Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2018-05-07 10:47:49

Getto w ogniu

powstanie

Według historyków z pół miliona ludzi żyjących w warszawskim getcie w końcu zostało zaledwie około 60 tysięcy. Ponad 250 tysięcy Niemcy wywieźli do Treblinki i tam zamordowali. Kiedy w kwietniu 1943 roku Niemcy przystąpili do ostatecznej likwidacji getta, Żydzi zaatakowali, rozpoczęło się powstanie.

Powstanie w Warszawie w czasie II wojny światowej kojarzy się nam, Polakom z Powstaniem Warszawskim 1944 roku. O spowstaniu w getcie wiemy, że było, ale najczęściej nie znamy nawet odpowiedzi na pytania: kiedy dokładnie się rozpoczęło i dlaczego. Natomiast za granicami naszego kraju oba powstania są mylone.

Oczami pianisty
Już na początku okupacji Niemcy wprowadzili przeciwko Żydom i Polakom zarządzenia. „Wśród wielu uciążliwych, skierowanych przeciw Żydom zarządzeń było jedno niepisane, które należało bezwzględnie przestrzegać, mężczyźni pochodzenia żydowskiego musieli się pokłonić przed każdym niemieckim żołnierzem. Ten idiotyczny nakaz doprowadzał mnie i Henryka do białej gorączki. Robiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, by go omijać” - zapisał we wspomnieniach Władysław Szpilman, znany z książki i filmu „Pianista”. Dlaczego przywołuję jego wspomnienia? Bo pianista opisuje warszawskie getto nie zaciemniając jego obrazu, nie dzieli ludzi na dobrych tylko ze względu na to, że pochodzili z jednego narodu i na złych, dlatego że należeli do innego. W każdym narodzie znajdą się ci, którzy ze strachu, dla zysku albo ślepo podporządkowując się zarządzeniom, będą robić wszystko co usłyszą, łącznie z zabijaniem współbraci. I jeszcze jeden ważny dodatek, do wydanego w 2000 roku „Pianisty” dołączono fragmenty pamiętnika Niemca kapitana Wermachtu Wilma Hosenfelda, który miał obok Polaków i Żydów udział w ocaleniu Szpilmana, dostarczając mu żywność, kiedy ukrywał się po Powstaniu Warszawskim. Dołączono je, bo jak napisał we wstępie do książki Andrzej, syn Władysława Szpilmana, fragmenty pamiętnika zaprzeczają panującej w Niemczech tezie, że społeczeństwo niemieckie nie wiedziało nic o zbrodniach popełnianych przez armię hitlerowską na terenach Polski i innych okupowanych krajów. Jednocześnie Hosenfeld jest przykładem, że istniały możliwości przeciwstawienia się reżimowi przez pojedynczych ludzi. Wśród Niemców kapitan był wyjątkiem, ale i tacy byli.

Na Umschlagplatz
Hosenfeld napisał wprost, że w okupowanej Warszawie panował terror, zastraszanie i przemoc, a aresztowania, deportacje i rozstrzeliwania były na porządku dziennym. „Życie ludzi i ich wolność osobista straciły na znaczeniu. Ale instynkt wolności jest wrodzony każdemu człowiekowi i narodowi i nie da się go stłumić na dłuższą metę. Historia uczy, że tyrania nigdy nie trwała długo. Nasz rachunek dodatkowo obciąża oburzające bezprawie, jakim jest wymordowanie ludności żydowskiej. Trwa nadal akcja likwidacji Żydów, która była celem niemieckiej administracji cywilnej, policji i gestapo już od początku okupacji ziem wschodnich, ale teraz ma zostać zakończona z rozmachem i radykalnie” - zapisał 23 lipca 1942 roku.
Właśnie w 1942 roku rodzina Szpilmana została zabrana na Umschlagplatz, czyli na plac przeładunkowy na skraju getta, który był wykorzystywany jako miejsce koncentracji Żydów przed wywiezieniem do obozów w Treblince i dystrykcie lubelskim. Tego dnia na Umschlagplatz leżały już ciała zamordowanych w czasie ucieczki albo za jakieś wykroczenie. Wśród trupów widać było dziewczynki ze zmasakrowanymi czaszkami. „Dzieci zamordowano ulubioną niemiecką metodą: schwycono je za nogi i z rozmachem roztrzaskano ich głowy o ścianę” - zapisał Szpilman, który stracił całą rodzinę w obozie w Treblince. Sam dzięki pomocy żydowskiego policjanta, który zmusił go do ucieczki z Umschlagplatzu, uniknął deportacji, potem pracował niewolniczo jako robotnik budowlany. Trzeba jednak przyznać, że w przeprowadzeniu wywózek negatywną rolę odegrała właśnie Żydowska Służba Porządkowa. Jej członkowie byli nie wykonawcami rozkazów niemieckich, ale wielu z nich zasłynęło z okrucieństwa i przekupstwa.
W momencie tej masowej deportacji do Treblinki getto w Warszawie istniało już prawie dwa lata. Powstało dokładnie 2 października 1940 roku i zostało odizolowane od reszty miasta 16 listopada. Było to największe getto w okupowanej Europie. Żydzi mieszkający w nim musieli założyć białe opaski z niebiesko - białą gwiazdą Dawida, bo jak pisze Szpilman mieli wyróżniać się jako „odznaczeni do odstrzału”. Do getta trafiały transporty Żydów wysiedlonych z zachodniej Polski, którzy w miejscach poprzedniego zamieszkania ładowani byli do bydlęcych, potem zaplombowanych wagonów. Nawet w największe mrozy wieziono ich bez jedzenia, picia i ogrzewania przez wiele dni. W kwietniu następnego roku w „dzielnicy żydowskiej” mieszkało już około pół miliona osób.

Zupa z ulicy
W getcie pracować mieli mężczyźni w wieku od 12 do 60 lat, a kobiety od 14 do 45. Szpilman jako muzyk utrzymywał rodzinę z grania w kawiarniach i salkach koncertowych getta, w którym do 1942 roku możliwe było prowadzenie działalności muzycznej. Istniały nawet orkiestra symfoniczna i big-band jazzowy. Szpilman był solistą Orkiestry Symfonicznej Simona Pullmanna. Natomiast jego brata Henryka znajomi namawiali, by wstąpił do żydowskiej policji. Jego odpowiedź była jasna, nie zamierzał współpracować z okupantem.
Posiłki u Szpilamnów były skromne, ale królewskie w porównaniu z tym, co mieli na talerzach inni ludzie w getcie. Pianista wspomina też o łapaczach. Tak nazywano biednych ludzi, którzy kradli, by przeżyć. Rzucali się na niosącego paczkę i wyrywali mu ją, by znaleźć w niej coś do jedzenia. Pewnego dnia przez plac Bankowy szła kobieta niosąc garnek zawinięty w gazety. Wlókł się za nią trzęsący się z zimna łachmaniarz. Znienacka wyrwał jej garnek i zupa wylała się na brudną ulicę. Nagle strzec rzucił się w błoto i zaczął jeść zupę z chodnika, nieczuły na krzyki rozpaczającej kobiety.

Styczniowe powstanie
W 1943 roku szczęście zaczęło opuszczać Niemców na wszystkich frontach. Przybierała też na sile działalność organizacji podziemnych w getcie. „Zostaliśmy w nią wciągnięci. „Majorek” zajmował się codziennym dostarczaniem z miasta dla naszej grupy worków z kartoflami, pod którymi przemycał amunicję. Dzieliliśmy ją później między siebie i ukrytą w nogawkach spodni wnosiliśmy do getta” - napisał Szpilman. Kiedy wybucha powstanie w getcie jako odpowiedź na planowane kolejne deportacje, on po ucieczce jest już ukrywany przez Polaków i „Żegotę” po „aryjskiej” stronie Warszawy. Początek drugiej akcji likwidacyjnej Niemcy zaplanowali już na 18 stycznia 1943 roku. Jednak tym razem po raz pierwszy spotkali zbrojny opór Żydów. Rozpoczęło się tzw. styczniowe powstanie. Akcja trwała zaledwie cztery dni, ale jak wspominała po wojnie Cywia Lubetkin: „Niemiecki plan deportacji wszystkich pozostałych w Warszawie Żydów do Treblinki został udaremniony. Niemcy napotkawszy nieprzewidziany zbrojny opór, przerwali akcję. Nie opłacało im się płacić życiem za śmierć Żydów”. Aż do 19 kwietnia.

Granaty i koktajle Mołotowa
Tego dnia o świcie na teren getta wkroczyły oddziały SS. Na rogu Nalewek i Gęsiej oraz Miłej i Zamenhofa bojowcy z Żydowskiej Organizacji Bojowej zaatakowali ich granatami. Działali także członkowie Żydowskiego Związku Wojskowego, któremu oficerowie Armii Krajowej przekazali trochę pistoletów i granatów. Każdy z bojowców miał własny pistolet i przynajmniej dziesięć nabojów. Powstańcy mieli też kilkaset granatów i sporo butelek zapalających, tzw. koktajli Mołotowa. Zaskoczeni Niemcy zaczęli wycofywać się z getta, a dowództwo przejął gen. Jürgen Stroop, który po latach w „Rozmowach z katem” z Kazimierzem Moczarskim wspominał: „Pierwszy dzień walk był niezwykle dla nas ciężki. (…) Czołg i dwa samochody pancerne usytuowałem z tyłu pierwszej linii i kazałem je otoczyć piechotą SS. Jednak rzucono na nie kilka butelek z benzyną. Ci bojownicy, co rzucali coctaile, musieli być wytrenowanymi sportowcami żydowskimi, bo odległości były znaczne, a butelki rozpryskiwały się niedaleko czołgu i samochodów”. Po południu bojowcy wywiesili dwa sztandary: niebieski, czyli syjonistyczny, żydowski, i polski - biało-czerwony. Niemcy, ostrzelani i obrzuceni granatami wyszli na noc z getta.
Na stronie Muzeum Historii Polski trafiłam na wypowiedź dra Andrzeja Żbikowskiego, historyka z Żydowskiego Instytutu Historycznego. Podkreśla on, że powstanie jako silny opór zbrojny tak naprawdę trwało trzy dni. Następne dni również nazywamy powstaniem w getcie, choć walka praktycznie się skończyła, a bojowcy się ukrywali. Niemcy palili dom po domu, szukali z psami schronów i wyprowadzali z nich ludzi na Umschlagplatz, wysyłali do obozów. Trwało to do 16 maja. Wtedy na rozkaz Stroopa wysadzono wielką synagogę na ulicy Tłomackie. Było to symboliczne zakończenie likwidacji żydowskiej dzielnicy w Warszawie. Wcześniej, 8 maja, wykryto bunkier dowództwa ŻOB przy ulicy Miłej 18. „To są właśnie dwie symboliczne daty, wskazujące koniec samoobrony żydowskiej” - podkreśla historyk. Przez czerwiec i lipiec Niemcy przeszukiwali domy getta, większość z nich burzyli i podpalali. Ludzie uciekali lub wychodzili i poddawali się. Niemcy wywieźli wtedy około 40 tysięcy ludzi, a część zabili na miejscu. Zamordowanych zostało bądź zginęło w płomieniach kilkanaście tysięcy ludzi. Z powstańców uratowało się niewielu. Z ŻZW zginęli prawie wszyscy - wyzwolenia doczekały tylko trzy osoby. Z getta udało się wyjść około 80 ŻOB-owcom.

Tekst Renata Jurowicz

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 15

Opiekun nr 15(528) od 15 lipca 2018

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in
relacje z wczasorekolekcji w Odolanowie

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej