Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2017-11-16 09:56:02

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 264

jasna

Mateusz już się nie mógł doczekać listopada. Przede wszystkim dlatego, że lubił uroczystość Wszystkich Świętych, no i ponieważ teraz miał aż trzech wikariuszy, to na pewno będzie sobie mógł pozwolić na nawiedzenie cmentarza rodzinnego. I spotka się wreszcie z rodziną brata, bo już nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio widział ich na żywo, a nie tylko przez Skype’a czy inne media. Na samą myśl się zaczerwienił ze wstydu. Jak on tak mógł? Za każdym razem kiedy sobie zdawał sprawę, jak bardzo zaniedbywał więzi rodzinne, najchętniej spoliczkowałby sam siebie, czasem zresztą robił to naprawdę, ale cóż z tego, skoro to nie wpływało w żaden sposób na jego postawę. Czuł się strasznym hipokrytą za każdym razem kiedy mówił o tym, jak ważna jest rodzina, bo sam przecież niemal nic nie robił, aby podtrzymywać swoje więzy. Czasami się tłumaczył, że przecież oni jakoś go pewnie szczególnie nie potrzebują, bo przecież gdyby było inaczej, to by go szukali, dzwonili, odwiedzali... Ale z drugiej strony wiedział, że brat z Kościołem jest trochę na bakier, bratowa robi co może, ale jak teraz wyglądają dziewczyny jego bratanice, gdy chodzi o sakramenty, wiarę to nie miał bladego pojęcia i aż się bał zapytać. I taki to mieli w jego rodzinie pożytek z „księdza w rodzie”... Dlatego cieszył się, że listopad był tuż, tuż również dlatego, że czuł się przemęczony. Tak naprawdę nie miał jeszcze w tym roku urlopu i właśnie po raz pierwszy miał sobie wziąć wolne właśnie w listopadzie. Miał wziąć wolne, chociaż jeszcze nic nie było zaplanowane, a z drugiej strony powoli włączał mu się tryb, że „szkoda zostawiać parafię”. Na szczęście wikariusze pod tym względem dość szybko go ustawili bez zbędnych skrupułów.
- Masz proboszcz wyjechać i koniec! - skwitował krótko Daniel. - I żeby było jasne, to nie jest tak, że my się tu martwimy o twoje zdrowie, bo jesteś już duży i po szczepieniach, więc sam musisz o siebie zadbać, ale chodzi o to, że my musimy też od ciebie odpocząć – dokończył ze śmiechem i choć Mateusz nie do końca wiedział, czy to był żart, to jednak była w tym jakaś racja.
I tak dzień za dniem zbliżał się koniec października. Na kilka dni przed Wszystkimi Świętymi na jego prywatny numer komórkowy zadzwonił ktoś z numeru zastrzeżonego. Zwykle Mateusz takich połączeń nie odbierał, ale tym razem właściwie bez jakiejś logicznej przyczyny postanowił zrobić wyjątek.
- Słucham? - w takich sytuacjach nigdy nie podawał na wstępie rozmowy swojego imienia, bo skoro ktoś dzwoni na jego prywatny numer, to raczej nie spodziewa się usłyszeć nikogo innego.
- Czy mam przyjemność z księdzem Mateuszem? - zapytał męski głos po drugiej stroni łączy.
- A z kim ja mam przyjemność? - Mateusz nie lubił jak się ktoś nie przedstawiał.
- Najmocniej przepraszam, ale moje nazwisko nic księdzu nie powie. W każdym razie nazywam się Piotr Wasowski i chciałbym prosić księdza o spotkanie – odpowiedział mężczyzna.
- Szczęść Boże, panie Piotrze. Rozumiem, że pan się orientuje, że jestem proboszczem w Pomyślu i to ze mną chce się pan spotkać?
- Tak, oczywiście – odparł pan Piotr.
- To zapraszam do kancelarii parafialnej, która jest otwarta...
- Najmocniej przepraszam, że księdzu przerywam, ale wolałbym się spotkać na neutralnym gruncie, co oczywiście nie znaczy, że jestem jakimś wrogiem. Z przyczyn osobistych wolałbym na razie nie pokazywać się na plebanii – tłumaczył mężczyzna i Mateuszowi nie bardzo się podobało takie postawienie sprawy i przez chwilę nic nie odpowiadał.
- Rozumiem, że taka prośba może się księdzu wydawać dziwna, ale proszę mi zaufać, że nie ma tutaj żadnego drugiego dna. I bardzo proszę o spotkanie – mężczyzna mówił spokojnym ale stanowczym głosem. Mateusz jeszcze przez chwilę się zastanawiał.
- No dobrze. To co pan proponuje? - zgodził się wreszcie Mateusz.
- Może w kawiarni „Klubowa” przy ryneczku? - zaproponował pan Piotr, a Mateusz przystał na jego propozycję.
Podczas obiadu Mateusz postanowił zasięgnąć języka u wikariuszy, czy któryś z nich, a zwłaszcza Szymon i Daniel, którzy są w parafii już od kilku lat, nie wiedzą kim jest pan Piotr.
- Wasowski Piotr? Nie wydaje mi się, żebym słyszał takie nazwisko w naszej parafii – powiedział Daniel, a Szymon tylko pokręcił przecząco głową.
- A ja chyba gdzieś to nazwisko słyszałem – niespodziewanie odezwał się Dawid, który dopiero co nastał na parafii razem z Mateuszem. - Wydaje mi się, że widziałem przynajmniej kilka dużych dostawczych samochodów ciężarowych z napisem „Wasowski i Syn”. I to dość często się tu kręcą.
- Nie chodziło o firmy, tylko o parafian – lekko zestrofował go Daniel. - Ale może akurat to ten biznesmen to będzie mógł proboszcz złapać „przyczółek”, a dobre kontakty nigdy nie są złe. Pamiętam jak byłem łebkiem, to mieliśmy takiego proboszcza na parafii, że jak chodził po kolędzie, to jak tylko się pomodlił, siadał, wyciągał kartotekę i za każdym razem sprawdzał zawód i miejsce pracy wszystkich obecnych i sobie robił notatki: tu mogę zrobić zęby, ten ma dostawczaka dwie i pół tony, znajomości w cukrowni, narzędzia rolnicze, itd., itp.
A potem jak się go spotykało gdzieś na mieście to się witał, uśmiechał i mówił: z zębami mam na razie spokój. Albo: dobrze, że pana widzę, może pan jutro podjechać swoim furgonem? Taki to był nasz stary dobry proboszczunio, ale będzie już z 20 lat jak odszedł na wieczną służbę. Ale dobry ksiądz był, ludzie go bardzo szanowali, bo te wszystkie „znajomości” to dla dobra parafii wykorzystywał, a nie dla siebie osobiście. Tak, że proboszcz słuchaj, łap przyczółki, a nuż Wasowski z synem chcą coś dla parafii ufundować – zakończył Daniel jeden ze swoich typowych wywodów.
- Szczerze wam powiem, że ja takich spotkań nie lubię. Nie lubię takiej konspiracji, że ktoś nie chce powiedzieć o co chodzi, tylko spotkajmy się, a potem powiem. Może tu nie jestem dzisiaj dobrym przykładem, ale zawsze najpewniej jest zaprosić do kancelarii parafialnej w godzinach jej otwarcia, oficjalnie... No ale cóż? Skoro się zgodziłem to muszę się zbierać. Ogarniecie kancelarię popołudniu, czy mam się spieszyć z powrotem? - zapytał Mateusz.
- Proboszcz! Poważne interesy wymagają spokoju i rozwagi – powiedział Daniel z udawaną śmiertelną powagą. - Ty się zajmij biznesem, a ja za ciebie proboszcz tę kancelarię wezmę. Nie martw się proboszcz!
- OK, dziękuję bardzo – powiedział Mateusz, któremu na początku dziwnym wydawał się sposób w jaki Daniel się do niego zwracał, ni to na ty, ni to per księże proboszczu, ale później odkrył, że był to dla chłopaka, w sumie najstarszego z wikariuszy, swoisty kompromis, który być może pozwalał mu się czuć nieco bardziej uprzywilejowanym. A w sumie Mateuszowi to było wszystko jedno, nigdy nie miał problemów z tytułami. Tylko Maciej powstrzymał go, żeby od razu nie kazał wikariuszom mówić do niego per ty.
***
Kiedy dotarł do kawiarni, od razu zauważył, że przy jednym ze stolików siedział odwrócony plecami do drzwi wejściowych samotny mężczyzna. Niewiele się zastanawiając Mateusz podszedł do stolika i mężczyzna natychmiast go rozpoznał.
- O szczęść Boże, księże proboszczu, bardzo dziękuje, że ksiądz przyjął zaproszenie, proszę usiąść. Co mogę dla księdza zamówić?
- Szczęść Boże, panie Piotrze. Duża czarna kawa myślę, że w zupełności wystarczy – odpowiedział Mateusz siadając na krześle po przeciwnej stronie stolika. Mężczyzna skinął głową w kierunku kelnerki i oprócz kawy zamówił też porcję torcika.
- Mają tutaj absolutnie rewelacyjny torcik, musi ksiądz spróbować – upierał się widząc protest w oczach Mateusza.
- No dobrze, skoro się pan upiera – zgodził się Mateusz i zamilkł wpatrując się z zainteresowaniem w mężczyznę, który mógł być mniej więcej w jego wieku, dwa lata w tę czy w tamtą.
- Pewnie się ksiądz zastanawia, dlaczego chciałem się spotkać i to jeszcze poza parafią – zauważył Piotr. - I powiem księdzu, że nie jest mi łatwo to wytłumaczyć... Bo tu nie chodzi o jedną sprawę, tu chodzi o całe życie. Wie ksiądz, ja mogę się w któreś niedzielne popołudnie przejść tutaj przez Rynek i spotkać ludzi, którzy będą mi się z szacunkiem i sympatią kłaniać, niektórzy nawet mogą mi zacząć publicznie za coś serdecznie dziękować, ale też na pewno spotkałbym i takich, którzy na mój widok z nieukrywanym wstrętem odwrócą głowę w drugą stronę. I powiem księdzu, że ja ich wcale nie potępiam, bo oni mają ku temu powody, aby się tak zachowywać. Bo ja im dałem powody żeby się tak zachowywać. Różnica między tymi, którzy mnie szanują i cenią, a tymi którzy na mnie patrzeć nie mogą leży tylko w tym, w którym etapie mojego życia mnie poznali. Innymi słowy, proszę księdza, są rzeczy które jeszcze muszę sobie wybaczyć i za które muszę jeszcze odpokutować. Niby już pokutuję, ale to jeszcze nie jest to.
- Pan należy do naszej parafii? - zapytał Mateusz.
- I tak, i nie. Należę, bo tam się urodziłem, przyjąłem sakramenty, ślub kościelny, no i dalej mam mieszkanie, jedno z mieszkań w tej parafii. Ale nie bywam za często w tym mieszkaniu, bo sąsiedzi należą do drugiej kategorii osób, o których mówiłem wcześniej. Ale akurat trafiłem na księdza pierwszą Mszę w naszej parafii podczas, jak to się nazywa, ingres nowego proboszcza?
- Wprowadzenie nowego proboszcza – podpowiedział Mateusz.
- No właśnie, podczas wprowadzenia. I bardzo mnie ucieszyły słowa, które ksiądz wypowiedział, że przychodzi do wszystkich, bez względu na poglądy polityczne i przynależność do partii, bez względu na to, czy mają ślub kościelny, czy nie, czy chodzą do kościoła, czy nie, ksiądz chce być, bo został posłany, aby być proboszczem ich wszystkich. Ja wiem, że wielu księży tak traktuje swoją posługę, ale ja po raz pierwszy w swoim życiu usłyszałem to głośno wyartykułowane, nie przez wielu, ale przez tego jednego konkretnego, który jest w mojej parafii. To było jak powiew świeżego powietrza, jak przypomnienie mi gdzie należę. Bo ja, proszę księdza akurat podpadałem pod te wszystkie kategorie: nie tej partii co trzeba, nie takiego ślubu jak trzeba, no i oczywiście niechodzenia do kościoła, przez wiele lat. Dzisiaj jest inaczej. Zmądrzałem, co się udało naprawić, naprawiłem, ale ciągle mam w sobie wewnętrzną potrzebę zadośćuczynienia, zrobienia czegoś dla Kościoła, również materialnie, bo mogę, mam takie możliwości. Ale wiem, że muszę się najpierw uwiarygodnić. Czytałem o tym biznesmenie Klusce, co miał wielki wkład w budowę sanktuarium Miłosierdzia Bożego, że musiał mocno się uwiarygodnić, zanim siostry Matki Miłosierdzia pozwoliły mu przyłożyć rękę do tego wielkiego dzieła. Więc ja to rozumiem. Muszę się uwiarygodnić. Od czego zaczniemy? - zapytał Piotr.
- Jeśli chodzi o uwiarygadnianie to na pewno od Mszy Świętej niedzielnej, a jeśli ma pan na myśli swoją historię, to poproszę od początku – odpowiedział Mateusz wygodniej rozsiadając się na krześle.

Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Beletrystyka

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 25

Opiekun nr 25(512) od 3 grudnia 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z kustoszem kaliskiego sanktuarium ks. prałatem Jackiem Plotą, który opowiedział o swojej osobistej relacji z Patriarchą z Nazaretu i o radościach posługi w sanktuarium.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej