Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2017-04-13 13:35:53

Pierwszy Świadek Zmartwychwstania

Jezus

Niedzielny poranek Zmartwychwstania. Wspaniały, najpiękniejszy, jaki sobie można wyobrazić. Oczywiście z perspektywy czasu. Dzisiaj. Ale musimy pamiętać, że wtedy, kiedy on się realnie wydarzał, był to najprawdopodobniej zaledwie koniec kolejnej, strasznej, bezsennej nocy, koniec, który nie nadchodził. Noc wydawała się rzeczywiście nie mieć końca.

Tak było pewnie dla wszystkich, którzy Jezusa kochali, którzy na Jezusa postawili wszystko. To była już druga taka noc. Druga, straszna, niekończąca się noc. Bez Jezusa. W takie straszne noce, to nieraz się wydaje, że one się nigdy nie skończą. Czasami chce się, żeby one nie miały końca. A czasami ma się nadzieję, że to jest po prostu straszny sen, mara nocna, z której wszyscy się obudzimy i znowu wszystko będzie, jak kiedyś.
Z górą dwadzieścia lat temu przygotowywaliśmy misterium. Ale jego tematem nie była Męka Pańska, ale właśnie Zmartwychwstanie. I mieliśmy wielki problem, jak pokazać Apostołów w tę straszną noc. W końcu postanowiliśmy, że każdy będzie się czymś zajmował, nie zwracając uwagi na innych. Aż w pewnym momencie rozlegną się dźwięki piosenki „Wczesnym rankiem, trudno oczom wierzyć, głos się niesie przecież to jest Pan...” I wtedy się zerwiemy jeden za drugim, pozostawimy nasze zajęcia i pobiegniemy w kierunku, z którego nadejdzie pieśń. Jeden kolega miał gitarę. I przez cały czas grał na niej dwa dźwięki. Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Każdy z pozostałych zajmował się czymś innym. A kolega grał: Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Ktoś rzucał kostki do gry. Ktoś coś czytał. Ktoś bawił się kubkiem. A kolega grał: Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Czas mijał i z jakichś przyczyn, których bynajmniej wcześniej nie ustaliliśmy, ksiądz który miał śpiewać piosenkę nie pojawiał się. A kolega grał: Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. W pewnym momencie na widowni w kościele dały się słyszeć szmery zdziwienia i niezadowolenia. A kolega grał: Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. My też się zaczęliśmy denerwować, coraz rzadziej wykonywaliśmy odgrywane ruchy i tyko kolega cały czas grał: Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. Ta - dam, ta - dom. W pewnym momencie ja autentycznie nie wytrzymałem, bo myślałem, że przez to Ta - dam, ta - dom zwariuję i wydarłem się na kolegę; „Przestań wreszcie!” A on dalej grał: Ta - dam, ta - dom. Wszyscy myśleli, że tak miało być. Bo ciśnienie, jakie było w powietrzu można było ciąć na plasterki. Wtedy zdałem sobie sprawę, jak strasznie musieli się czuć Apostołowie bez Jezusa.

Już drugą niekończącą się noc bez Jezusa. Jak denerwujące musiały być wszystkie dźwięki, słowa, plany, pomysły... Czy ktoś spał? Nie sądzę. Czy ktoś miał nadzieję? Nie sądzę. Nawet Jan, ten który został pod krzyżem jako jedyny i zabrał do siebie Maryję, matkę Jezusa, nie sądzę, żeby był przekonany, że chodziło o jej przechowanie przez zaledwie trzy dni i dwie noce... Pośród Apostołów musiało być strasznie tej nocy. Nikt się nie chciał wychylać. Piotrowi chyba odechciało się przewodzić, najchętniej wróciłby do swoich ryb, a może nawet przytuliłby się do teściowej. Jan? Jan przynajmniej miał wymówkę, że musi się zająć Maryją. Kiedy ta noc się skończy? Kiedy ta noc się skończy? Kiedy ta noc się skończy? O Boże, a jak już się skończy, to co my ze sobą zrobimy? Może przyjdą i po nas? Może zamiast tak siedzieć uciekniemy gdzieś daleko z tego przeklętego miasta? Albo chociaż zastawimy drzwi szafą... Kiedy ta noc się skończy? Co z nami będzie? Z jakimi „nami”??? Nie ma już „nas”. Bez Jezusa nie ma żadnych „nas”... Kiedy ta noc się skończy... Można by pójść do grobu, ale tam są żołnierze, jeszcze nas złapią... Lepiej się nie wychylać... Strach...

Ale był ktoś, kto się nie bał i się wychylił. Ktoś, kogo miłość do Jezusa nie miała granic i nie było takiej śmierci, która mogłaby tę miłość do Jezusa wykorzenić. I nie był to mężczyzna, tylko kobieta. Maria Magdalena. Ona się nie bała. Jej serce było tak przepełnione bólem po stracie Jezusa, że nie mogła być zbyt daleko od miejsca, gdzie pochowano Jego ciało. Nie potrafiła oddalić się od grobu i pewnie wracała tam co chwilę. Różne rzeczy napisano o Marii Magdalenie, niestety większość nieprawdziwych i ja tutaj nie mam zamiaru prostować faktów. Wiemy, że była kobietą. Że miała wielkie serce. Że strasznie cierpiała i że Jezus ją od cierpienia uwolnił, wyzwolił. Ewangelie nie podają, jak wyglądało spotkanie Marii Magdaleny z Jezusem w chwili uzdrowienia. Na pewno jej cierpienie było straszne, a Jezus wybawił ją od udręk powodowanych przez złego ducha, jak też od prawdopodobnych schorzeń fizycznych, a może nawet i od braku równowagi umysłowej. Wpływ złego ducha musiał być dewastujący, a liczba siedem może mieć tu znaczenie symboliczne, w tradycji żydowskiej oznacza pełnię, czyli musiała być zupełnie, całkowicie zdominowana. Było to z pewnością dla Marii Magdaleny powodem nieszczęścia, społecznego napiętnowania lub nawet potępienia. Dopiero uwolnienie od złych duchów sprawiło, że pokochała Go miłością nieporównywalną z żadną inną, może poza Matką Jezusa. Dołączyła się do kręgu niewiast, które wędrowały za Jezusem, usługując Mu i jego uczniom oraz wpierając materialnie. Towarzysząc Jezusowi w Jego działalności misyjnej od Galilei aż do Jerozolimy, stała się ważnym świadkiem czynów i nauczania Jezusa. Wszyscy Ewangeliści notują, że była obecną wraz z Matką Bożą i innymi niewiastami podczas śmierci krzyżowej Pana Jezusa na Kalwarii. (Mt 27, 56, Mk 15, 40, Łk 23, 49, J.19, 25) Była świadkiem złożenia ciała Pana Jezusa do grobu. A Maria Magdalena i Maria, matka Józefa, przyglądały się, gdzie Go położono. (Mk 15, 47).To niesamowite, ale łatkę jawnogrzesznicy przykleił jej św. Grzegorz Wielki. Ten sam, który z drugiej strony napisał o niej najpiękniejsze słowa. Posłuchajcie:

„Przyszedłszy do grobu Maria Magdalena nie znalazła ciała Pana. Pomyślała więc, iż zostało zabrane i doniosła o tym uczniom. Ci przyszli, zobaczyli i przekonali się, że tak właśnie jest, jak im powiedziała niewiasta. Ewangelia mówi o nich dalej: „Uczniowie zatem powrócili znowu do siebie”; i dodaje: „Maria natomiast stała przed grobem płacząc”. Z tego widać, jak wielką miłością pałało serce Marii, skoro nawet po odejściu uczniów nie odstąpiła od grobu Pana. W dalszym ciągu szukała Tego, którego nie znalazła. Pukała szukając i ogarnięta żarem miłości gorąco tęskniła za Tym, o którym sądziła, iż został zabrany. I stało się, że tylko ta zobaczyła wówczas Jezusa, która pozostała, aby szukać. Dopełnieniem bowiem czynu dobrego jest wytrwałość, według słów Prawdy: „Kto wytrwa do końca, będzie zbawiony”.
Szukała i nie znalazła. Szukała dalej wytrwale i znalazła; tęsknota rosła w miarę upływu czasu, kiedy zaś stała się wielką, osiągnęła cel swoich pragnień. Święta bowiem tęsknota rośnie, gdy nie znajduje przedmiotu swych pragnień. Gdy zaś czekanie usuwa tęsknotę, oznacza to, iż nie była to prawdziwa tęsknota. Taką właśnie prawdziwą tęsknotę przeżywał każdy, kto zdobył prawdę. Dlatego Dawid powiada: „Dusza moja pragnie Boga żywego, kiedyż przyjdę i ujrzę Boże oblicze”. Natomiast Kościół w Pieśni nad pieśniami woła: „Zraniona jestem miłością”. Zaś nieco dalej: „Omdlewa moja dusza”.
„Niewiasto, czemu płaczesz! Kogo szukasz?” Zostaje zapytana o przyczynę bólu, aby tym bardziej wzrosła jej tęsknota, aby wymieniając imię poszukiwanego, tym większą zapłonęła ku Niemu miłością. Mówi jej Jezus: „Mario”. Kiedy zawołał: „Niewiasto”, nie został rozpoznany; teraz oto woła po imieniu, jak gdyby chciał powiedzieć: „Rozpoznaj, Kto ciebie rozpoznał!” Maria nazwana po imieniu rozpoznaje Stwórcę i natychmiast woła: „Rabbuni”, to jest „Nauczycielu”; albowiem Ten, którego szukała na zewnątrz, pouczał ją wewnętrznie, jak należy Go szukać”.

Maria Magdalena, której tęsknota za Jezusem była święta i dlatego wzrastała tak długo, aż osiągnęła przedmiot swoich pragnień: Jezusa Zmartwychwstałego, jest pierwszym świadkiem zmartwychwstania. Jako pierwsza spotkała Zmartwychwstałego. Ona. Kobieta. Kobieta, a przecież, każdy pobożny Żyd dziękował Bogu, że się nie urodził poganinem, niewolnikiem albo kobietą. Kobieta, która nawet nie mogła zeznawać w sądzie, bo jej świadectwo nie znaczyło nic. A Jezus na pierwszego świadka wybrał właśnie kobietę. Dlaczego Panu Bogu po raz kolejny spodobało się wybrać to, co w oczach świata zupełnie się nie nadawało na wiarygodnego świadka, nie mam zielonego pojęcia. Nie mam pojęcia, dlaczego wybrał kobietę. Ale mam podejrzenie graniczące z pewnością dlaczego wybrał TĘ kobietę. Bo kochała. Kochała, jak nikt. W Kościele prawosławnym nazywają ją Równą Apostołom. A mnie się wydaje, że w niektórych sprawach ona ich przewyższała.

Tekst ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola

Opiekun nr 15(502) od 16 lipca 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in pielgrzymka do Kalwarii Zebrzydowskiej, o pasjonacie odlewnictwa w brązie i głębokim sensie urlopu w pojedynkę.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej