Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2017-09-29 13:00:46

ss

Każdy ma swój Kazachstan cz. II

Od 1991 roku Kazachstan jest niepodległym państwem, ale nadal życie i religijność są tu naznaczone mentalnością radziecką, co doskonale opisuje bł. ks. Władysław Bukowiński. Ale to nie znaczy, że brakuje tutaj pięknego przeżywania wiary katolickiej i miłości do Matki Bożej.

Jak wiecie, w Kazachstanie naszym gospodarzem był ks. Tomasz Zysnarski, kapłan naszej diecezji, który od sześciu lat posługuje w tym kraju. Do księdza Tomka zaraz jeszcze wrócimy, ale chciałbym teraz wspomnieć o innym kapłanie z Polski.
Być może nie wszyscy wiedzą, ale katolicy Kazachstanu mają swojego świętego, a właściwie błogosławionego kapłana, którym jest bł. Władysław Bukowiński. Przedstawmy go w telegraficznym skrócie: urodził się 22 grudnia 1904 roku w Berdyczowie, a w 1920 roku jego rodzina przeniosła się do Polski. Studiował prawo i teologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a święcenia kapłańskie otrzymał 28 czerwca 1931 roku. Po kilku latach pracy duszpasterskiej wyjechał na Kresy i został wykładowcą w Seminarium Duchownym w Łucku. Po różnych wcześniejszych represjach w 1954 roku został zesłany do Karagandy, z obowiązkiem podjęcia pracy stróża, jednocześnie prowadząc tajne duszpasterstwo. Dobrowolnie przyjął obywatelstwo Związku Radzieckiego, aby móc pozostać wśród powierzonych swej opiece wiernych. Odbył wyprawy misyjne m.in. do Tadżykistanu, Ałmaty, Semipałatyńska, Aktiubińska. W 1958 roku został ponownie uwięziony na trzy lata i zesłany do łagrów. Trzykrotnie zamykany, przebywał w łagrach i więzieniach 13 lat, 5 miesięcy i 10 dni. Po odbyciu kary kontynuował w Karagandzie pracę duszpasterską: w prywatnych domach odprawiał Msze św., katechizował, udzielał sakramentów. Zmarł w Karagandzie 3 grudnia 1974 roku do końca duszpasterzując. 11 września 2016 roku został ogłoszony błogosławionym. Nazywany jest Apostołem Kazachstanu. W jego książce „Wspomnienia z Kazachstanu” znajdziemy m.in. bardzo ciekawą diagnozę na temat religijności w Związku Radzieckim. I choć dzisiaj Kazachstan jest państwem niepodległym, to jestem przekonany, że spora część oceny błogosławionego ks. Władysława pozostaje trafna i dzisiejsi misjonarze w dalszym ciągu borykają się z konsekwencjami. Posłuchajcie, co ks. Bukowiński napisał odnośnie trzymania się wiary przez młodzież.
Jak to było z wiarą w Związku Radzieckim?
„Szczególnie często słyszę pytanie, czy młodzież trzyma się jeszcze wiary, czy nie odchodzi od niej masowo? Oczywiście, że nas obchodzą przede wszystkim katolicy, młodzież katolicka. Jednak ze względów kompozycyjnych pomówimy najpierw o Rosjanach, o młodzieży rosyjskiej. Jednak Rosjanie nadają ton całemu Związkowi Radzieckiemu, więc omawianie interesującej nas sprawy bez ich uwzględnienia dałoby obraz za mało wyrazisty. Zastrzegam, że na razie będę mówił tylko o rodowitych Rosjanach, a nie o Ukraińcach i Białorusinach, których tak często pląta się z Rosjanami. Jest moim przekonaniem, że Rosjanie więcej od wszystkich innych narodowości poddali się wpływom ateizmu lub agnostycyzmu. Wśród rodowitych Rosjan procent przekonanych ateistów, a jeszcze więcej agnostyków, jest z pewnością wyższy niż u innych narodowości. Ale tu trzeba uwzględnić dwie nader znamienne okoliczności występujące zresztą nie tylko wśród Rosjan, lecz w ogóle w całym Związku Radzieckim.
1. O wiele więcej jest w Związku Radzieckim agnostyków niż ateistów w ścisłym słowa tego znaczeniu. Przeciętny niewierzący młody człowiek, jeśli go o to zapytać, odpowiada: „Ja nie wierzę w Boga” i zwyczajnie jeszcze doda „filozoficzne” uzasadnienie: „ja Go nie widział”. Ale nie będzie on przysięgał, że na pewno wie, iż nie ma Boga, lecz powie: „A może On gdzieś jest, ale ja sam Go nie widział i nikt Go nie widział”. Kto zaś nie wyklucza możliwości istnienia Boga, ten już przez to samo nie jest ateistą. 2. W Związku Radzieckim jest dużo ludzi, którzy uchodzą za ateistów, a wcale nimi nie są. Przede wszystkim wszyscy partyjni uchodzą za ateistów, tymczasem i wśród nich więcej jest agnostyków, a nawet i niemało takich, którzy po cichu wierzą w Boga. Gorzej, że wśród Rosjan i wśród ludów wschodnich istnieje pewna łatwość zapierania się wiary dla doraźnego użytku. Są tacy, co się nawet z tego chwalą, a w zaufanym gronie mówią, że ani myślą stać się bezbożnikami. Propagandę ateistyczną prowadzi się w Związku Radzieckim dosyć intensywnie, choć prawdę mówiąc, mogłaby jeszcze intensywniej być uprawiana. Szczególną uwagę zwraca się przy tym na dzieci i młodzież. Poziom propagandy ateistycznej jest na ogól niski. Wystarczy porównać artykuły na ten temat w komunistycznej prasie radzieckiej i polskiej. Porównanie wypada na korzyść prasy polskiej. W propagandzie radzieckiej jest bardzo mało argumentacji filozoficznej. Więcej się zwraca uwagi na rzekomą sprzeczność między wiarą a nauką. Jeszcze więcej udziela się uwagi ośmieszaniu i zohydzaniu „popów” i „bogomołów”. „Pop” to nie tylko duchowny prawosławny, to także nasz ksiądz, luterański pastor, muzułmański mułła, sekciarski predykant, a nieraz podciąga się pod to pojęcie monachów i monaszki. „Bogomół” lub „bogomołka” to w ogóle pobożna osoba jakiejkolwiek religii i wyznania. Właśnie ośmieszanie, a nie argumentacja jest ulubioną metodą radzieckiej propagandy ateistycznej. Wiele zamieszania sieje stawianie na równi nawet najwyższych form i przejawów religii z najgrubszymi zabobonami, nieraz nie mającymi nic wspólnego z religią.
Rezultaty tej propagandy ateistycznej, antyreligijnej są zarazem i wielkie i małe. Wielkie, bo dzieci, a zwłaszcza młodzież, boją się ośmieszenia, które okazuje się bronią skuteczną przede wszystkim przeciw modlitwie, a nieraz nawet i przeciw samej wierze. Małe są rezultaty, a nieraz i żadne tam, gdzie rodzice i wychowawcy są naprawdę wierzący, pobożni, a przy tym mądrzy i działający własnym, dobrym przykładem. (…) Często w rodzinach rosyjskich bywa tak, że starzy sami się modlą, ale zupełnie nie dbają o to, by się modliły ich dzieci i wnuki.”
Dzisiaj też nie jest łatwo
Tyle Apostoł Kazachstanu, a my wracamy do naszego ks. Tomasza, który jeszcze dzisiaj boryka się z podobnymi problemami, choć prawdopodobnie ma trochę lepiej, bo pracuje wśród ludzi, których spora część ma polskie korzenie. Zapytacie dlaczego lepiej? Ano choćby dlatego, że tutaj być Polakiem, albo mieć polskie korzenie oznacza przede wszystkim chodzić do kościoła katolickiego. Oczywiście i z tym bywa różnie. Są osoby które, jak wspomniałem przed dwoma tygodniami, codziennie przychodzą na Mszę Świętą, a jeszcze poprzedzają ją godzinną adoracją. Ale to głównie osoby starsze. Z drugiej strony jest wiele osób dorosłych, które nawet nie są ochrzczone.
Ks. Tomek opowiada nam z pewnym smutkiem, jak co roku zaprasza choćby mamy dzieci przygotowujących się do I Komunii Świętej, a są jeszcze nie ochrzczone, na spotkania, podczas których chce im dać choćby minimum formacji, aby mogły przyjąć chrzest, a potem pozostałe sakramenty wtajemniczenia.
- Przyjdą trzy, cztery razy, a potem się nie pokazują. A na siłę przecież nie ma sensu - tłumaczy ks. Tomasz. I niestety wielu nie ochrzci się aż do śmierci. Ale tutaj znowu pojawia się charakterystyczne dla tych terenów zachowanie. Jeżeli umiera ktoś o polskich korzeniach, to musi mieć katolicki pogrzeb. I wtedy potrafią przyjść do ks. Tomasza, czyli proboszcza ludzie, których on widzi pierwszy raz na oczy.
- Proszę księdza, zmarła babcia, a ona była Polka. Pogrzeb chcieliśmy załatwić - mówią.
- No dobrze, to na kiedy ten pogrzeb? - pyta ks. Tomasz.
- No już stoimy pod kościołem z trumną... - brzmi czasem odpowiedź, choć nie zawsze. Nieraz zgodzą się, żeby pogrzeb był jutro, ale czy babcia była ochrzczona, często nie mają pojęcia.
Tutejsze duszpasterstwo nie jest na pewno dla perfekcjonistów, lubiących mieć wszystkie papiery w porządku i wszystko zaplanowane z wyprzedzeniem. Choć do pewnych rzeczy przygotowują się tutaj naprawdę dobrze.
Piękno odpustu w Kamyszence
Chciałbym w tym miejscu powrócić do odpustu ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej w Kamyszence, który był głównym powodem naszej obecności w Kazachstanie. Jakże cudowne doświadczenie powszechności Kościoła i miłości do Matki Bożej w szczególnym dla nas wizerunku. Pomyślcie: wszystko jak na Jasnej Górze, tylko w innej skali. Jak pisałem miesiąc temu, też przybyły piesze pielgrzymki z Priiszymki, Astany, Jasnej Polany, Kamienki, z Łozowoje, z Pierwomajki... Msza św. była sprawowana przy ołtarzu polowym, było dwóch biskupów, w tym jeden arcybiskup, a gospodarz, który nas podejmował był równie gościnny, jak ojcowie paulini, kiedy jesteśmy na Jasnej Górze. Byli księża miejscowi, z Polski, niektórzy przyjechali tu specjalnie, inni jakby przypadkiem... Obecne były siostry zakonne różnych zgromadzeń (jak to zwykle bywa z siostrami, nawet nie wiem dokładnie, jakie reprezentowały zgromadzenia, na pewno były siostry miłosierdzia Matki Teresy i miejscowe siostry franciszkanki, oprócz tego z pięć Filipinek, a może Koreanek, z niewiadomego mi zgromadzenia), klerycy, wolontariusze, był koncert po Eucharystii i wspólny obfity posiłek dla wszystkich, przygotowany przez parafianki ks. Tomasza. I przede wszystkim była ta sama Matka Boża w kopii cudownego Wizerunku Jasnogórskiego, która roztacza swoją matczyną opiekę nad wszystkimi swoimi dziećmi, a śpiewane dla niej pieśni miały znajome melodie, choć słowa niekoniecznie zrozumiałe, ale łatwo można było domyślić się ich treści. A wszystko to niemal 5000 kilometrów od Jasnej Góry. I wielkie doświadczenie spokoju. Bez żadnych napięć, zadęcia, czy chęci pokazania się. Podczas Mszy kilkoro dzieci przyjęło I Komunię Świętą, i uwaga, nie mówiły żadnych wierszyków. Ja wiem, że dla niektórych mam naszych dzieci w Polsce zabrzmi to jak najgorsza herezja, ale nic na to nie poradzę, tak właśnie było. I Komunia i żadnych wierszyków. Gwoli prawdy nie widziałem też quadów czy tabletów... Powtórzę jeszcze raz: było odświętnie i spokojnie. Jak tak sobie teraz myślę, post factum, o ks. Tomku, to chyba właśnie tym, co najbardziej go charakteryzuje, jest spokój. Wy sobie nie wyobrażacie, jak ciężko coś od niego wyciągnąć, żeby powiedział parę słów o sobie...
- Przecież już mówiłem, nie, no o czym wam będę opowiadał? - wykręcał się za każdym razem. Ale w sumie to miał rację, bo po co go pytać, skoro wszystko widać, jak na dłoni. Jego mała wspólnota Kamyszenki i kilku innych wsi, które ma pod swoją duszpasterską opieką, żyje. Przyciąga siostry zakonne, kleryków, wolontariuszy... Nawet nas „zagonił” do noszenia ławek i rozstawiania namiotu przed odpustem ;) przynajmniej raz się do czegoś księża przydali ;) Jeśli chcecie sobie zadać trud i „pobuszować” po internecie, znajdziecie niejedno świadectwo ludzi, którzy przeżyli to, co my w Kamyszence w tym roku, czy w latach poprzednich.
Ewangelizowanie w Astanie
Na zakończenie muszę coś napisać o Astanie. Stolica Kazachstanu, duma wielokrotnie wybieranego prezydenta, jest wielkim placem budowy, a w tym roku była siedzibą wystawy Expo 2017. Ponieważ arcybiskup Tomasz Peta był tak dobry, że załatwił dla nas wejściówki, nie mogliśmy nie skorzystać i zobaczyć choćby kilku pawilonów wystawowych. Do wrażeń z tej wizyty odsyłam do naszej telewizji internetowej Dom Józefa, a tutaj chciałbym się podzielić świadectwem, że choć ja w przeciwieństwie do ks. Tomka raczej nie jestem „skrojony” do pracy w Kazachstanie, to jednak Pan Bóg się mną posłużył. Otóż w pawilonie Watykanu podszedł do nas młody Kazach, przywitał się po angielsku i powiedział, że widział nas na odpuście w Kamyszence.
- Naprawdę? - zdziwiłem się.
- Tak. Bo ja też tam przyszedłem z pielgrzymką pieszą z Astany, chociaż jestem z Karagandy a tutaj przyjechałem do pracy przy Expo - odparł dumnie chłopak.
- A skąd wiedziałeś, że jest taka pielgrzymka? - dociekałem.
- Jestem katolikiem i od razu szukałem jakichś katolickich wydarzeń, no i się dowiedziałem o tej pielgrzymce i poszedłem. I mam takie pytanie: czemu ta Matka Boża to jest tylko w Polsce i w Kamyszence? - zapytał, a ja z wielką przyjemnością opowiedziałem mu, że to dla nas Polaków najważniejszy wizerunek Maryi i Polacy gdziekolwiek się udają, biorą go ze sobą.
- OK, a kim ona jest ta Matka Boża Częstochowska, co ona zrobiła? - zapytał, a ja zdębiałem.
- No to jest Maryja, Matka Jezusa, tylko na różnych obrazach czy figurach, jest różnie przedstawiana, ale to jest ta sama Matka Jezusa - tłumaczyłem w dalszym ciągu nie dowierzając, że to było poważnie zadane pytanie. Dominik, bo takie miał imię z chrztu, patrzył na mnie przez chwilę bez zrozumienia, aż oczy mu rozbłysły jak pomysłowemu Dobromirowi ze starej bajki.
- Aha! Czyli to jest ta sama Matka Boska, tylko ludzie chcą tak trochę, żeby była do nich podobna, tak? Ja widziałem taką, co wyglądała jak Koreanka! Ale to jest jedna i ta sama! - Dominik odkrył Amerykę, a ja tylko mogłem powiedzieć: Exactly! I podziękować Bogu, że się chciał mną posłużyć. Dominik jeszcze długo machał mi ręką na pożegnanie i kiwał głową, jakby chciał powiedzieć: „Teraz rozumiem!” Inaczej mówiąc w Kazachstanie Pan Bóg się posługuje każdym. Może się wybierzesz?

Ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej