Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2011-05-27 10:17:36

Camino de Santiago

Dzień XXIV - Vilalba - Miraz

camino

Budzę się około 5.30 i podnoszę najpierw prawą nogę, czyli tę która boli mnie od wczoraj, i poruszam stopą. Boli. Następnie identyczny test z lewą, z podobnym rezultatem, ale ból jest jakby nieco mniej intensywny. Może zdrowieje? Z albergue wychodzę sam około 6.00 i idę prosto do miasteczka Vilalba z nadzieją, że otworzą jakiś bar i będę mógł spożyć śniadanie. Wczorajszy brak kolacji tak wyostrzył mi zmysły, że czuję zapach cappuccino na kilometr. Café americano i rogalik w pełni mnie satysfakcjonują, ale barman przekonuje mnie, że w promocji jest świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, więc daję się namówić. Kiedy przychodzi do płacenia i widzę rachunek, mam ochotę „wycisnąć“ barmana – kłamczucha, też mi promocja! Ale cóż, wybaczam. W miasteczku spotykam szybko maszerującego Amerykanina z Pensylwanii Johna, z którym razem próbujemy wydostać się właściwą drogą ze źle oznakowanej Vilalby. Kiedy już po wyjściu na szlak próbuję podtrzymać rozmowę, John najwyraźniej nie ma na nią ochoty, więc krzyżyk na drogę, zwłaszcza, że idzie „jak przeciąg“. Zostaję z tyłu i idę sam, swoim rytmem. Planuję dzień. Mógłbym spać w Baamonde, ale obawiam się, że będą tam tabuny pielgrzymów i to tych, którzy właśnie zaczynają swoje Camino. Aby otrzymać compostellę, czyli certyfikat pielgrzyma, wystarczy przejść 100 kilometrów, dlatego mnóstwo ludzi, którzy nie mają wystarczająco czasu, bądź chęci, aby przejść całą trasę, rozpoczynają pielgrzymowanie właśnie w Baamonde. Wolę więc je ominąć, zwłaszcza że jutro ma być dość trudny 41 kilometrowy etap i spróbuję nadrobić trochę kilometrów dzisiaj. Trochę mi szkoda, bo z tego, co wiem tamtejsze albergue jest prowadzone przez hiszpańskiego poetę, który przy kolacji recytuje swoje wiersze. Szkoda. Właściwie mógłbym pisać paralelny pamiętnik z Camino o tym, czego mi się nie udało zobaczyć i przeżyć. I pomimo tych wszystkich rzeczy nie zaliczonych i tak jest pięknie, płakać się chce na myśl, że za parę dni koniec... Jeśli uda mi się dotrzeć do Miraz to razem wyjdzie nieco ponad 35 km, a poza tym również tamtejsze albergue słynie z doskonałej atmosfery, a nawet pachnącej pościeli (wow!). 

Po kilkunastu kilometrach spotykam ponownie Johna siedzącego na trawie i jedzącego orzeszki, tym razem zdecydowanie bardziej rozmownego. Dalej idziemy razem i rozmawiamy. Okazuje się, że John jest anglikaninem, ale od 4 lat studiuje filozofię na Uniwersytecie Louvain w Belgii. Podczas Camino próbuje rozeznać, co dalej robić ze swoim życiem.

- Dlatego uciekam od ludzi – tłumaczy. – Szczególnie od dziewczyn, a zwłaszcza od Polek. Stanowczo za ładne, a ja znam siebie. Nie po to tu jestem, żeby się zabawić.

Kiedy wyjawiam Johnowi, że jestem katolickim księdzem i też nie szukam przygód na Camino, aż przystaje z wrażenia.

- Jesteś księdzem? To świetnie. Może mi wreszcie wytłumaczysz, dlaczego wy katolicy tak bardzo czcicie Matkę Bożą? Bo choć jestem anglikaninem, zauważyłem, że w ostatnich latach najwięcej czerpię od Kościoła katolickiego i to nie tylko na uniwersytecie. Camino to dla mnie przede wszystkim katolicki szlak pielgrzymkowy i przeżycie duchowe. Dlatego poważnie myślę nad konwersją. Tylko nie rozumiem, po co tyle tej Matki Bożej – kończy swój wywód John.

Mnie oczywiście nie trzeba namawiać na rozmowę o Matce Bożej, którą kocham. Kiedy tłumaczę scenę z Ewangelii Jana: „Oto Matka twoja. Oto syn twój“ John znowu staje z wrażenia.

- Wiesz co? Zanim wyruszyłem dzisiaj rano, przeczytałem właśnie ten fragment Ewangelii – powiedział wzruszony. Ja też się wzruszyłem, bo to niesamowite, jak Pan Bóg potrafi się nami posłużyć. Kto wie, czy nie pomogłem Johnowi w podjęciu ostatecznej decyzji o przystąpieniu do naszego Kościoła. Wzruszyłem się również dlatego, bo usłyszeć od anglikanina, że wiele czerpie z Kościoła katolickiego nie ma ceny w czasach, kiedy sławni księża odchodzą z kapłaństwa opluwając Kościół, który dał im wszystko.

Z Johnem spożywamy lunch w barze w Baamonde i cóż to był za posiłek! Właściwie zamawiamy tylko kawę, ale sympatyczny barman podsuwa nam cały półmisek malutkich przepysznych kanapeczek z oliwkami, małżami, szprotkami, serem i szynką. Palce lizać! Wsuwamy jedną po drugiej, a barman przynosi drugi półmisek. Zaraz, zaraz, pamiętając poranny sok w promocji, proszę o rachunek, zanim tkniemy drugi półmisek. Pan przynosi rachunek: 3 Euro. Za mało. Pytam, czy od osoby, czy za nas dwóch. Za nas dwóch! Płacimy i przed wyjściem bierzemy po jeszcze jednej kanapce z drugiego półmiska. Potem po jeszcze jednej. I jeszcze oliwka. I szprotka.

- Dobra John, wystarczy wychodzimy – mówię w końcu, bo ile można jeść za trzy Euro! Super lunch. Natychmiast wysyłam sms-a do idących za mną dziewczyn ze wskazówkami na miły bar w Baamonde. Kiedy dochodzimy do Miraz, okazuje się, że w sympatycznym albergue nie ma już miejsc. A dla kogo jak dla kogo, ale dla mnie akurat tam miejsce być powinno z definicji! A dlaczego, opowiem Wam jutro rano. Do Santiago 82 kilometry. Alleluja!

Pielgrzym

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Camino de Santiago

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola

Opiekun nr 19(506) od 10 września 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. reportaz z Kazachstanu, relacja z dożynek diecezjalnych i historia pisana znaczkami.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej