Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2017-11-24 12:42:44

Komu przeszkadza Irena Sendler?

Najpierw trzeba było zapału kilku dziewczyn z amerykańskiej prowincji, aby świat się dowiedział, że bohaterski Schindler, który ratował żydowskie dzieci za pieniądze, ma swojego odpowiednika w kobiecie z Polski, która uratowała tych dzieci znacznie więcej i za darmo, a teraz ktoś nam próbuje powiedzieć, że ta Sendlerowa to jednak tworzyła mity i czas na „prawdziwą” prawdę o niej.

Pojawiają się nieraz w przestrzeni medialnej wypowiedzi, książki czy filmy dotyczące kwestii stosunków polsko – żydowskich, a chcąc być bardziej precyzyjnym w nazywaniu tego, co pojawia się najczęściej, powinienem powiedzieć, że dotyczą polskiego antysemityzmu (oczywiście wyssanego z mlekiem katolickiej matki) i one właściwie z definicji mogą liczyć na olbrzymi rezonans. Filmy na Oscara, książki na olbrzymie nakłady i nagrody literackie, a wypowiedzi medialne na klikalność, uznanie i zachwyty. Że często mijają się one z prawdą, a czasami jej wręcz urągają, nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia. Z reguły, poza nielicznymi wyjątkami, jak choćby w przypadku filmu „Ida”, staram się nie wchodzić w te kwestie ponieważ nie chcę kłamstwom i pomówieniom nadawać jeszcze większego rozgłosu. Nie uważam oczywiście, żeby akurat moje pisanie o czymś nobilitowało owo coś, a milczenie odsyłało je do niebytu, ale czasami milcząc, po prostu nie rozpowszechniam czegoś, co moim zdaniem na to nie zasługuje. Dzisiaj jednak znowu zrobię wyjątek, ponieważ pojawiła się kolejna biografia Ireny Sendler zatytułowana „Sendlerowa. W ukryciu” napisana przez Annę Bikont związaną z „Gazetą Wyborczą”. Ponieważ pani Anna Bikont od lat jest na pierwszej linii frontu w udowadnianiu nam wspomnianego antysemityzmu, pomyślałem sobie: dobrze, że ma na tyle przyzwoitości, żeby pokazać Polaków, którzy Żydów ratowali. Kiedy jednak tuż przed dniem Wszystkich Świętych na portalu gazeta.pl ukazał się wywiad przeprowadzony przez niejakiego Mike’a Urbaniaka z Anną Bikont na temat jej najnowszej książki zatytułowany: „Bikont o Sendlerowej: ateistka i socjalistka stała się idolką prawicy i Kościoła” zrozumiałem od razu, że tu chyba chodzi o coś innego.

Lepsza niż Schindler?
Zanim przyjrzymy się co w powyższej rozmowie dziennikarka „Wyborczej” ujawnia ze świeżo wydanej biografii chciałbym przypomnieć, kim była Irena Sendler. A przede wszystkim, jak to się stało, że usłyszał o niej świat, w tym Polska. Bo musicie drodzy Czytelnicy wiedzieć, że do roku 1999 o Irenie Sendler ani w Polsce ani gdzie indziej nikt nie mówił ani nie słyszał za wiele. Co wydarzyło się w roku 1999? W dalszym opisie opieram się o informacje zebrane przez Krystynę Murat i opublikowane na jej blogu. Otóż w mającej niespełna 300 mieszkańców miejscowości Uniontown w hrabstwie Bourbon w Kansas USA nauczyciel Norman Conard wyznaczył kilka uczennic w wieku 14-16 lat do wzięcia udziału w ogólnonarodowym konkursie szkół amerykańskich pod nazwą „National History Day”. Były to dziewczyny z pewnymi problemami: matka jednej z nich chorowała na raka, inna zbyt często zmieniała szkoły, bo ojciec był wojskowym i czuła się wyobcowana, inną wychowywali dziadkowie, ponieważ matka była narkomanką. Nauczyciel wierzył, że przez udział w konkursie i wspólną pracę dziewczęta bardziej się zintegrują. Punktem wyjścia historycznych badań dla dziewcząt miał być artykuł o „innych Schindlerach” ratujących Żydów, który ukazał się w gazecie „News and World Report” w marca 1994 roku w związku z premierą słynnego filmu „Lista Schindlera”. W artykule tym znalazła się informacja o Irenie Sendler, która z warszawskiego Getta uratowała wiele dzieci i dorosłych w 1942 roku. Dzieci miało być ponad 2000, jak zauważa Krystyna Murat „ponad 2 razy więcej niż Niemiec Schindler i w dodatku, o zgrozo, za darmo”. Nauczyciel wychodził z założenia, że chodzi o... błąd drukarski, literówkę, o jedno zero za dużo. Zadaniem dziewcząt była weryfikacja tej informacji. Oddamy głos ponownie Krystynie Murat.
„Dziewczynki Megan Stewart, Elisabeth Cambers i Sabrina Coons i Janice Underwood, a później kilkoro innych dzieci zgodziły się przystąpić do konkursu National History Day, ale w całym dystrykcie szkolnym nie było ani jednego Żyda, w związku z czym poszukiwały informacji na swoją rękę w różnych źródłach, m.in. starając się ustalić miejsce pochówku Ireny Sendler, która wg. nich nie miała prawa żyć w roku 1999. Napisały do ambasady RP w Waszyngtonie DC i otrzymały informację, iż Irena Sendler żyje w domu opieki Braci Bonifratrów na Sapieżyńskiej w Warszawie. Napisały do niej list i otrzymały odpowiedź po polsku. Znalazły polską studentkę, która im przetłumaczyła ten list.
Zaczęła się korespondencja. Uczennice przesłały Irenie Sendler scenariusz swojej sztuki o niej, która miała być ich pracą konkursową w National History Day. Było to kilka scenek pokazujących m.in. jak Irena Sendler próbuje namówić żydowską matkę w Getcie, aby oddała jej pod opiekę dziecko, bo wszyscy w Getcie przeznaczeni są do eksterminacji. Matka chce mieć jakąś gwarancję, że dziecko za murami przeżyje, ale Irena Sendler może jedynie powiedzieć, że takiej gwarancji dać nie może”.

Życie w słoiku
Głównym bohaterem, a właściwie rekwizytem w tej sztuce jest... słoik. Irena Sendler wraz z przyjaciółką właśnie w słoiku miała chować bibułki papierosowe, na których są napisane dane osobowe żydowskich dzieci i ich nowe imiona i nazwiska, aby mogły być oddane rodzicom po wojnie, bo ona rzeczywiście wierzyła, że te dzieci odnajdą swoje rodziny. Ten słoik, czy też słoiki są później zakopywane pod jabłonką w ogródku przyjaciółki. Właśnie od słoika wziął się tytuł projektu i sztuki: „Life in a jar”, czyli „Życie w słoiku”. Dziewczyny co prawda konkursu nie wygrały, ale sztuka zajęła miejsce w ścisłej czołówce w skali całych USA, co dla małej szkoły z małej wsi było wielkim wydarzeniem. Dziewczęta zaczęły otrzymywać zaproszenia do zagrania swojej sztuki w różnych miejscach USA. Sztuka oczywiście nieco upraszcza wszystko pokazując Irenę Sendler działająca niemal w pojedynkę. Ale sama bohaterka wprowadzała poprawki stanowczo zaprzeczając, że robiła to sama. Można powiedzieć, że wprowadzała do masowej świadomości w USA informacje o działaniu organizacji „Żegota”, choć miała wtedy już 89 lat. Jak pisze Krystyna Murat, Irena Sendler „była idealną postacią medialną dla masowej publiczności USA ukształtowanej przez telewizję i Hollywood. Pieniądze, które jej przywiozły dziewczyny (bo jest biedna), kazała im wziąć, „żeby poszły sobie zahulać”. Oczarowała je i zakochały się w niej. Była mądra, miała poczucie humoru, wielką wiedzę i była Żyjącą Legendą, która robiła rzeczy sto razy straszniejsze niż wszyscy bohaterowie Hollywood”.
Projekt  „Life in a Jar” stawał się coraz bardziej znany i rozrastała się też legenda Ireny Sendler w USA. W ramach projektu „Life in a Jar” uczniowie opracowali stronę internetową projektu. W ciągu 6 lat stronę odwiedziło 2 miliony osób i zaliczono 55 milionów odsłon. Przez stronę internetową sprzedano do 4000 szkół amerykańskich - DVD „Life in a Jar’, dzięki czemu świadomość o Irenie Sendler dotarła do około miliona uczniów. Powstały publikacje i książki w różnych językach. Najpopularniejsza z nich autorstwa Jacka Meyera „Life in a Jar: The Irena Sendler Project” - od roku wydania 2011 zdobyła 7 nagród czytelniczo-edukacyjnych w tym w 2014 r. „Reader’s Favorite Book Award - Gold Medal - Education, czyli najbardziej ulubiona przez czytelników książka edukacyjna - złoty medal.

Komu przeszkadza ten słoik?
I proszę sobie wyobrazić, że gdyby nie te dziewczyny z Kansas, to może nigdy byśmy się nie dowiedzieli o Irenie Sendler, która stała się dzięki nim tak znana, że była nawet poważną kandydatką do pokojowego Nobla (którego ostatecznie otrzymał wówczas Al Gore i to chyba najlepiej świadczy o prestiżu tej nagrody). A wracając do dziewcząt, to jeden z rabinów podczas ich wizyty w Polsce tak skomentował projekt i to, co zrobiły: „Wiecie (...) to jest moment ostatecznej zemsty na Hitlerze. Protestanckie dzieci czczą katoliczkę ratującą żydowskie dzieci w Getcie warszawskim i dają przedstawienie w żydowskim teatrze w Warszawie. A filmuje to niemiecka telewizja”. Prawda, że to niesamowite?
I można by zakończyć całą historię tą konstatacją, ale okazuje się, że jest ktoś, kogo legenda Ireny Sendler jednak trochę uwiera. I nie pasuje do budowanego przez lata stereotypu Polaków. I tu wracamy do nowej biografii Ireny Sendler i jej autorki Anny Bikont. Pytana dlaczego napisała tę biografię (w końcu mamy już książki Anny Mieszkowskiej) odpowiada: „Przypadkiem. Nie chciałam o niej pisać. Chciałam opisać to, jak trudno było uratować jedno żydowskie dziecko, a co dopiero mityczne dwa i pół tysiąca. Dlatego właśnie dużą część książki stanowią opowieści uratowanych. Kiedy już zebrałam te historie, postanowiłam je zderzyć z mitem o bohaterstwie Polaków ratujących rzekomo masowo Żydów. I tu pojawiła się Sendlerowa: im dłużej w jej życiu grzebałam, tym bardziej wydała mi się interesująca. W końcu zdałam sobie sprawę, że sama stała u źródeł wielu mitów, które były wykorzystywane przez polskie władze w odpowiedzi na książkę Jana Tomasza Grossa o Jedwabnem. Mówiono, że Sendlerowa jest prawdziwą twarzą Polski, a nie ci, co podpalili stodołę z Żydami”.
I już wiadomo po co jest ta nowa biografia. Osobiście nie polecam.

 ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 25

Opiekun nr 25(512) od 3 grudnia 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z kustoszem kaliskiego sanktuarium ks. prałatem Jackiem Plotą, który opowiedział o swojej osobistej relacji z Patriarchą z Nazaretu i o radościach posługi w sanktuarium.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej