Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2011-07-21 12:10:36

 Camino de Santiago - epilog

 

„Andrzej Antoni Klimek. Cóż, jakoś nie zbiegły się tory sieroce naszych dwóch planet… Zostaw proszę wiadomość“. Takie właśnie słowa nagrane na automatycznej sekretarce usłyszał każdy, kto próbował skontaktować się ze mną telefonicznie pomiędzy 26 czerwca a 26 lipca 2010 roku, ponieważ wybrałem się w długą samotną podróż, podczas której miałem szczególnie doświadczyć tego sierocego rysu własnej egzystencji. Nic z tego! Okazało się, że tego sieroctwa nie ma w moim życiu ani za grosz. Tak bardzo czułem się otulony Bożą miłością i tak wielu ciekawych ludzi poznałem, że ze smutkiem piszę te słowa kończące moje refleksje z Camino de Santiago. Ze smutkiem, bo to już koniec, przynajmniej do następnego razu, który oby Bóg pozwolił, nastąpi jak najprędzej.

***

Ale wracamy do Santiago. Zanim przejdę do poprzedzającej wielki odpust św. Jakuba soboty (28 dzień mojej przygody), jeszcze kilka słów o piątku, kiedy dotarłem do Santiago. Po raz kolejny przekonuję się, że…

 

…jestem wielkim szczęściarzem 

Otóż mam załatwiony nocleg w Seminario Menore, a to dzięki mojemu przyjacielowi, księdzu Przemkowi, który również dotarł do Santiago z międzynarodową, bo polsko – włoską autokarową grupą pielgrzymów Argento: co prawda nie przeszli oni całego Camino, bo nawiedzali również inne sanktuaria, ale za to mieli zarezerwowany nocleg grupowy i zaprosili mnie do siebie.

Kiedy więc spotykam już w Santiago wielu poznanych na trasie znajomych, Ignazio z Madrytu, Johna z Ameryki, Antonio z Wenezueli, Javiera, Martę z dwoma Katalonkami (notabene witamy się wszyscy z wielką radością padając sobie w ramiona, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi – i coś w tym jest: pielgrzymowanie bardzo łączy, intensywność przeżywanych chwil jest wymienna na lata znajomości), okazuje się, że wszyscy oni jeszcze szukają noclegu, a ja nie muszę się martwić.

Jestem szczęściarzem również dlatego, że nie muszę  zbyt długo stać w kolejce, aby odebrać moją compostellę czyli certyfikat odbycia Camino (wypisany po łacinie!), bo tylko około półtorej godziny i około 45 minut, aby przejść przez bramę jubileuszową i przytulić się do Świętego Jakuba. Jak mi opowie w poniedziałek na lotnisku Claz, wchodząc do Santiago w niedzielę musiała „odstać“ w różnych kolejkach niemal dziesięć godzin! I wreszcie jestem szczęściarzem ponieważ dane mi było podczas piątkowej Eucharystii w katedrze zobaczyć w akcji słynne botafumeiro czyli potężną, największą na świecie kadzielnicę, do której uruchomienia potrzeba ośmiu chłopa. Pielgrzymi, którzy weszli do Santiago w sobotę czy niedzielę już takiego szczęścia nie mieli. Te wszystkie znaki Bożej opatrzności sprawiają, że nawet próba koncertu rockowego za oknami katedry podczas mojej osobistej adoracji Jezusa Eucharystycznego nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Wieczór spędzam z grupą księdza Przemka i kiedy patrzę, ile musi on, wraz z don Giampietro, nagimnastykować się przy grupie pielgrzymów, raz jeszcze dziękuję Bogu za komfort mojego samotnego wędrowania. Za komfort jednoosobowego pokoju w Seminario Menore (choć łazienki i prysznice wspólne) również ;-).

 

Sobota – jedziemy na koniec świata

W sobotę rano wyruszam wraz z polsko – włoską grupą ks. Przemka do Fisterra. Oczywiście, najlepiej byłoby tam pójść pieszo, tuż po odpuście św. Jakuba, ale niestety nie mam tych dodatkowych trzech dni do dyspozycji, więc muszę się zadowolić jednodniową pielgrzymką autokarową. Pogodę mamy wspaniałą. O co chodzi z tą miejscowością Fisterra i dlaczego pielgrzymi tam się udają, choć przecież osiągnęli już cel swojego wędrowania w Santiago? Otóż przez stulecia wierzono, że właśnie tutaj znajduje się koniec świata (finisterre – koniec ziemi), a dalej to już tylko Mare Tenebrosum czyli Morze Ciemne jak nazywano Atlantyk w średniowieczu. Pielgrzymi z Santiago przybywali tu, aby modlić się do Chrystusa i uczcić relikwie św. Gulielmo. No i zobaczyć koniec świata. W tym miejscu każdy pielgrzym palił swoje szaty wędrowne, aby już jako nowy człowiek odbyć drogę powrotną do domu. Po dziś dzień pełno tam resztek popiołu i ognisk, bo pielgrzymi podtrzymują tradycję. Od Fisterry muszlę, którą się niesie na piersiach, czy na plecakach, należy odwrócić otwartą stroną na zewnątrz i to jest dla wszystkich znak, że jest się już w drodze powrotnej. 

W Fisterra urzeka błękit oceanu i klimat nadmorskiej wioski. Sprawowaliśmy tam wspaniałą Eucharystię nad samym brzegiem: uczestnicy patrzyli na prowizoryczny ołtarz, na kapłanów i na ocean za ich plecami. Wielu przechodzących obok nas pielgrzymów zatrzymywało się na chwilę modlitwy, choć przecież polskiego nie rozumieli. Przyznam się wam, że zafundowaliśmy sobie solidny obiad z frutti di mare, palce lizać! A na kolację już w Santiago zabisowałem ;-) A co! Teraz jednak muszę się zacząć skarżyć i bardzo żałuję, że nie przeczyta tych słów arcybiskup Santiago de Compostela, ale zapewniam Was, że jak tylko będę miał okazję powiem mu to osobiście. Rozczarowaniem było to, że w sobotę wieczorem, w wigilię uroczystości Świętgo Jakuba w Roku Jubileuszowym już o 21.00 zamknięto katedrę, a zamiast czuwania odbył się jakiś koncert rockowy na przykatedralnym placu. Nawet jeśli fajerwerki i sztuczne ognie były całkiem niezłe to jednak spodziewałem się czegoś innego jako chrześcijanin, który przez miesiąc zmierzał do Santiago. Okazało się jednak, że to dopiero przedsmak moich rozczarowań związanych z przebiegiem odpustu św. Jakuba.

 

Niedziela – czyli jak przegapić okazję 

Po kolejnej nocy przespanej w Seminario Menore udajemy się całą ekipą do katedry, aby wziąć udział w uroczystej Mszy Świętej odpustowej, ale niestety nie ma dla nas miejsca w świątyni, co od biedy mógłbym jakoś przeboleć, zważywszy, że obecność króla Hiszpanii wymagała szczególnych względów bezpieczeństwa i kogoś z moją gębą może i sam bym nie wpuścił (ale księdza Przemka?). Chociaż z tą gębą to nie jest tak źle, ale o tym później. Zbulwersował mnie natomiast fakt, że organizatorzy nie pomyśleli nie tylko o telebimach dla dziesiątek tysięcy pielgrzymów, którzy pozostali poza murami świątyni, ale nawet jednego głośnika na zewnątrz nie było! Sumę obejrzeliśmy więc w… barze na ekranie telewizora. Dobrze, że mieli plazmę ;-) Mszę Świętą mogłem celebrować dopiero popołudniu (na szczęście mają tylko jednego króla w tej Hiszpanii), ale nie wszyscy mieli taką możliwość. Dodam jeszcze, że niektórzy pielgrzymi, jak wspomniana już Claz, po sześć godzin czekali na wydanie compostelli, jakby organizatorzy nie wiedzieli, jak wielu pielgrzymów zmierza do Santiago i zamiast zmuszać wszystkich do stania w kolejce do znajdującego się na pierwszym piętrze biura, nie mogli przygotować jakichś prowizorycznych stanowisk dla obsłużenia nadzwyczajnej liczby pielgrzymów. Szkoda, że stracono szansę, aby przywrócić Camino pierwotny chrześcijański charakter. I tak, kto przyszedł do Santiago z niereligijnych pobudek, nie musiał się przejmować Mszą Świętą i mógł po prostu cieszyć się tymi wszystkimi celtycko – new-age‘owymi akcentami, których, niestety, jest tu mnóstwo. Katolik natomiast musiał się nieźle podenerwować. Ale może to po prostu taka lekcja pokory na koniec? Albo przypomnienie, że nieraz sama droga jest celem? O poprawieniu mi humoru przed samym opuszczeniem Santiago pomyśleli moi przyjaciele z… Japonii. A właściwie z Nowego Jorku, ale Japończycy.

 

Monumeto San Francesco czyli czterogwiadkowy konwent

Japończycy tak bardzo chcieli mi towarzyszyć w Camino, że podarowali mi znakomite buty, których sznurówki przypominają warkoczyki i nigdy, podkreślam, nigdy się nie rozwiązały. Ci sami przyjaciele śledząc moje etapy w internecie zauważyli, że schroniska, w których nocuję przypominają, cytuję: „szpitale polowe z czasów II wojny światowej”. Obiecali mi więc nagrodę jeśli dojdę do celu. Tą nagrodą okazała się być ostatnia noc w luksusowym hotelu urządzonym w dawnym konwencie franiszkańskim, tuż obok ciągle czynnej świątyni Biedaczyny z Asyżu. Trochę było mi głupio: ja pielgrzym w czterogwiadkowym hotelu, no ale skoro już było zapłacone, nie wypadało odmawiać, tym bardziej, że grupa ks. Przemka odjechała i nie miałem już miejsca w Seminario Menore. Powiedzmy więc, że się przeniosłem z seminarium do konwentu ;-) Brzmi nieźle, prawda? Nie ukrywam, że skorzystałem z takich dobrodziejstw jak basen czy jacuzzi przed udaniem się na spoczynek. A teraz jeszcze o mojej gębie. Pamiętacie, jak dwie Polki nie chciały uwierzyć, że jestem księdzem? Otóż opuszczając w poniedziałek rano hotel załapałem się do taksówki na lotnisko razem z pewną Dunką. Rozmawiając, oczywiście o Camino, pytałem ją, jakim szła szlakiem i z jakimi intencjami. Kiedy powiedziała mi, że jest niewierząca i szła szlakiem gwiazd (Camino Frances), aby otrzymać od nich tę energię potrzebną jej do życia, pomyślałem, że jakaś kolejna fanka New Age i takich tam głupot. Dunka również zapytała mnie o moje motywacje.

- A wiesz, ja to taki klasyczny katol, żadnych tam gwiazd czy energii, normalnie z pobudek religijnych szedłem, pokutnie i z różnymi prośbami, bo ja w ogóle to księdzem jestem – powiedziałem.

- Of course you are priest, I know that! – odpowiedziała mi Dunka z uśmiechem, a ja zbaraniałem i odruchowo sprawdziłem czy nie mam koloratki. Nie miałem.

- Skąd wiesz, że jestem księdzem? – zapytałem w końcu myśląć, że może widziała mnie, jak celebrowałem Eucharystię w katedrze.

- To widać w twoich oczach – odpowiedziała, a ja przypomniałem sobie niedowierzające Polki i postanowiłem, że już nigdy nie będę nikogo sądził nawet po najgłupszych wypowiedziach. – Pomódl się za mnie czasem – powiedziała mi na pożegnanie Dunka. 

Jasne, że się pomodlę, podobnie jak za Claz, która na lotnisku powiedziała mi, że szef, który nie chciał puścić jej na Camino i musiała się zwolnić, dzwonił do niej proponując jej powrót do pracy na identycznych warunkach.

- Nie przyjęłam propozycji, bo po Camino wszystko jest zupełnie inne – powiedziała mi Claz. I ma 99% racji. Prawie wszystko jest inne. Tylko ta pewność, że jest się w rękach Boga i że jest to najbezpieczniejsze miejsce na świecie, pozostaje niezmienna.

 

***

- No dzięki Bogu! Wreszcie zbiegły się te tory sieroce naszych dwóch planet, czy jak tam było. Klimku, gdzieś ty był??? Od miesiąca próbuję się do ciebie dodzwonić i nic, tylko ta wiadomość na sekretarce… Co się z tobę działo?

- Byłem w Santiago de Compostela…

- W Santiago? Coś ty tam robił cały miesiąc?

- Tak naprawdę to byłem tam tylko niespełna trzy dni, ale prawie miesiąc szedłem piechotą, aby tam dotrzeć…

- Piechotą??? Ty chyba zwariowałeś… To nie można było samolotem, albo choćby i autobusem? 

- Można, ale to nie to samo…

- Ale gadasz, jak jakiś nawiedzony. Teraz to już się chyba nachodziłeś za całe życie, co?

- Najchętniej znowu bym wyruszył…

- Wariat!

Pielgrzym

 

PS. Ola, która zapodziała się na szlaku z Luisem z Hiszpanii, wychodzi za mąż we wrześniu. Za Luisa ;-) I niech mi ktoś powie, że Camino to nie jest cudowne doświadczenie!


Galeria fotografii

Przeglądaj galerię wersji Flash

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Elżbieta, 2012-11-27 18:42:59

Sama pragnę odbyć taką pielgrzymkę dlatego czytam o Camino. Podziwiam tych co przeszli tą drogę i serdecznie ich pozdrawiam. Proszę o modlitwę aby moja wędrówka doszła do skutku.

Iza, 2012-08-17 23:59:01

Właśnie nie dawno przeczytałam całą książkę o Camino. Przyznam, że trudno było się od niej oderwać. Lektura wciąga niczym kryminał;-). Z uwagą śledziłam losy bohaterów gdzie będą nocować,jaką będą mieć pogodę czy dalej pójdą razem czy się rozdzielą, a może pojawi się ktoś nowy. Wiele fragmentów skłania do refleksji, zadumy. Są też momenty bardzo wesołe... Serdecznie pozdrawiam księdza Pielgrzyma i dziękuję, że zechciał się ksiądz podzielić wrażeniami ze swojej wyprawy.

Renata, 2011-08-06 16:47:50

Wspaniały przekaz osobistych relacji, refleksja, szczerość, trafne spostrzeżenia i nutka humoru. Żal, że to już koniec! Miło było przemierzać szlak wraz z księdzem ;-). Pozdrawiam Pielgrzyma i wszystkich, którzy stali się bohaterami tej opowieści. P.S Świetna galeria zdjęć :-)

Camino de Santiago

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 24

Opiekun nr 24(511) od 19 listopada 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. "Brat naszego Boga" - pożegnanie ze św. Albertem oraz artykuł o niedawno otwartej Pustelni Salezjańskiej "Ognisko Miłosierdzia"

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej