesielki. I jeżeli potem dwunastoletni Jezus „zaginał” w rozmowie uczonych mędrców w świątyni, to nie możemy tego faktu tłumaczyć tylko i wyłącznie Boską wiedzą, którą Jezus miał „wlaną”, ponieważ był Synem Bożym: w tym musiał być również wkład nauki przekazanej przez Józefa. Zdaniem o. Pelanowskiego św. Józef choć nie był biologicznym ojcem Jezusa, żył tak, jakby nim był, otaczał Go opieką i poświęcał Mu się z całą miłością, dlatego życie Józefa nigdy nie było puste czy bezcelowe, jego życie było bogate, stąd też jego imię Joasaf co oznacza „niech Jahwe pomnoży” albo „niech Jahwe ubogaci”. I stąd łatwo wyciągnąć wniosek, ze im bardziej ojcowie potrafią dostrzec w swoich dzieciach podobieństwo do Jezusa, tym wyraźniej odkryją w sobie ubogacenie. Niestety, prawdziwy jest również wniosek odwrotny: jeżeli ojcowie narzekają na pustkę, bezsens i uciekają od swoich dzieci to jest tak dlatego, że nie uczynili nic, aby ich dzieci nabrały podobieństwa do Jezusa. 
Dochodzimy tutaj do interesującej kwestii. Pamiętamy z Ewangelii, że Jezus surowo przykazał swoim uczniom, aby nikogo nie nazywali „ojcem” poza Bogiem. Ojciec - nomen omen - Pelanowski wyjaśnia: „Ludzie mówią do mnie ojcze - ale tylko o tyle mam prawo do tego wyjątkowego słowa, o ile moje postępowanie, słowa, życie, myśli, spojrzenie, gest, wyrozumiałość, empatia, zrozumienie, tłumaczenie, czas innym poświęcony, przebaczenie, promocja, a nawet sposób korektowania czy niekiedy wręcz karcenie, jest świadczeniem o Ojcu w Niebie. Inaczej mówiąc: mam prawo do słowa Ojciec, gdy moje życie przybliża ludziom Boga Ojca - gdy dobrze Go reprezentuję”. I właśnie taka jest rola nie tylko każdego kapłana i zakonnika, ale przede wszystkim każdego biologicznego ojca - reprezentować Ojca w Niebie. Każdy ojciec ma być obrazem Boga, ale niestety często staje się raczej „obrazą” Boga. Dzieje się tak dlatego, że bardzo silny atak Szatana jest skierowany właśnie przeciwko ojcostwu i rodzinie w naszych czasach, czemu trudno się dziwić, skoro taka jest rola ojca, jak właśnie stwierdziliśmy. O. Pelanowski cytuje niektóre wyniki badań: „Dziecko wychowywane bez ojca traci swoją tożsamość - nie wie kim jest, po co żyje, nie wie, jaka jest jego wartość, a czasami nawet nie wie, jaką ma płeć. Kobiety wzrastające bez obecności ojca, statystycznie częściej, niż wychowywane także przez tatę, podejmują wczesne kontakty seksualne, mają nieślubne dzieci i częściej się rozwodzą”. Trzeba się bronić czytając te dane przed jakimś determinizmem: przecież syn pijaka niekoniecznie musi zostać pijakiem, a syn ateisty ateistą, jednak tym bardziej trzeba docenić rolę ojca, który dobrze ją wypełnia, jako ambasador Ojca niebieskiego. W tym miejscu warto przypomnieć, że nie przez przypadek jedyna modlitwa, jakiej nauczył nas Jezus, zaczyna się od słów „Ojcze nasz”. „On chce być przez nas tak nazywany, bo wie, że to z tym ojcostwem najczęściej mamy najwięcej problemu - tłumaczy o. Pelanowski. - Już pierwsze słowo modlitwy jest wejściem w ranę i jednocześnie jej leczeniem, a dla niektórych przypomnieniem, że w ogóle takie słowo istnieje!”
Do przodu czy wokół
własnego ogona?
Fundamentalne pytanie dla tej części naszych rozważań brzmi: czy historia naszego losu jest nieustannym powtarzaniem tych samych błędów, czy raczej czymś, co się wypełni? Innymi słowy kręcimy się ciągle w kółko popadając w rutynę i zniechęcenie, czy też ciągle idziemy do przodu rozwijając się i zmierzając ku spełnieniu i ku nieśmiertelności? Jeśli spojrzymy na Jezusa to widzimy, że był on człowiekiem spełnionym, bo wypełnił słowo Boże, wolę Ojca. Człowiek spełnia się wtedy, gdy słowa Boga stają się wydarzeniem. W tym kontekście o. Pelanowski próbuje wyjaśnić jak wypełnić słowa Ewangelii, które mówią, że trzeba stracić życie, aby je pozyskać, aby się zbawić. Grecki czasownik apollymi, czyli „wyniszczyć”, „zgubić”, albo „zmarnować”, można rozumieć na cztery sposoby. W pierwszym chodzi o coś, co leży w naszym interesie, a mianowicie utracić życie egocentryczne, i zacząć żyć dla innych, jak nas uczy Jezus. Drugi sens utraty własnego życia można rozumieć jako zaryzykowanie własnego życia, kariery czy opinii o sobie ekskluzywnie z powodu Ewangelii i Jezusa. Wyprzeć się wszystkiego i poświęcić się głoszeniu Jezusa i Jego miłości. W trzecim znaczeniu apollymi to utrata swoich złudnych wyobrażeń o życiu, zgodzić się na to co daje Bóg, a nie wymuszać na Nim realizacji własnych marzeń. W tym przypadku najczęściej mamy do czynienia po prostu z pychą, która nakazuje nam widzieć swoje życie, plany, żądze jak najdalej od tego, co ma w swoim sercu Bóg. Antidotum jest tu oczywiście pokora, ale próżno szukać takiej wskazówki u współczesnych terapeutów i doradców, którzy raczej jeszcze bardziej rozbudzają pychę w człowieku. I wreszcie ostatnie znaczenie utraty życia to zabicie.
Podsumowując stracić życie, aby je pozyskać oznacza przekroczenie naszego patrzenia skoncentrowanego na życiu ziemskim w kierunku życia wiecznego, pozbyć się uzależnienia od grzechu, stracić może w oczach ludzi, ale zyskać w oczach Boga. Nie kręcić się w kółko, ale wyjść na drogę ku wieczności. Przekraczać ciągle pojawiające się ograniczenia. Człowiek kręci się w kółko, kiedy ciągle powtarza te same grzechy, te same schematy i myśli, że nie jest w stanie ich przekroczyć. Może nawet myśli dobrze, bo rzeczywiście samemu może sobie nie poradzić, ale przecież właśnie wtedy przychodzi nam z pomocą Bóg. Dla Niego nic nie jest niemożliwe, i to co powtarzalne On może uczynić niepowtarzalnym.
Święty Józef wielokrotnie znajdował się w sytuacji, w której musiał przekroczyć swoje ograniczenia i pójść do przodu i zawsze to czynił, ponieważ był człowiekiem sprawiedliwym, co w Biblii nie oznacza tylko postępowania zgodnie z litera Pisma. Sprawiedliwy to ten, który domyśla się tego czego Bóg nie powiedział, a co jest Jego pragnieniem, sprawiedliwy widzi dno Bożego serca i czyta w nim ukryte oczekiwania Najwyższego. Właśnie dlatego św. Józef człowiek sprawiedliwy, ciągle przekracza samego siebie, wychodzi poza swoje wyobrażenia i lęki, słucha bardziej Boga niż siebie, ufa bardziej jego planowi, niż swoim uczuciom, dlatego nie jest jakimś marzycielem, Piotrusiem Panem, ale idzie do przodu i jest człowiekiem spełnionym.
Na tym zakończymy nasze rekolekcje adwentowe, ale jeszcze powrócimy za dwa tygodnie wraz z o. Pelanowskim do domu Józefa. Bo warto od niego się uczyć. Nie tylko w Adwencie.

Tekst ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Święty Józef

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 1514

Opiekun nr 2(515) od 14 stycznia 2018

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in artykuł ks. Andrzeja Antoniego Klimka o tym jak wychowywać do mediów.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej