Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2018-07-30 11:42:03

Jak zrobiłem z piekła raj

W bardzo młodym wieku sięgnął po alkohol i stał się jego niewolnikiem. Po dziesięciu latach podniósł się z dna, by walczyć o swoje życie, lepsze jutro dla siebie i swojej rodziny. Dzisiaj pomaga innym uciec z bagna uzależnień.

Jest Pan autorem książek, blogów i kanału na youtube skierowanych dla osób, które borykają się z chorobą alkoholową. Ale przede wszystkim jest Pan spełnionym mężem, ojcem i katolikiem. Jednak wiemy, że nie zawsze tak było, porównuje Pan swoją historię do biblijnego syna marnotrawnego. Może więc na początek proszę opowiedzieć kilka słów o sobie.
Zacząłem pić w wieku 16 lat, skończyłem w wieku 26 lat. Ostatnie trzy lata w zasadzie piłem dzień w dzień. Oczywiście na początku była to zabawa. Chciałem w ten sposób zaimponować kolegom, być odważniejszy podczas dyskotek czy rozmów z ludźmi. Najzabawniej było, jak wówczas myślałem, kiedy sklejaliśmy z resztek pamięci scenariusz imprezy z poprzedniego dnia... Ten czas jednak nie trwał długo. Po liceum poszedłem do pracy, gdzie dość szybko zacząłem pić. Wydawało mi się, że wszyscy tam piją, a przychylność kadry kierowniczej tylko mnie w tym utwierdzała. Jakiś czas studiowałem, w pracy awansowałem szybko, ożeniłem się z dziewczyną moich marzeń. Piękny scenariusz prawda? No niestety, kochanka w postaci butli nie opuściła mnie, a to oznaczało drogę tylko w dół. Staczałem się bardzo szybko, w końcówce picia nic nie stanowiło dla mnie wartości - praca, żona, córka, hobby czy pasja, o zdrowiu nie wspomnę. Nic się nie liczyło, tylko chęć ucieczki przed lękiem, który mnie nie opuszczał ani na chwilę, kiedy byłem trzeźwy. Piłem, bo miałem kłopoty, miałem kłopoty, bo piłem. Ta rosnąca kula śniegu musiała się rozwalić, na szczęście stało się to jeszcze za życia.

Wielu alkoholików nie chce przyjąć do swojej świadomości, że ma problem, że są chorzy.
Powiedział Pan kiedyś, że każdy z nas ma wielkie ego i nikt nie lubi, gdy zwraca mu się uwagę na problem. Co takiego musiało wydarzyć się w życiu Pana i Pana rodziny, by go zauważyć,  a co więcej, zacząć z nim się mierzyć?

Moje takie ciche przemyślenie to, że ego jest naszą skazą grzechu pierworodnego. Osoby uzależnione mają wielkie ego. Do tego dochodzą mechanizmy uzależnień i mamy miksturę totalnej ignorancji. Gdyby osoba uzależniona zadała sobie pytanie „Czy ja piję normalnie?”, najpewniej przestałaby pić dość szybko. Niestety jest inaczej. Najlepszym lekarstwem na ego jest upokorzenie. Jednak nie upokorzenie człowieka, a jego pychy. Dlatego podkreślam, że dopóki alkoholik nie sięgnie dna (nie upokorzy się bardzo mocno), pić nie przestanie. Dno jest zawsze czymś osobistym i dla każdego jest na innej głębokości. Jednak uderzenie o nie boli zawsze tak samo. Rzecz najważniejsza dla rodziny i samego uzależnionego. To, że zamieciemy problemy pod dywan, nie sprawi, że one znikną. Tylko wydłużymy w ten sposób cierpienie!

Twierdzi Pan, że każdy uzależniony jest poraniony i jest egoistą, z definicji przekreśla miłość. Czy nie bał się Pan, że Pana rodzina się rozpadnie? Tym bardziej, że w domu czekała żona z dzieckiem. Nie myślał Pan, że ktoś się martwi, że czekają obowiązki?
Każdy uzależniony jest na pewno kimś bardzo wrażliwym, co jednak nie zdejmuje z nas odpowiedzialności. Czy bałem się o moją rodzinę? Na początku destrukcyjnego picia nie liczyło się dla mnie wypicie kolejnej butli. Oczywiście w jakiś sposób starałem się tworzyć pozory normalności wraz z moją współuzależnioną żoną. To typowe dla rodzin z problemem alkoholowym. Jednak pewnego dnia frustracja mojej żony urosła do tego stopnia, że powiedziała: „Dość!”.
Dostałem od niej list, w którym mnie pochwaliła za pewne rzeczy, że tęskni za tą osobą, którą byłem kiedyś, ale że nie da rady żyć obok alkoholu i nie chce, by nasza córeczka dorastała w takim domu. Wówczas zderzyłem się z moim dnem. Ja już miałem wtedy dość picia, nie pomagało mi ono już wcale. Jednak potrzebowałem impulsu do zmiany, ostatniego upokorzenia mojej pychy. Wiedziałem, że albo się za siebie wezmę albo stracę to, czego nie zdążyłem jeszcze rozwalić, po czym czeka mnie tylko śmierć, najpewniej śmierć w rowie...

W jednym z przekazów na blogu napisał Pan: „Pamiętajmy o tym, że w życiu będzie pod górę i to w sposób pozbawiony naszej kontroli. Ważne, by i wtedy wstać, jak Jezus wstawał pod krzyżem, i iść dalej. Bo na końcu każdej drogi krzyżowej jest zmartwychwstanie”. Po wyjściu z piekła uzależnień zajął się Pan rozwojem duchowym i osobistym. Co więcej, wrócił Pan do Boga i do Kościoła. Proszę powiedzieć, w jaki sposób to się udało?
Tuż po terapii zafascynował mnie rozwój osobisty i duchowy. Moja droga do Jezusa okazała się jednak dość kręta. Przeszedłem przez buddyzm, hinduizm, New Age i inne ezoteryczne filozofie, a nawet praktyki. Moja druga książka mimo że nie ma nic wspólnego z ezoteryką, została wydana w wydawnictwie, które promuje te nurty. Do wydawcy nic nie mam, ale odcinam się od wszelkiej ezoteryki. Tu znowu źródłem zmian okazała się moja kochana żona. Była osobą raczej depresyjną, zrobiła terapię dla współuzależnionych, próbowała różnych metod, by wyjść z bagna depresji. Wszystko działało, ale na trochę. W końcu po bardzo długich zamiarach zaczęła się modlić „pompejanką”. Kiedy zobaczyłem, jak Bóg działa na moich oczach, postanowiłem też spróbować. Podobnie jak z piciem czy paleniem, wywróciłem do góry nogami swój światopogląd i zacząłem od zera. Dzisiaj z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że była to bardzo dobra decyzja.

Założył Pan z kolegą grupę AA w sąsiedztwie knajp, w których sam często przebywał. Zaciekawiła mnie wypowiedź, że zmienił Pan jeden bar na inny, z tą różnicą, że do tego drugiego idzie się po coś więcej niż do pierwszego. I to, że w pubie czy na mitingu można uciec przed domem, odpowiedzialnością, a nawet samym sobą. I tutaj takie lekko przewrotne pytanie, po co zatem chodzić do AA?
Po nadzieję! Jak wszystko, co jest na tej planecie może pomóc i może zaszkodzić. Nie jestem wrogiem alkoholu, mimo że wiem, ile może on zła wyrządzić. Ja nie piję i tyle. AA jest wspaniałą organizacją, jednak jest też programem, który ma pomóc w życiu, a nie je zastąpić. Podobnie można zacząć chodzić 7 dni w tygodniu do kościoła, zapominając o rodzinie. Najważniejsze, kim jesteśmy dla ludzi, jak mówił Jezus, „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). W AA czy na terapii jestem rozumiany, jak nigdzie indziej, ale ani AA ani terapia, ani nawet religia nie może stać się ważniejsza od miłości do ludzi, od czułości dla najbliższych. Lepiej z córką czy synem się pobawić, z żoną wyjść na randkę niż przeczytać kolejną mądrą książkę i/lub odbyć setne seminarium odnowy wiary czy siódmy raz w tygodniu iść na miting AA. Wszystko z umiarem.

Piękne jest to, że kiedy Pan już wydostał się z piekła uzależnień, postanowił pomagać innym poprzez wydanie książek i stworzenie blogów. Wydaje się, że w dobie komputerów taka forma dotarcia do ludzi z problemami to właściwa droga, gdyż jest wiele osób, które nie wiedzą, gdzie szukać pomocy albo zwyczajnie wstydzą się pójść i przyznać do choroby. Co zatem można znaleźć na blogu, jakie wskazówki i do kogo one są adresowane?
Ostatnio tworzę na Youtube na kanale „Bez zniewolenia”. Sam dużo korzystam z tego medium i uważam je za doskonałe w dotarciu do jak największej ilości osób. Skupiam się tam przede wszystkim na chorobie alkoholowej. Poznanie własnego alkoholizmu, poznanie metod i konkretnych działań ułatwiających zachowanie abstynencji, aż po rozwój osobisty i duchowy, czym jest trzeźwienie. Na poważnie i z humorem. Tak w wielkim skrócie mogę to opisać. „Bez zniewolenia” blog to to samo, tylko w formie pisemnej, a blog „Wąska ścieżka” to moja przygoda w katolickim życiu.
Jeszcze zapytam o książki, pierwsza to: „Jak zrobiłem z piekła raj” a druga: „Kurs realizacji marzeń”. Co w nich możemy znaleźć, do jakiego grona jest skierowana? I co najważniejsze - co chciał Pan w niej przekazać?
„Jak zrobiłem z piekła raj” to mój „piciorys” wraz z początkiem terapii i trzeźwienia, kończy się działem poświęconym rozwojowi osobistemu i duchowemu. Książka dedykowana jest przede wszystkim dla osób bezpośrednio i pośrednio związanych z alkoholizmem. „Kurs realizacji marzeń” to zestaw 52 tematów na każdy tydzień roku, gdzie czytelnik nie tyle czyta, co wprowadza w życie konkretne zmiany. Jak mówi przysłowie „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”, tak ja powtarzam, że od czytania poradników na temat pływania nikt się pływać nie nauczy bez moczenia tyłka w wodzie. Drugą książkę realizuję na kanale.

Co chciałby Pan przekazać zwłaszcza młodym ludziom, którzy myślą, że stają się fajniejszymi ludźmi po kilku głębszych, że tylko wtedy są duszą towarzystwa itd. W czym tak naprawdę tkwi problem?
Niestety nie odpowiem w skrócie na to pytanie. Najważniejsze, to nie udawać nikogo przed nikim, a młodzi dzisiaj mają ogromną presję. Życie mamy jedno i warto je przeżyć w zgodzie ze sobą i Bogiem, a nie przeżyć je dla grupki znajomych, którzy i tak za kilka lat będą bladym wspomnieniem. Jeżeli chcesz coś udowodnić, jeżeli chcesz prawdziwego szacunku na ulicy, to naucz się szanować siebie, a więc i odmawiać. Kiedy szanujesz siebie, inni będą cię szanować, a pozostali nie są warci twoich starań. 


„Nasze życie to droga krzyżowa, to wyzwanie, przed którym jedyną ucieczką jest śmierć, również ta duchowa, za życia. Bo można jeść, pić i chodzić do pracy, a i tak być trupem!” Co chciał Pan przez to powiedzieć?
Droga krzyżowa to coś trudnego. Jezus szedł ze swoim krzyżem, by na końcu wrócić do domu Ojca. Dla mnie jako katolika to sedno wiary. Dziś wiem, że bez miłosierdzia nie mam szans na zbawienie, ale nie zmienia to faktu, że mniej lub bardziej staram się nieść swój krzyż. Jako dla trzeźwiejącego alkoholika i nikotynisty wiem, że namiastka raju może być tu, na ziemi. Bo kto zatraci życie, zyska je. Ja zatraciłem swoje stare życie i to, co otrzymałem, wykracza poza moją ówczesną wyobraźnię. A jeżeli mi się udało, to może udać się każdemu. Trzeba zrobić tylko krok w tym kierunku.

Z sylwestrem Bykowskim rozmawiała Arleta Wencwel.

Bez zniewolenia - kanał na Youtube, na którym Sylwester Bykowski dzieli się doświadczeniem, jak odbić się od dna.

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 15

Opiekun nr 17(530) od 12 sierpnia 2018

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in
artykuły o Matce Bożej w różnych odsłonach

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej