Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2017-01-31 12:35:21

Ucieczka od świata

Adam Chmielowski już w Monachium odkrył, że jego idealistyczne podejście do malarstwa nie idzie w parze z dyktatem zewnętrznego świata, zwłaszcza świata sztuki. Nie potrafił w tym świecie funkcjonować i musiał szukać swojej drogi. I szukał uciekając.

Przed dwoma tygodniami pojawiła się w tym miejscu relacja z poświęcenia kaplicy św. Brata Alberta Chmielowskiego, która stała się pierwszą świątynią wiernych należących do nowo powstałej parafii pod jego wezwaniem w Kaliszu. To kolejny znak, że jego dziedzictwo jest ciągle żywe, nie tylko w schroniskach, i ciągle inspiruje i będzie inspirować jeszcze bardziej w miarę rozwoju nowej parafii. Taki to będzie ten Rok Świętego Brata Alberta Chmielowskiego na naszych łamach: pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Dzisiaj wracamy ponownie do Adama Chmielowskiego, który jeszcze nie do końca wie, co zrobić ze swoim życiem. Właśnie zakończył swój pobyt w Monachium, gdzie studiował malarstwo, studiował bardzo pieczołowicie, jakby miał przekonanie, że w „kopalni talentów”, którą - jak stwierdził św. Jan Paweł II - uczynił go Bóg, ten konkretny diament talentu malarskiego wymaga szczególnego i pracochłonnego szlifu, by stać się brylantem.

Najmędrszy jako malarz
Wiemy, że już w styczniu 1875 roku Adam Chmielowski jest już w Warszawie. Świadczy o tym jego podpis w księdze parafialnej kościoła św. Aleksandra, poświadczający zgon Józefa Gierymskiego, ojca Maksa i Aleksandra Gierymskich, a jak pamiętamy Adam był bliskim przyjacielem Maksa. Fakt ten potwierdza również Antoni Piotrowski we wspomnieniach o Józefie Chełmońskim (ukazały się na łamach „Gazety Warszawskiej” w 1914 roku) i warto zacytować tutaj ich fragment, gdyż świetnie charakteryzuje on Adama Chmielowskiego z tamtego okresu: „Adam był z nas wszystkich najmędrszy jako malarz. Chociaż nie mógł nic dokończyć i psuł cudowne rzeczy. Brak nogi dla człowieka o sile bajecznej, który potrzebował ruchu, wywoływał dolegliwości żołądka, te znowu wpływały na humor. (…) Pomału zaczynały się przyłączać do naszego grona bratnie dusze. Jedną z najbardziej bratnich była Helena Modrzejewska. Przychodziła oglądać arcydzieła Józefa (Chełmońskiego), obrazy Witkiewicza, kapryśne a niezrównane harmonie prawie muzyczne Adama. Na jej salonach, w których gromadziły  się finanse i arystokracja, widywano (…) Chełmońskiego, (…) Witkiewicza i Adama z drewnianą nogą, który mówił po francusku jak Flaubert. Bankierowie patrzyli na tę trójcę i w duchu się dziwili się, że jednak pani Helena ma dziwaczne gusty, co do wyboru znajomości, a nie wiedzieli, że to była drużyna najlepszych i najtęższych umysłów w Polsce”.
Co porabiał Adam w Warszawie? Krótko mówiąc można stwierdzić, że klepał biedę mieszkając kątem u trzech przyjaciół malarzy: Chełmońskiego, Witkiewicza i Piotrowskiego, którzy przyjęli go w swojej rezydencji w Hotelu Europejskim. Z tego okresu warto jeszcze wspomnieć opublikowany w „Ateneum” esej zatytułowany „O istocie sztuki”, który kończył się lapidarnym stwierdzeniem: „istotą sztuki jest dusza wyrażająca się w stylu”, które to stwierdzenie będzie jednym z częściej cytowanych słów przyszłego Świętego. W roku 1979 Adam odbył podróż do Wenecji i stamtąd przywiózł tematy do swoich nowych obrazów, które dziwnym trafem przedstawiały... cmentarz. Po powrocie z Włoch osiadł na dłużej we Lwowie. Jak sugeruje Magdalena Kaczmarek być może również dlatego, aby być bliżej rodziny, która mieszkała wówczas na Podolu. Na pewno pobyt we Lwowie był czasem, w którym w duszy Adama zaczynał się jakiś przełom, a przynajmniej zaczął być bardziej widoczny na zewnątrz.

Szukanie drogi
Magdalena Kaczmarek pisze, że Wyczółkowski obserwował zmiany, jakie następowały w nastrojach jego przyjaciela, który jednego dnia wyczarowywał na płótnie śliczną boginkę leśną, a na drugi dzień energicznym ruchem zamalowywał ją całkowicie, niszcząc swoje dzieło. Albo wybierał się do teatru na jakieś interesujące przedstawienie, by tuż przed wejściem do sali zrezygnować ze spektaklu. Wskazuje to wyraźnie na jakieś głębokie przetasowania w duszy malarza. Przetasowania, które są właściwe wszystkim, dopóki nie znajdą właściwej drogi życia. Tak to określił wówczas jeszcze arcybiskup krakowski Karol Wojtyła w jednej z homilii w kościele karmelitów bosych w Krakowie w 1966 roku: „Taka jest istota człowieka, taka jest jego duchowa istota, że on do Boga zdąża i że niespokojne jest serce jego dopóki nie spocznie w Panu. Tak powiedział św. Augustyn. A na Bracie Albercie te słowa w szczególny sposób się sprawdziły. Zaprawdę, niespokojne było jego serce, dopóki nie spoczęło w Panu. To jest niepokój Świętych; ten niepokój świętych jest wstępem do wiecznego pokoju w Bogu samym. I w tym pokoju i w tej świętości lud Boży na ziemi znajduje swoje uformowanie, swój najpełniejszy wyraz, potwierdzenie swoich tęsknot i swoich dążeń, sprawdzian swojej wiary, bo przecież my wszyscy żyjący na ziemi i noszący tu na ziemi swoje niepokoje, zwróceni jesteśmy ku Bogu, zwróceni jesteśmy do nieba i do takiego samego ukoronowania życia naszego zdążamy.”

Świat, który okrada z ideałów
Zanim pójdziemy dalej, warto jeszcze raz zapytać, na czym polegał ten niepokój, który zagościł w duszy obiecującego przecież malarza, który już raz dokonał dość radykalnego wyboru, porzucając bardziej opłacalne i lepiej rokujące na przyszłość studia, ku którym skłaniała go rodzina i poszedł za głosem serca w malarstwo. Jaki był więc jego problem tym razem?
Pomaga nam w tych rozważaniach nieoceniony ks. bp Grzegorz Ryś podsumowując dylematy Adama, który bardzo wiele od siebie wymaga, ciężko pracuje, z trudem mu wszystko przychodzi, nie wszyscy go cenią, natomiast widzi innych, za którymi wszyscy ganiają i ich chwalą, choć w rozumieniu Adama nie są wielkimi twórcami (Chmielowski bezpardonowo krytykował choćby Jana Matejkę czy pisarza Józefa Kraszewskiego): „To jest niezwykle ważny moment w życiu Adama Chmielowskiego, jak się znalazł w takim świecie ze swoimi ideałami. Z jednej strony on najwyraźniej chce być malarzem i widzi to, że przez obraz może wyrazić siebie i że sztuka jest wielkim powołaniem. Z drugiej strony widzi, jak niemoralnym może być człowiek, który się tą sztuką zajmuje. I trzecie - widzi, jakimi prawami rządzi się przyjęcie czy nieprzyjęcie czyjejś pracy. Niekoniecznie akurat najlepsza sztuka jest nagradzana przez ludzi. Niekoniecznie to, co najlepsze i osiągnięte wielką pracą podoba się. Czasami właśnie się nie podoba. A poza tym wyraźnie widać, że sztuka przy całym swoim pięknie jest też niebezpieczna: kto się zaczyna zajmować sztuką, ten prowadzi moralną szulerkę, a jeszcze gra nie idzie o tysiące, ale stawia się po troszku wszystko, co człowiek ma najdroższego w sercu i w głowie - bardzo demoralizujące zajęcie”. Te ostatnie słowa w cytacie z biskupa Grzegorza to są słowa samego Adama. Co więc mu pozostało uczynić po tak postawionej diagnozie? Dwie drogi wyjścia. Można uciec w świat nierealny, albo można uciec od sztuki w ogóle, to znaczy uciec do Boga, albo jak myślał wtedy Adam, po prostu do zakonu. Ucieczka w świat nierealny oznacza zbudowanie sobie własnego światka w samym sobie, żeby się nie zderzyć z prawdziwym światem na zewnątrz, bo tam jest zło i cierpienie. Chyba nawet taki plan rozważał przez jakiś czas Adam Chmielowski, który kazał sobie kiedyś przysłać tomik z bajkami i tam chciał szukać natchnienia i tematów do obrazów, bo on chciał malować symbolicznie, a nie realistycznie, jak choćby Matejko. Ale jak wspomniałem wyżej, zdarzało mu się namalować cudowną boginkę, by zaraz ją zniszczyć. To nie była jego droga. To nie w ten sposób mógł uciec od potwornego i niemoralnego świata.

Salto mortale
No więc pozostaje druga droga ucieczki, czyli zakon. Zarówno biskup Ryś, jak i Magdalena Kaczmarek przypominają w tym kontekście pewien list, który Adam Chmielowski napisał jeszcze w Monachium, a który wydaje się ujawniać, że to pragnienie nurtowało go od dawna: „Czy sztuce służąc, Bogu też służyć można? (…) Ja myślę, że służyć sztuce, to zawsze wyjdzie na bałwochwalstwo, chyba by jak Fra Angelico sztukę i talent i myśli Bogu ku chwale poświęcić i święte rzeczy malować; ale by trzeba na to, jak tamten, siebie oczyścić i uświęcić i do klasztoru wstąpić; (…) Jak człowiek do pewnych lat dojdzie i zaczyna trochę rozumu nabierać, chętnie by wiedział, jaka jest jego droga i jaką zda sprawę z życia. A piękna to rzecz bardzo - święte obrazy; bardzo bym sobie chciał u Boga wyprosić, żeby je robić, ale ze szczerego natchnienia, a to nie każdemu dane”. Włoski malarz Fra Angelico, który był dominikaninem, bardzo się podobał Adamowi. Co ciekawe, najbardziej znany jest przede wszystkim ze scen ukrzyżowania Chrystusa, namalował ich kilkadziesiąt różnych wersji, każda inna. To imponowało Adamowi, ale uważał, że tak można malować tylko będąc w zakonie. Trzeba iść do klasztoru, oczyścić duszę, uświęcić się i potem, jeśli Bóg da ci natchnienie, możesz tak malować. Nie powinno nas więc dziwić ani to, że właśnie we Lwowie, czyli w czasie tego szukania właściwej „drogi ucieczki” Adam zaczął malować swój sztandarowy obraz religijny „Ecce Homo”, ani to, że zdecydował się na to, co Leon Wyczółkowski określił jako „salto mortale”, czyli na wstąpienie do zakonu, konkretnie do jezuitów.
Najpierw pod koniec listopada 1879 roku pojechał do Tarnopola, gdzie odbył trzydniowe rekolekcje pod kierunkiem słynnego rekolekcjonisty o. Stanisława Załęskiego, a dwa miesiące później powrócił tam, by po kolejnych trzech dniach wyruszyć do Starej Wsi, jako „kandydat do zakonu”. Do jezuitów. Czy tam wreszcie znajdzie spokój jego dusza? Nie znajdzie. Dlaczego? Bo, jak pisze ks. bp Grzegorz Ryś, w tym wyborze Adamowi nie chodziło o Pana Boga, jemu chodziło tylko o siebie samego. Ratuj się, bo zginiesz. Jak zostaniesz w tym świecie, to zginiesz. Zmykaj do zakonu.   

tekst ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Rok Brata Alberta

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola

Opiekun nr 11(498) od 21 maja 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in prezentacja pięciu diakonów, którzy za kilka dni przyjmą święcenia oraz rozmowa o historycznym fenomenie objawień w Fatimie.

Zamów prenumeratę

 

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 1(9) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner

Padre gotuje humor26330

Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej