Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2018-06-26 12:51:12

Szczęśliwa wina
W dziejach kaliskiego sanktuarium św. Józefa jest kilka dat, które znaczą przełomowe wydarzenia. Wśród nich jest 3 sierpnia 1783 roku. O brzemiennych skutkach tego wydarzenia opowiemy w tym artykule.
W 1783 roku kolegiata była już wiekowym budynkiem. Liczyła ponad 400 lat, a stan techniczny murów spędzał sen z powiek kanonikom duszpasterzującym w tym kościele. Choć mówiono o kolegiacie, że jest tyleż ozdobna, co niekształtna, ceniono ją ze względu na długie dzieje i zabytki, jakie w niej zgromadzono, a szczególnie ze względu na ikonę Matki Bożej „Ab igne” i cudowny obraz Świętego Józefa. Kanonicy kolegiaccy raz po raz wzywali murarzy, którzy swoją radą i murarskimi interwencjami mieli wzmocnić nadwątlone zębem czasu mury świątyni. Pomimo zapobiegliwości nie ustrzeżono kolegiaty od nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, do której po prawdzie nieco się przysłużono.
Nocne wypadki
Wszystko dokonało się pod osłoną nocy, a ks. Jan Onufry Gorczyczewski, podówczas nauczyciel historii powszechnej, prawa i nauki moralnej w kaliskich szkołach, skrzętnie opisał: „Jaśnie Wielmożny ks. Stanisław Kłossowski, kustosz kolegiaty kaliskiej dla rozprzestrzenienia cmentarza (przykościelnego) wystarał się o pozwolenie Prześwietnej Komisji Edukacyjnej na rozebranie tej części murów kolegium pojezuickiego, która stykała się z kolegiatą Panny Marii. Nieostrożne gmachu tego rozwalenie, złączone z osłabieniem kościelnych murów przez dawniejsze pożary i nadmocowaniem sklepienia, przez wprowadzoną na niem nad dach kolegiaty kopułę (sygnaturkę), okropny dla tejże kolegiaty sporządziło przypadek. Dnia 3 sierpnia o godzinie pół do czwartej z rana cała prawie fasada z chórem muzycznym, ściana z kaplicami od Tyńca i cały środek kościoła, aż do prezbiterium zwaliwszy się, ozdobną, choć nie ze wszystkim kształtną kolegiatę w kupę gruzów zamieniły. Trzy ołtarze i kosztowne organy na drobne szczątki pogruchotały, a filary ze ścianą i facjatą nie tak złamane, jak bardzo rozsypane zostały. Druga ściana z ołtarzami ocalała. Ołtarz św. Józefa po części tylko uszkodzony”.
Wydarzenia tej sierpniowej nocy musiały być wielkim ciosem dla kanoników kolegiackich, a szczególnie dla gorliwego ks. prałata Kłossowskiego, do którego dopiero co doszły wieści o dokonanej w Rzymie przez papieża Piusa VI koronacji kopii cudownego obrazu św. Józefa. Prałat szykował się już do urządzania koronacji oryginału kaliskiego wizerunku Patriarchy z Nazaretu, a tymczasem kolegiatę spotkało takie nieszczęście. A było w istocie nad czym płakać.
Opis katastrofy nie pozostawia złudzeń. Jej przyczyną były osłabione w skutek upływu lat mury, a nadto dwie interwencje: umieszczenie na dachu kościoła małej wieżyczki, zwanej sygnaturką oraz rozebranie starego i zniszczonego już pałacu arcybiskupiego. Te działania negatywnie odbiły się na statyce murów. Sklepienie z coraz większą siłą napierało na filary i mury kolegiaty, które pozbawiono dodatkowej podpory w postaci przylegającego niegdyś do kościoła od strony zachodniej pałacu arcybiskupiego. Najsłabszym elementem okazała się ściana południowa świątyni, która przewróciła się na rozciągający się wokół kolegiaty cmentarz, burząc przy tym mniej lub bardziej, tego jednak nie jesteśmy w stanie ustalić, dwie kaplice: dźwigniętą później z ruin i istniejącą do dziś kaplicę św. Józefa oraz drugą, której odbudowy zaniechano. Filary świątyni nie tyle zostały złamane, co pokruszyły się, co wymownie świadczy o ich złym stanie technicznym. Na szczęście ocalało prezbiterium i w znacznej mierze ołtarze boczne.
I co dalej?
Przygnębieni kanonicy postanowili przenieść się z nabożeństwami do kościoła pojezuickiego, obecnie garnizonowego, w którym zagościł także wyciągnięty z gruzów obraz św. Józefa. Teraz należało zadecydować, co robić z kolegiatą. Komisja Edukacji Narodowej dowiedziawszy się o zajściach, chciała oddać w ręce kanoników kościół pojezuicki, do którego już się przecież wprowadzili. Jednakże ks. Kłossowski, ufając Bożej Opatrzności, postanowił nie tylko odbudować kolegiatę, ale także powiększyć ją i uczynić świetniejszą.
Zaraz też, jak mawiano wówczas, założono w kościele fabrykę. Najęto ludzi do uprzątnięcia gruzu oraz znaleziono architekta, który zaprojektował nawy świątyni i to o całe jedno przęsło dłuższe od dawniejszych oraz wieżę, której wcześniejsza świątynia nie posiadała. Nadzieja wstąpiła w serca kapituły oraz kaliszan. Tymczasem nastąpiły nieprzewidziane komplikacje, które mogły położyć kres odbudowie świątyni. Prymas Polski, arcybiskup Antoni Kazimierz Ostrowski zadecydował o wstrzymaniu prac i przeniesieniu siedziby kolegiaty do kościoła pojezuickiego. Gdyby nie determinacja ks. Kłossowskiego, który pokornie prosząc o cofnięcie decyzji, uzyskał to, czego pragnął, w miejscu dzisiejszej kolegiaty stałyby zapewne inne budynki. Na tym jednak nie koniec perypetii wokół odbudowy. Wybrany po śmierci prymasa Ostrowskiego jego następca, arcybiskup Michał Jerzy Poniatowski ponowił nakaz wstrzymania prac. I znów upór i determinacja ks. Kłossowskiego przemogły Prymasa, który odstąpił od powziętej decyzji i zezwolił na wykończenie świątyni.
W roku 1790, a zatem zaledwie siedem lat od zawalenia, kanonicy wrócili z nabożeństwami do kolegiaty. Kościół był już niemalże gotów: wnętrze wykończone, ściany otynkowane, stolarka okienna i drzwiowa wprawiona, posadzka ułożona. Świadectwem tego są rokokowe drzwi świątyni, na których widnieje przywołana wyżej data.
Z roku na rok coraz piękniej
Po śmierci ks. Kłossowskiego nie zaprzestano ozdabiać świątyni. W latach 20. i 30. XIX wieku zmieniono ołtarz główny i stalle kanonickie, w 1876 sprawiono chrzcielnicę, w 1881 roku dach świątyni pokryto blachą miedzianą oraz sprowadzono z Berlina za cenę 8000 rubli zegar, który umieszczono na wieży. W drugiej połowie XIX wieku pojawiły się dwa witraże: u końcu nawy św. Józefa i w kaplicy cudownego obrazu.
Na przełomie XIX i XX wieku w murach świątyni zagościła nowoczesność: założono modne wówczas oświetlenie gazowe, którego ślady w postaci wystających nieco z murów świątyni zakończeń rurek, którymi płynął gaz, można do dziś tu i tam znaleźć.
W 1904 roku, ówczesny wicekustosz, ks. Mieczysław Janowski zdecydował się na ozdobienie świątyni freskami. Panowała wówczas moda na malarstwo nawiązujące do ludowych motywów. Do Kalisza przyjechało aż trzech malarzy: Stanisław Rudziński, Stanisław Jasiński i Bronisław Wiśniewski, którzy podjęli się trudu zaprojektowania i wykonania polichromii w kościele. Freski pokryły wszystkie ściany kościoła, niestety nie komponowały się dobrze z barokowym wyposażeniem świątyni. Krytycy malowideł zarzucali, że kolegiata wygląda jak zakopiańska chata, a artyści bardziej zachwyceni sprzętami i ozdobami chłopskich zagród i chałup oraz ludowymi strojami je wzięli za motyw przewodni, tak jakby Ewangelia, dogmaty Kościoła i nauka moralna nie były w stanie przemówić do duszy ludzkiej. Co bardziej światli kapłani twierdzili, że malowidła są tylko z pozoru religijne, a tak naprawdę nie wypływają z nadprzyrodzonej wiary, lecz są manifestacją pustki, lęku, niepokoju i dekadencji właściwej dla epoki fin de siècle.
Młodopolskie malowidła zamalowano w latach 50. i 60. XX wieku. Najpierw przemalowano prezbiterium. Pomiędzy oknami pojawiły się wykonane modną wówczas techniką sgrafitto postaci Matki Bożej z Dzieciątkiem w otoczeniu bł. Jolanty i św. Kazimierza, królewicza, a na przeciwległej ścianie: Chrystus z atrybutami męki w towarzystwie św. Wojciecha i św. Stanisława. Nawy świątyni pokryto freskami nawiązującymi do malarstwa barokowego.
Po soborze na przecięciu prezbiterium i nawy umieszczono ołtarz, który z biegiem lat wymieniono na nowy, nawiązujący do barokowego wystroju świątyni. Ów ołtarz poświęcił 19 marca 1999 roku biskup Stanisław Napierała. Ostatnimi czasy w kościele i wokół kościoła trwają nieustannie prace konserwatorskie tak, że świątynia wraz z jej wyposażeniem pięknieje z dnia na dzień.
Rozegrana wieża
Na koniec warto wspomnieć o zwyczaju, który jest praktykowany do dziś, choć w nieco zmienionym kształcie. W 1891 roku Ludwik Mikulski złożył w kasie miejskiej fundusz w postaci 5000 rubli na rzecz organisty w kolegiacie, który umiejąc grać na trąbce, wygrywałby z wieży kościelnej melodie. Poszukiwania właściwej osoby trwały pięć lat i na Wielkanoc 1896 roku zabrzmiała po raz pierwszy z wieży kolegiackiej, zgodnie z życzeniem fundatora, rano melodia pieśni „Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem „Kto się w opiekę”. Od 1905 roku w południe grano pieśń „Boże coś Polskę”, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości ustalił się zwyczaj grania rano „Kiedy ranne”, w południe „Roty”, a wieczorem najczęściej pieśni do św. Józefa. Do dziś z wieży kolegiaty rozbrzmiewają melodie pieśni kościelnych, tyle że wykonuje je elektryczne urządzenie.
Uważny czytelnik zapewne zachodzi w głowę, dlaczego to raz mówi się o kolegiacie, innym razem o bazylice, a jeszcze innym o sanktuarium św. Józefa. Wyjaśnimy tę kwestię w następnym artykule.
KS. Jarosław Powąska
Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Archeologia i historia

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 15

Opiekun nr 15(528) od 15 lipca 2018

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in
relacje z wczasorekolekcji w Odolanowie

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej