Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2018-01-11 12:30:55

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 268

Marta Promna

Spotkania opłatkowe czy też wigilijne spadły na Mateusza jak grom z jasnego nieba. W Strzywążu, jego poprzedniej parafii, udało mu się po kilku latach wypracować właściwe podejście zarówno wśród parafian, jak i pośród nielicznych w niewielkiej wsi instytucji, że Narodzenie Pana Jezusa świętujemy dopiero kiedy stanie się ono faktem. Jak się okazało, największego poświęcenia wymagało to z jego strony, ponieważ w styczniu musiał godzić konieczność odbycia wizyty duszpasterskiej z różnymi spotkaniami, opłatkami i jasełkami, ale jak to zazwyczaj u niego bywało, im więcej miał obowiązków skumulowanych tym lepiej potrafił się zorganizować, więc ostatecznie był to czas bardzo intensywny, ale owe spotkania w szkole czy w instytucjach i zakładach pracy były w sumie dobrym przerywnikiem pomiędzy wizytami w domach rodzinnych parafian, gdzie nieraz trzeba było zmierzyć się z trudnymi sytuacjami. Tymczasem w nowej parafii, jakby nie było miejskiej, instytucji, szkół, organizacji i siłą rzeczy zaproszeń było znacznie więcej i mowy nie było, aby ktoś naruszył „tradycję spotkań opłatkowych”, która aż taka stara nie była, bo przecież sięgała zaledwie roku 1989. W ten sposób bardzo krótki, bo zaledwie trzytygodniowy tegoroczny Adwent, swój prawdziwy charakter zachował przez kilka pierwszych dni, a potem zaczęła się karuzela spotkań, podczas których Pan Jezus już był dawno narodzony i trzeba było świętować i łamać się opłatkiem. I oczywiście przemawiać. Czasami te sytuacje bardzo go rozbawiały, bo rezerwował sobie czas na wystąpienie na końcu, tuż przed łamaniem się opłatkiem, aby poprzedzić je modlitwą. W związku z tym zawsze miał przynajmniej kilku przedmówców, którzy czasami byli bardziej papiescy i chrześcijańscy niż sam papież: wygłaszali (częściej odczytywali) piękne „homilie” o Bożym Narodzeniu i mówili jak to wszystko zmienia świat na lepsze, również w ich instytucji czy zakładzie pracy. Miny większości pracowników - uczestników spotkania -  wskazywały na to, że wygłoszone właśnie słowa miały taką samą moc sprawczą i wiarygodność, jak te kiedy dzieci przy żłóbku obiecują małemu Jezuskowi, że od teraz będą już co niedzielę chodzić do kościoła. Po tych wszystkich przemowach najczęściej Mateuszowi nie pozostawało nic innego, jak sprowadzić wszystkich na ziemię: w końcu właśnie taka była treść i tajemnica Świąt, które antycypowali podczas takich spotkań, że Bóg zstąpił na ziemię. No i sprowadzał ich czasami wywołując bardzo pożądane rozluźnienie atmosfery, ale czasami również zniesmaczenie, że ksiądz taki niepoważny. W każdym razie spotkań opłatkowych było bardzo dużo, a Mateuszowi zależało, aby w miarę możliwości być na każdym, wszak był to jego pierwszy rok w nowej parafii, a poza tym poprzednik nie lubił tych spotkań i żeby nikogo nie wyróżniać nie chodził na żadne z nich wymawiając się właśnie faktem, że on nie będzie świętował Bożego Narodzenia, podczas przygotowań do niego. I tak właściwie przez ostatnie dwa tygodnie Adwentu niemal każdego dnia wypadało jakieś spotkanie opłatkowe i już po kilku z nich Mateusz poczuł się nimi znużony.
Ale w czwartek trzeciego tygodnia Adwentu, jak zwykle po Ewangelii mówił krótką homilię odnosząc się do czytań mszalnych. Tak się złożyło, że akurat pierwsze czytanie było z Pieśni nad pieśniami: „Głos mojego ukochanego! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Umiłowany mój podobny do gazeli, do młodego jelenia. Oto stoi za naszym murem, patrzy przez okno, zagląda przez kraty. Miły mój odzywa się i mówi do mnie: «Powstań, przyjaciółko ma, piękna moja, i pójdź! Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł...” itd. A w Ewangelii było opisane Nawiedzenie Świętej Elżbiety i radosne spotkanie dwóch kobiet w stanie błogosławionym. Mateusz zgodnie z tym co sobie wcześniej przemyślał i przygotował, na kanwie tych dwóch tekstów zaczął mówić o pięknie spotkania i o tym jak zatraciliśmy właściwe podejście do niego.
- Zobaczcie ile radości i miłości jest w tych opisach biblijnych... Spotkanie z drugim człowiekiem czy z grupą ludzi zawsze powinno się tym charakteryzować. I kiedyś tak było cieszyliśmy się na przeróżne spotkania, bo przecież jedynie one dawały nam konkretną okazję, aby się sobą nawzajem dzielić, poznawać się, obdarowywać. A dzisiaj zauważcie, że zwłaszcza ludzie młodzi preferują spotkania wirtualne, a nawet pełne anonimowości. Nawet nasz sposób mówienia: „mam JAKIEŚ spotkanie, muszę iść na JAKIEŚ spotkanie, znowu JAKIEŚ spotkanie” - świadczy, że one wcale nam nie przynoszą radości, że traktujemy je jako przymus, rutynę, obowiązek, a tymczasem każde z nich, podkreślam, każde z nich jest okazją do spotkania człowieka. Ja już nawet nie chcę uderzać w górne tony i przypominać, że są to spotkania z Jezusem w drugim człowieku, bo wydaje mi się, że wystarczy tutaj podkreślić nawet tylko i wyłącznie ludzki pierwiastek – i kiedy mówił te słowa nagle poczuł się jakby go ktoś w pysk strzelił, bo zrozumiał, że mówi o sobie. O swoim znużeniu JAKIMIŚ spotkaniami opłatkowymi. Dokładnie w tym miejscu zakończył swoją homilię, choć miał jeszcze przygotowaną stosowną pointę i usiadł na swoim fotelu przewodniczącego liturgii. Przez chwilę milczał i postanowił, że albo wykrzesze z siebie trochę tego entuzjazmu dla spotkania z człowiekiem, o którym mówił w homilii, albo... Nie! Tu nie ma żadnej alternatywy, żadnego albo. Przed każdym spotkaniem krótka modlitwa do Ducha Świętego, aby zabrał jego serce kamienne i dał mu serce z ciała i... na spotkanie!
Okazję do weryfikacji swojego postanowienia miał zaraz następnego dnia, ponieważ został zaproszony na spotkanie opłatkowe komitetu osiedlowego. Pierwszy raz zdarzyło mu się takie zaproszenie, więc w momencie jego otrzymania kręcił trochę nosem, bo sobie wyobrażał jakąś małą grupkę wzajemnej adoracji, która chce się popisać czego to oni nie robią dla osiedla. Właśnie wtedy pomyślał sobie, że jak mu się to zaproszenie pokryje z jakimś innym, to na pewno wybierze to drugie. No ale akurat żadne inne zaproszenie na ów dzień się nie pojawiło, a on przecież miał postanowienie. Rzeczywiście przed wyjazdem do sali osiedlowej wstąpił jeszcze na chwilę do kaplicy adoracji i pomodlił się o miękkie i otwarte serce. W chwili gdy w myślach wymawiał te słowa pomyślał, że faktycznie maja rację ci, którzy twierdzą, że w kościele zupełnie sfeminizował się sposób przepowiadania Słowa i modlitwy. Przez chwilę milczał patrząc w Jezusa Eucharystycznego, a potem jeszcze raz sformułował swoją prośbę w myślach: „Panie daj mi waleczne serce wojownika, abym potrafił wyjść naprzeciw oczekiwaniom tych, którzy szukają we mnie wsparcia i otuchy. Wojownika, który walczy przede wszystkim z własną słabością, gnuśnością i zniechęceniem. I rutyną. Amen!”
Następnie Mateusz wstał i wyszedł z kaplicy kątem oka dostrzegając jeszcze kobietę na wózku inwalidzkim modlącą się przy drzwiach. Uśmiechnął się do niej i skinął głową na znak pozdrowienia. 
Jadąc samochodem do klubu osiedlowego złapał się na tym, że pod nosem nucił... kolędę! O wiele za wcześnie! Szybko więc zmienił repertuar na „Niebiosa rosę spuśćcie nam z góry”, która to pieśń nie wiedzieć w jaki sposób po kilkudziesięciu sekundach niespodziewanie zmieniła mu się w „Last Christmas” Georga Michaela, piosenkę której szczerze nienawidził. Szybko przerwał nucenie pod nosem, ale wiedział, że nastawienie ma jak najbardziej pozytywne i w takim właśnie dobrym nastroju wkroczył do budynku. Już na korytarzu poczuł przyjemny zapach wigilijnych potraw i zdaje się cynamonu, a kiedy wszedł na salę stanął jak wryty. Znajdowało się tam około 100 osób, w większości skromnie ubranych, a niektórzy wręcz sprawiali wrażenie bezdomnych. Ku swojemu zaskoczeniu zauważył również kobietę na wózku, którą wcześniej widział w kaplicy adoracji. Nie mógł zrozumieć w jaki sposób znalazła się tu przed nim, skoro kiedy on wychodził z kaplicy, ona jeszcze się modliła. I była na wózku! Kolejnym elementem, który go zaskoczył były stole pełne znakomicie pachnącego domowego jedzenia. Innych zaskoczeń już nie mógł odnotować bo podeszła do niego kobieta z promiennym uśmiechem.
- Bardzo się cieszę, że Ksiądz Proboszcz przyjął nasze zaproszenie – powiedziała. - Nazywam się Roma Szydłowska i od kilku lat jestem szefową tego osiedlowego ośrodka. Bardzo proszę, żeby Ksiądz odmówił modlitwę błogosławieństwa, a potem podzielimy się opłatkiem, bo jak Ksiądz widzi pyszności stygną na stołach, a niektórzy z naszych gości od wczoraj pewnie jeszcze nic nie jedli, a już na pewno nic ciepłego – powiedziała prowadząc go do stołu, który bynajmniej nie był na środku, ale raczej bliżej wyjścia.
- Roma, jakie piękne imię, kojarzy mi się oczywiście z Rzymem w którym mieszkałem kilka lat. Ja mam na imię Mateusz – powiedział.
- Tak naprawdę to jestem Romualda, ale wszyscy nazywają mnie Roma. A w Rzymie jeszcze nie byłam - uśmiechnęła się kobieta.
- No to musimy zorganizować jakąś pielgrzymkę. Czy pani coś powie na początku?
- zapytał Mateusz.
- Nie! Nigdy nie lubiłam tego uroczystego gadania... Modlitwa i zaraz życzenia – odpowiedziała stanowczo kobieta, a Mateusz krotko się przedstawił i odmówił modlitwę. Kiedy skończył pani Roma włączyła cicho jakąś muzykę i nie były to kolędy, a wszyscy zgromadzeni, widać nie pierwszy raz tutaj byli, chwycili za opłatki i zaczęli składać sobie życzenia. Mateusz też chciał zacząć, konkretnie od pani Romy, ale zauważył, że kobieta na wózku inwalidzkim z opłatkiem w dłoni kierował się ku niemu. Wyszedł więc jej naprzeciw.
- Proszę Księdza zanim złożę Księdzu życzenia, to najpierw muszę Księdzu podziękować – powiedziała kobieta.
- Dobrze, ale najpierw musi mi pani powiedzieć, jak pani zdołała dotrzeć tutaj przede mną. Przecież ja pierwszy wyszedłem z kaplicy, a kiedy tu przyjechałem pani już tu była – Mateusz nie mógł pohamować swojej ciekawości.
- Ach, to zasługa mojego bratanka. Mówię Księdzu, szatan nie kierowca... Ops! Przepraszam, nie chciałam z tym szatanem... - skonfundowała się kobieta. - Ale wróćmy do podziękowań. Dziękuję Księdzu za to kazanie o spotkaniu.... O tym jak pięknie jest się spotykać. Miałam tu nie przychodzić dzisiaj, bo ciągle czuję się oceniana przez pryzmat mojej niesprawności, ludzie czują się ze mną niezręcznie, ale to księdza kazanie przekonało mnie, że potrzebuję spotkania z drugim człowiekiem...
- Ale nie widziałem pani wtedy w kościele – zdziwił się Mateusz, bo na Mszy św. było wówczas zaledwie parę osób.
- Bratanek – uśmiechnęła się kobieta
– nagrywa mi takie różne dobre homilie.
- Czyli nie aż taki szatan z tego bratanka
– skwitował Mateusz.

Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Beletrystyka

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 8521

Opiekun nr 8(521) od 8 kwietnia 2018

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in artykuł z "Misją wśród trędowatych" czyli studenci śladami św. Matki Teresy

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej