Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2016-08-25 12:40:10

Jestem do zapisania

sdm

Czasem tak jest, że sama droga jest ważniejsza od celu.
I nie zawsze trzeba wejść, aby być.

Tak, to były oczywiście Światowe Dni Młodzieży i już pisałem przed dwoma tygodniami w edytorialu, że mam kłopot z wiekiem ;) Ale jednocześnie odczuwałem w tych dniach niesamowitą nostalgię i smutek, że coś tak niesamowitego tym razem śledzę z dystansu, ustępując niejako miejsca innym. I powoli zaczęła we mnie kiełkować decyzja, że nie mogę tak tego zostawić. Nie mogę sobie pozwolić na to, że papież Franciszek jest w moim kraju, a ja nie wezmę udziału w żadnym z nim spotkaniu. Że nie poczuję choć przez chwilę tej atmosfery, która z całą pewnością by mnie wchłonęła i pozwoliła zapomnieć o „wiekowych” dylematach.

Znak z Góry
Raz jeszcze przestudiowałem program wszystkich spotkań z udziałem Franciszka, a następnie mój kalendarz tak parafialny, jak redakcyjny i okazało się, że jest taki moment, w którym mogę być tam blisko i konkretnie, jak zachęcał Papież w Częstochowie. I jakby na to nie spojrzeć, chodziło o Mszę św. z kapłanami i zakonnikami, świeckimi konsekrowanymi i seminarzystami w sobotni poranek w sanktuarium św. Jana Pawła II, w którym do tej pory nigdy nie byłem. To miał być wyjazd „na wariata”, bez wejściówki, które były konieczne aby dostać się choćby na dziedziniec świątyni, więc był potrzebny znak od Boga. Przynajmniej ja zawsze w takich sytuacjach go oczekuję. No i znak się wydarzył i to bardzo konkretny. Na korytarzu kurialnym (a niektórzy nie wierzą, że na kurialnych korytarzach takie znaki Boże się przytrafiają)
- Andrzej, może byś chciał wejściówkę na Mszę papieża Franciszka z duchowieństwem? - zapytał mnie w przeddzień Ksiądz Kanclerz, a zarazem serdeczny przyjaciel - Dziwnym trafem mam jeszcze trzy...
I już nie było odwrotu, zwłaszcza że przyjaciel postanowił wybrać się razem ze mną. W piątkowy wieczór odnotowałem jeszcze ważne słowa Franciszka na zakończenie Drogi krzyżowej: „Dziś ludzkość potrzebuje mężczyzn i kobiet, a szczególnie ludzi młodych, takich jak wy, którzy nie chcą przeżywać swojego życia połowicznie, młodych gotowych poświęcić życie w bezinteresownej służbie braciom najuboższym i najsłabszym, na wzór Chrystusa, który oddał się całkowicie dla naszego zbawienia. W obliczu zła, cierpienia, grzechu, dla ucznia Jezusa jedyną możliwą odpowiedzią jest dar z siebie, a nawet dar własnego życia, na wzór Chrystusa; to jest postawa służby. Jeśli ktoś, kto nazywa siebie chrześcijaninem, nie żyje, aby służyć, służy tylko, aby żyć, nie nadaje się do życia. Swoim życiem zapiera się Jezusa Chrystusa”.
A kilka godzin później, nad ranem, byliśmy już w drodze do Krakowa.

Radość powołanych
Ubraliśmy wygodne buty i spodnie, na wszelki wypadek, gdyby zatrzymano nas na parkingu zbyt odległym od miejsca Eucharystii i oczywiście kapłańskie koszule. Alby i stuły w plecakach. Okazało się, że podjechaliśmy bardzo blisko sanktuarium, może piętnaście minut marszu od celu i zanurzyliśmy się w kolorowy tłum radosnych i spokojnych ludzi. Bezpiecznych. Beztroskich. Otwartych na wszystkich. Jakże nam tego było trzeba! Wcale się nie dziwię, że nawet najgorsi sceptycy i przeciwnicy „organizowania takich religijnych ewentów za publiczne pieniądze” musieli się „ponawracać” na widok tego wszystkiego, co te dni nam przyniosły. W każdym razie nawet tych kilku kilometrów nie musieliśmy iść, bo właśnie podjechał jakiś autobus i cała masa „zakoloratkowanych” mężczyzn w środku machała do nas, „że to ten” autobus, zanim zdążyliśmy zapytać ;) Dotarliśmy dość szybko w bezpośrednie sąsiedztwo sanktuarium i tam zostaliśmy skierowani w uliczkę, która prowadziła do mostu, przez który wiodła jedyna droga do sanktuarium dla posiadaczy naszych wejściówek. Nie muszę chyba mówić, że utworzył się potężny korek, ale wszyscy przyjęliśmy to ze zrozumieniem. W końcu chodzi o dziesiątki tysięcy ludzi, a kontrolę BOR musi przeprowadzić. Stoimy więc w kolorowym tłumie, złożonym głównie z księży, zakonników i zakonnic, o przepraszam (znowu mi siostry służebniczki „zmyją” głowę), z zakonników i sióstr zakonnych ;) I czekamy, co jakiś czas przesuwając się o kilka metrów i oczywiście zawieramy znajomości. Radość jest wielka. Kiedy mówimy, że jesteśmy z Kalisza, to wszyscy od razu się uśmiechają, nie wiemy, czy bardziej chodzi o nas, czy o św. Józefa, ale uznajmy, że są to współprzyczyny. Niektóre siostry zakonne nawet czytują „Opiekuna” i żadna z nich nie powiedziała, że zna naszą „gazetkę”, co jak wiecie robi ze mnie bestię, bo chodzi przecież o poważny periodyk! Jest więc wesoło, choć posuwamy się raczej powoli, no ale do Eucharystii zaplanowanej na 10.30 jest jeszcze około 45 minut. Kolejny otwarcie wejścia na most sprawia, że ja również się na nim znajduję, a solidne pchnięcie tłumu z tyłu wypycha mnie do pierwszej linii. Co oznacza, że następne otwarcie bramek pozwoli mi dostać się na drugą stronę mostu, przejść kontrolę bezpieczeństwa i trafić na dziedziniec - miejsce, w którym będę koncelebrował Eucharystię z papieżem Franciszkiem. Jak to mówią, „już był w ogródku, już witał się z gąską”.

Środki społecznego przekazu w służbie ewangelizacji
Zanim mnie wpuszczą, okazuje się, że jestem w doskonałym miejscu z punktu widzenia fotoreporterskiego, bo pod mostem przejeżdża kawalkada papieska, którą widzimy z lotu ptaka. Super! Pstrykam kilka fotek i cieszę się, że nie targałem na darmo dużego aparatu fotograficznego i czekam spokojnie na wejście. Tymczasem przerwa we wpuszczaniu kolejnych grup niespodziewanie się przedłuża i nagle słyszymy glosy, że Msza się już rozpoczęła. Jak to? O dziesiątej? Pół godziny wcześniej? A my? Korzystając z telefonu komórkowego obserwujemy procesję wejścia na tym swoistym mini - telebimie i nie tracimy nadziei. Ale po chwili przychodzi wolontariusz, który kategorycznie oznajmia, że Msza już rozpoczęta i od tej strony nikogo już nie wpuszczą. Mamy zejść na dół i podejść od drugiej strony na tak zwane błonia, gdzie jest telebim i tam uczestniczyć we Mszy Świętej. Wtykamy więc sobie po jednej słuchawce w ucho i wpatrując się w ekran komórki udajemy się na wskazane miejsce. A papież mówi kazanie. Do nas.
„Fragment Ewangelii, którego wysłuchaliśmy (por. J 20, 19-31), mówi nam o miejscu, o uczniu i o księdze (…). Jezus posyła. Od samego początku pragnie On, aby Kościół wychodził, aby szedł do świata. (…) Uderzający kontrast: podczas gdy uczniowie zamykali drzwi ze strachu, Jezus posyła ich na misję; chce, aby otworzyli drzwi i wyszli szerzyć z mocą Ducha Świętego przebaczenie i pokój Boży. W mocy Ducha Świętego. To wezwanie skierowane jest także do nas. Jakże nie usłyszeć tu echa wielkiej zachęty świętego Jana Pawła II: „Otwórzcie drzwi!”? Jednak w naszym życiu kapłanów i osób konsekrowanych często może pojawić się pokusa, by ze strachu lub wygody pozostać trochę zamkniętymi w nas samych i w naszych środowiskach. Jezus jednak wskazuje drogę tylko w jednym kierunku: wyjść z naszych ograniczeń. To podróż bez biletu powrotnego. Chodzi o to, by dokonać wyjścia z naszego „ja”, aby stracić swoje życie dla Niego (por. Mk 8, 35), idąc drogą daru z samego siebie. Z drugiej strony, Jezus nie lubi dróg przemierzanych połowicznie, przymkniętych drzwi, podwójnego życia. Wymaga, by wyruszyć w drogę bez obciążeń, wyjść rezygnując ze swoich zabezpieczeń, mocni jedynie w Nim.
Innymi słowy, życie Jego najbliższych uczniów, do których grona jesteśmy powołani, składa się z konkretnej miłości, czyli służby i dyspozycyjności; jest to życie, gdzie nie ma przestrzeni zamkniętych i własności prywatnych, dla własnej wygody. Albo przynajmniej nie powinny takie istnieć”.

Uprzywilejowanie koloratki
Mocne słowa, które Franciszek kieruje do nas księży, nie tylko dotykają ważnych kwestii sposobu życia powołanych do kapłaństwa, ale w pewnym stopniu są jakby komentarzem do naszej dzisiejszej konkretnej sytuacji, kiedy „tułamy się” w poszukiwaniu miejsca, gdzie by można przeżyć tę Eucharystię. Ale to oczywiście taki prywatny wątek uboczny. Słowa Franciszka są jak motto na całe kapłańskie życie: „Ten, kto postanowił upodobnić całe swoje życie do Jezusa, nie wybiera już swoich własnych miejsc, ale idzie tam, gdzie został posłany; gotów odpowiedzieć Temu, Który go wzywa, nie wybiera już nawet czasu dla siebie. Dom, w którym mieszka, nie należy do niego, ponieważ Kościół i świat są otwartymi miejscami jego misji. Jego skarbem jest wprowadzać Pana w środek życia, nie szukając innego skarbu dla siebie. W ten sposób unika sytuacji samozadowolenia, które postawiłyby go w centrum, nie staje na chwiejnych postumentach potęg światowych, ani nie opiera się na wygodach, które osłabiają ewangelizację; nie marnuje czasu na planowaniu bezpiecznej i zasobnej przyszłości, aby uniknąć ryzyka stania się odizolowanym i skrytym, zamkniętym w ciasnych murach egoizmu bez nadziei i radości. Zadowolony w Panu, nie zadowala się życiem przeciętnym, ale płonie pragnieniem świadczenia i dotarcia do innych; lubi ryzyko i wychodzi, nie ograniczony drogami już wytyczonymi, lecz otwarty i wierny trasom wskazanym przez Ducha Świętego: przeciwny wegetacji, uradowany z ewangelizacji”.

Co ze mnie odczytają?
Mocne słowa. Ich dalszą część możemy już wysłuchać na błoniach i zobaczyć co nieco na telebimie. Ale przede wszystkim słuchamy: „Czego Jezus od nas oczekuje? Pragnie On serc naprawdę konsekrowanych, które żyją przebaczeniem otrzymanym od Niego, aby je przelewać ze współczuciem na braci. Jezus poszukuje serc otwartych i delikatnych wobec słabych - w żadnym wypadku surowych, twardych; serc uległych i przejrzystych, które nie udają wobec tych, którzy mają w Kościele zadanie wskazywania drogi. Uczeń nie waha się stawiać sobie pytań, ma odwagę przeżywania wątpliwości i zanoszenia ich Panu, formatorom i przełożonym, bez kalkulacji i powściągliwości. Bez kalkulacji i powściągliwości. Wierny uczeń dokonuje czujnego i nieustannego rozeznania, wiedząc, że serce trzeba wychowywać każdego dnia, począwszy od uczuć, aby uniknąć wszelkiej dwulicowości w postawach i w życiu”.
I wreszcie słowa, które przemówiły do mnie najbardziej: „Można powiedzieć, że Ewangelia, żywa księga Bożego miłosierdzia, którą trzeba nieustannie czytać i odczytywać na nowo, ma wciąż na końcu białe karty: pozostaje księgą otwartą, do której pisania jesteśmy powołani - tym samym stylem, to znaczy wypełniając dzieła miłosierdzia. Pytam was, drodzy bracia i siostry: jak wyglądają karty księgi każdego z was? Czy są codziennie zapisywane? Czy są trochę zapisywane, a trochę nie? Czy może są puste? Niech nam w tym pomoże Matka Boża: Ona, która w pełni przyjęła słowo Boże w życiu (por. Łk 8, 20-21), niech da nam łaskę bycia żyjącymi pisarzami Ewangelii; niech nasza Matka Miłosierdzia uczy nas troszczyć się konkretnie o rany Jezusa w naszych potrzebujących braciach i siostrach, zarówno bliskich jak i dalekich, chorego i migranta, ponieważ służąc cierpiącym oddajemy cześć ciału Chrystusa. Niech Maryja Panna pomaga nam poświęcać się aż do końca na rzecz dobra powierzonych nam wiernych i nieść brzemiona jedni drugich, jak prawdziwi bracia i siostry we wspólnocie Kościoła, naszej świętej Matki”.
Już do końca tej Mszy Świętej przeżywanej „na raty”, za pośrednictwem mediów, nie mogę się oderwać od tego pytania, jak jest zapisywana księga, którą jestem. Przypominam sobie dni, które z lenistwa, pozostawiły po sobie z całą pewnością kartki puste, a i tych zapisanych tylko częściowo, też jest sporo... W sumie, marnotrastwo papieru... Mam wielką potrzebę sakramentu pojednania, a że kapłanów wokół nie brakuje, Bóg daje mi tę łaskę. Nie ma we mnie ani krzty żalu, że nie dostaliśmy się do środka, że tym razem owo „uprzywilejowanie koloratki”, które w tylu miejscach na świecie pozwoliło mi być w samym centrum Bożych świętych miejsc, tym razem nie zadziałało. Dobrodziejstwem sytuacji jest również postawienie się w postawie naszych świeckich braci, którzy zawsze w Eucharystii biorą udział „z tej drugiej strony” i nieraz muszą znosić nasze dłużyzny i wymądrzania się. Jest radość, że mogłem przeżyć to co przeżyłem i doświadczyć tego, czego doświadczyłem.
Po Mszy Świętej udaje nam się dostać do wnętrza sanktuarium św. Jana Pawła II i choć na chwilę zatrzymać się na kontemplacji jego wnętrza. Potem, kiedy próbujemy znaleźć nasz samochód (z podekscytowania nie sprawdziliśmy na jakiej ulicy zaparkowaliśmy ;) spotykamy siostry karmelitanki. Pełne radości. One też nie dostały się nawet na dziedziniec, choć miały wejściówki. A dla nich była to jedyna możliwość, aby opuścić zakonną klauzurę: tylko na przyjazd papieża mogą wyjść poza. I z radością wracały do swojego klasztoru a po raz kolejny będą mogły wyjść, jak papież przyjedzie ponownie. Za ile lat? Bóg jeden wie... I my mielibyśmy być smutni, że nas nie wpuścili?

Tekst i foto ks. Andrzej Antoni Klimek


Galeria fotografii

Przeglądaj galerię wersji Flash

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Światowe Dni Młodzieży

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 24

Opiekun nr 24(511) od 19 listopada 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. "Brat naszego Boga" - pożegnanie ze św. Albertem oraz artykuł o niedawno otwartej Pustelni Salezjańskiej "Ognisko Miłosierdzia"

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej