Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2017-04-04 12:01:26

Jasna i ta druga strona księży(ca) odcinek 248

Komputer był wyciszony, więc jedynym sygnałem, że ktoś się do niego „dobija” była pulsująca ikona komunikatora Skype. To była Marisa. Zbliżająca się do sześćdziesiątki katechetka z włoskiej parafii, w której pracował już niemal dziesięć lat temu. I mimo, że upłynęło dziesięć lat, Marisa ciągle od czasu do czasu do niego dzwoniła, niestety prawie zawsze, kiedy w parafii działo się coś niedobrego. Początkowo tłumaczył jej, że teraz jest w innej parafii, w innym kraju i nie może jej ciągle doradzać, tym bardziej, że Marisa ma swojego proboszcza i to Włocha, tak jak ona, więc dlaczego jeszcze ciągle szuka rady u niego. Na nic się zdały tłumaczenia, Marisa błagała, że musi się z kimś skonfrontować, zanim wypali z grubej rury wobec własnego proboszcza. Don Marco, który nastał po Mateuszu w jego dawnej włoskiej parafii, był kapłanem znacznie starszym od niego, dziś w wieku emerytalnym, ale już i dziesięć lat temu, kiedy został ściągnięty na tę parafię z posługi kapelana... cmentarza, nie czuł się najlepiej i ciągle powtarzał, że „na cmentarzu miał święty spokój”. I właśnie tego spokoju szukał również na parafii likwidując powoli różne formy aktywności parafialnej, aż do ograniczenia posługi duszpasterskiej do niedzielnej Mszy Świętej. Mateusz nie miał mu tego za złe, rozumiał dolegliwości wieku i dlatego raczej nie chciał wchodzić w dyskusje z Marisą, w których ta nieustannie narzekała na swojego proboszcza. Chociaż, żeby być całkiem szczerym, to jedną rzecz ciężko Mateuszowi było przebaczyć. We włoskiej parafii od momentu swojego tam przybycia miał wielki problem z parami niesakramentalnymi, które nagminnie przyjmowały Komunię Świętą, chociaż nie byli, bo nie mogli być w stanie łaski uświęcającej. Mateusz poświęcił tym parom mnóstwo czasu. Właściwie znacznie więcej czasu na rozmowy i tłumaczenie poświęcił parom niesakramentalnym niż tym „regularnym”. Tłumacząc im, że są w Kościele, że Kościół ich nie odrzuca, ale w konsekwencji własnych wyborów postawili się w sytuacji, w której nie mogą przystąpić do Komunii Świętej. Przekonywał ich jednak, że Pan Jezus jest dokładnie tak samo obecny w słowie Bożym, że jest ważne aby przychodzili na Eucharystię razem z ludem Bożym, w którym też jest obecny Jezus, żeby szanowali pozostałe przykazania... Było ciężko, ale powoli, powoli, zaczęli doceniać, że ich nie wyzywa, nie krzyczy, poświęca im czas i pomagał... św. Jan Paweł II. Wówczas jeszcze był urzędującym papieżem i ostatecznym argumentem, jakiego Mateusz zawsze używał było odniesienie się do Jana Pawła II.
- Powiedzcie mi, a wy kochacie Jana Pawła II?
- Oczywiście, Jan Paweł II to najlepszy papież, nawet my Włosi musimy to przyznać...
- A jak myślicie, Jan Paweł II was też kocha?
- No pewnie, te wszystkie pielgrzymki i tak dalej...
- No to posłuchajcie, czy ja mogę być lepszy niż Jan Paweł II?
- Nie, no don Matteo, nie przesadzaj, fajny z ciebie ksiądz, też jesteś Polakiem, ale bez przesady...
- To zobaczcie, całkiem niedawno Jan Paweł II znowu powiedział, że pary niesakramentalne nie mogą otrzymać Komunii. To skoro Jan Paweł II tak mówi, to czy ja mam być „lepszy” od niego i wam pozwolić przyjmować Komunię? - pytał ich Mateusz i zwykle wtedy już tylko kiwali głowami.
W każdym razie po kilku latach pracy już nikt spośród tych, którzy w miarę regularnie chodzili na niedzielną Mszę Świętą w jego parafii, a żyli w związkach niesakramentalnych nie przystępował do Komunii Świętej. Czasami jeszcze się żalili, że gdzieś tam w innej parafii tacy, jak oni mogą przystępować, ale Mateusz tylko rozkładał ręce i komentował: „Skoro tamci księża wiedzą lepiej, niż papież i są lepsi od niego... Ja nie jestem”. I w dalszym ciągu poświęcał im wiele troski duszpasterskiej, aby się czuli potrzebni. Kiedy wyjechał z Włoch, don Marco potrzebował dwóch kolejnych niedziel, żeby się zorientować, że niektóre pary nie przystępują do Komunii Świętej. Zapytał ich, dlaczego. A kiedy odpowiadali, że don Matteo im nie kazał, bo są bez ślubu kościelnego, don Marco powiedział im, że Polacy są zbyt ortodoksyjni i na jego odpowiedzialność mają co niedzielę przystępować do Komunii Świętej. Część z nich dzwoniła później do Mateusza z żalem, że przez tyle lat on im zabraniał, a okazuje się, że mogli. I tak to don Marco wprowadził w życie sugestie z adhortacji papieża Franciszka bez żadnych wyjątków, na długo zanim kardynał Bergoglio został papieżem. I ten fakt ciężko było Mateuszowi zaakceptować, ale pozostawał w dobrych relacjach ze swoim następcą i dlatego nie za bardzo chciał teraz dyskutować z Marisą, która na 99% będzie narzekać na don Marco. Na szczęście ikona przestała pulsować i Mateusz się ucieszył, że Marisa zrezygnowała z rozmowy. Przez chwilę jeszcze rozmyślał nad ostatnią adhortacją papieża Franciszka, nad jej interpretacją, w ramach której liczne diecezje, a nawet episkopaty narodowe zaczęły dopuszczać ludzi w kolejnych, niesakramentalnych związkach do Komunii i doszedł do wniosku, że może don Marco okaże się być prekursorem, a on Mateusz wyjdzie na... Sam nie wiedział na kogo. Zresztą, on zawsze mówił tym parom, że jeśli jutro papież zmieni naukę Kościoła w tym elemencie, to on będzie pierwszym, który wprowadzi ją w życie, zwłaszcza wobec par, które wykazywały autentyczne cierpienie z tego powodu. Ale, jak dodawał, raczej się na to nie zanosi, no bo przecież nawet w Ewangelii sam Jezus mówi jasno na temat nierozerwalności małżeństwa...

Marisa jednak nie dawała za wygraną, a ponieważ nie dalej, jak wczoraj spowiadał się z drobnych kłamstw, którymi zgrzeszył, aby uniknąć spotkań z niektórymi osobami, które szczególnie często męczyły go bez najmniejszego ku temu powodu, i postanowienie miał mocne, aby takich spotkań nie unikać, więc kliknął na zieloną ikonkę.
- Don Matteo, nie zgadniesz, co on znowu wymyślił... - Marisa nie bawiła się w powitania, jakby czuła, że Mateusz nie chce poświęcić jej wiele czasu.
- Dzień dobry, dzień dobry Mariso. A co tam znowu ten twój mąż wymyślił?
- Jaki mąż? Przecież wiesz dobrze, że mówię o proboszczu - obruszyła się.
- Znowu? Kobieto, przecież ty jesteś matką i żoną, pogadajmy raz o twojej rodzinie, a nie tylko ciągle o twojej parafii.
- O mojej rodzinie nie ma co gadać, bo wszystko funkcjonuje, jak w szwajcarskim zegarku. Ale za to z parafii niedługo nie zostanie kamień na kamieniu. Ty wiesz, co on zrobił?
- Nie wiem - westchnął Mateusz.
- Że Msza była tylko w niedzielę, to wiesz. Ale w Wielkim Poście udało się proboszcza uprosić, żeby chociaż w piątek była Msza i Droga krzyżowa. I do tego roku chociaż tyle mieliśmy. Ale w tym roku, wyobraź sobie, powiedział, że Drogę krzyżową możemy sobie odprawić sami, bo on ma ważniejsze rzeczy na głowie. No ale my mówimy, że Drogę krzyżową możemy sami odprawić, ale Mszy nie. A on na to, że kto powiedział, że ma być Msza w piątek? W niedzielę ma być, w piątek nie musi. Wyobrażasz sobie? - Marisa aż cała poczerwieniała ze złości.
- Może rzeczywiście nie może, bo ma coś...
- A gdzie tam - przerwała mu Marisa. - Sam powiedział, że to ważniejsze coś to jest chodzenie do ludzi do domu, czyli to co zawsze. Łazi po tych chałupach i nic innego nie chce robić.
- Ale musisz przyznać, że don Marco odwiedza wszystkich chorych, że nikt nie może powiedzieć, że miał jakieś problemy, a don Marco go nie odwiedził. Musisz to przyznać - perswadował Mateusz.
- No tak, ale co mu szkodziło tę Mszę w piątek odprawić? Ty też na pewno odwiedzasz ludzi po domach, jak mają jakieś problemy, czy są chorzy, ale Msze odprawiasz codziennie, tak czy nie?
- Wiesz co? - Mateusza nagle jakby oświeciło. - Chodzę po kolędzie i jak wezwą do chorego... Ale szczerze mówiąc, to na pewno nie tyle, co don Marco. Wiesz, Marisa, muszę kończyć, pozdrów wszystkich i nie kłóć się z proboszczem - zakończył Mateusz udając surowy ton. Nacisnął czerwoną ikonkę przerywającą połączenie i zamyślił się. Właśnie sobie zdał sprawę, że on od dobrych paru lat nie był u NIKOGO ze swoich parafian, jeśli nie na kolędzie, wezwany do chorego albo zaproszony na kolację. A przecież różne rzeczy do niego docierały. Ta dziewczyna Wiktora, Dagmara opowiadała, że do niej do domu przychodzili bardzo często Świadkowie Jehowy. Jakoś podskórnie im nie ufała, ale jedna rzecz jej została i oddaliła ją od Kościoła katolickiego: tamci zawsze powtarzali, że oni do nich przychodzą, że im zależy, że nie czekają tylko w kościele. A wasi księża do was przychodzą? A może tylko podczas kolędy po kopertę? I tak Dagmara ani nie poszła do nich, ale też oddaliła się od Kościoła, w którym była ochrzczona... A don Marco, może i zaniedbuje inne rzeczy, ale naprawdę nie można mu zarzucić, że siedzi zamknięty w domu. Mateusz nagle wstał, ubrał się i poszedł prosto do domku Naimskich. Nigdy u nich nie był. Mały Karol, który był w trzeciej klasie na religię nie chodził i Mateusza unikał, kiedy proboszcz pojawiał się w szkole. Jak chodził po kolędzie, to tylko psy spuszczone biegały po podwórku i mówiło się we wsi, że sympatyzują ze Świadkami Jehowy. Dzisiaj też psy były spuszczone, ale w drzwiach pojawił się Karol z ojcem.

Tekst Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Beletrystyka

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola

Opiekun nr 12(499) od 4 czerwca 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in rozmowa z ks. bpem Edwardem Janiakiem, o tajemnicach fatimskich i wielowiekowej tradycji asysty w Stawie.

Zamów prenumeratę

 

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 1(9) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner

Padre gotuje humor26330

Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej