Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2016-11-03 09:54:09

Sienkiewicz geniuszem marketingu

oblegorek

Od czasu śmierci Henryka Sienkiewicza - a było to sto lat temu - nie powstało w Polsce żadne godne uwagi dzieło, które można by określić słowem „bogoojczyźniany”. Powstała za to cała masa znanych dzieł, które tradycji „bogoojczyźnianej” się przeciwstawiają. Po śmierci Sienkiewicza pojawiły się w literaturze takie postacie, jak Żeromski, Gombrowicz, Nałkowska, Miłosz i wreszcie współcześni twórcy, którzy - a jakże - od tradycji „bogoojczyźnianej” się odcinają. Tyle, że ta tradycja realnie nie istnieje w literaturze od stu lat. O cóż więc chodzi? Ponoć o bunt.

Najłatwiej oczywiście buntować się przeciwko czemuś, czego nie ma. Nie niesie wtedy taki bunt ze sobą żadnych zagrożeń, a jak człowiek krzyczy wyjątkowo głośno o swym sprzeciwie i opisuje go w książkach nie szczędząc słów trudnych i bolesnych albo drwiących i szyderczych, wtedy jest szansa na to, że ludzie uwierzą w autentyczność buntu. „Dość bogoojczyźnianej twórczości” - takie hasło słyszymy od kilku pokoleń i hasło owo jest wprowadzane w życie. Artyści tworzą dzieła na wskroś nowoczesne, modernistyczne, postmodernistyczne i nie tylko. Wyżywają się w eksperymentach, używają nowatorskich stylistyk i tworzą całe - nieznane wcześniej - języki. Efekty owych wysiłków możemy potem kupować w straganach z tanią książką w cenie od 50 groszy do 2 złotych za egzemplarz. Nie jest to przyznam budujące, ale człowiek nie może przy tym nie odczuć jakiegoś uczucia radości. Bo oto pisarze napinają się, prężą, a czytelnik ma to w nosie. Krytyka chwali, polemizuje, wynosi pod niebiosa, a hurtownik za nic nie chce wziąć tego towaru na skład. To o współczesnych. Ale i dawniejsi twórcy nie mogli sobie poradzić z kapryśnym czytelnikiem, który nie podejmował, jakoś trudu przebrnięcia przez ich dzieła. Szczególnie dotyczyło to tych pisarzy, którzy deklarowali chęć oderwania polskiej kultury od zaścianka i przyłączenia jej do światłych, nowatorskich i dynamicznych kręgów kulturowych Europy i świata. Nie mówię tutaj o takich ludziach, jak Gombrowicz, który co by o nim nie mówić, robił wszystko na własny rachunek i za swą zuchwałość wobec współczesnych zapłacił życiem. Weźmy jednak takiego Żeromskiego, którego zwyczajowo przeciwstawia się Sienkiewiczowi. Żeromski żył sobie w najlepsze na państwowym garnuszku, miał mieszkanie w Zamku Królewskim, a wszystko przez to, że był uznanym pisarzem, który obalał mity dworsko-szlacheckie. Żeromski, drodzy Państwo to niestety nie żaden walczący ze szkodliwymi mitami don Kichot tylko cwaniak i grafoman, jakich mało. Wystarczy wziąć do ręki którąkolwiek z jego książek, żeby się o tym przekonać. W dodatku Żeromski to facet, który nie myślał o tym, jak będą się jego książki sprzedawać, bo po co. Przecież i tak rządowa prasa napisze mu recenzje takie, jak potrzeba. Żeromski to taka przedwojenna Masłowska i Tokarczuk razem wzięte. Tyle, że wymienionym paniom nikt pensji dożywotniej nie przyznał póki co i mieszkania w zamku nie zaproponował.
Co innego Sienkiewicz. Na przełomie XIX i XX  stulecia rola pisarza była tak samo dwuznaczna, jak dziś. Bo niby to jest kapłan i inżynier duszy ludzkiej, który na wskroś prześwietla swym bystrym okiem wszelkie zakamarki społecznego i indywidualnego życia, a przy tym jest i zwyczajnym groszorobem co to upomina się o honorarium w kasie wydawnictwa i potrafi mocno się wściekać, jak wypłata opóźnia się o parę dni. Henryk Sienkiewicz, jako pierwszy polski pisarz i być może jeden z pierwszych na świecie skończył z fikcją, jaką jest pisarskie posłannictwo i apostolstwo. Jego książki pisane „ku pokrzepieniu serc”, były także pisane ku pokrzepieniu portfela pana Henryka. Jedno nie wyklucza drugiego, bo żaden wszak człowiek wolny nie rezygnuje z zapłaty za swoją ciężką pracę. Sienkiewicz zaczyna drukować swoją prozę w gazetach, co w stuleciu pary i elektryczności było równoznaczne z grzechem ciężkim i estetycznym absmakiem. Do tego edycje „Trylogii” są zapowiadane w czymś, co można by nazwać kampaniami reklamowymi. Pisarz współpracuje z wydawcą i to współpracuje skutecznie. Nie wiadomo, czy edycja „Trylogii” poprzedzona była jakimś badaniem rynku, ale pan Henryk, który był człowiekiem towarzyskim i do ludzi się garnął, na pewno wiedział, czego ci ludzie oczekują po pisarzu i za czym tęsknią. Sienkiewicz był więc pierwszym pisarzem nowoczesnym, który przed wykonaniem dzieła zapoznał się z oczekiwaniami odbiorcy i, wbrew wielu swym późniejszym naśladowcom, nie usiłował sprzedawać śniegu Eskimosom, czyli nie tworzył czegoś, co zostanie przez odbiorcę odrzucone. Henryk Sienkiewicz, prócz tego, że rozpoznał rynkową niszę, to jeszcze znakomicie ją wypełnił. Jego sukces był oszałamiający i pełny. Nie powtórzyło się to już nigdy potem w literaturze polskiej. Żaden z pisarzy nie miał takiego kredytu zaufania u czytelników, jak Sienkiewicz. A przecież wiadomo, że pisał nierówno. Tylko kto w ogóle jest w stanie pisać równo, szczególnie jeśli pisze dzieła tej objętości co Henryk Sienkiewicz. Ludzie kochali „Trylogię” i „Krzyżaków” i wybaczali „Bez dogmatu” i „Rodzinę Połanieckich”. Henryka Sienkiewicza nie popierały żadne koła dworsko-polityczne, ze względów zrozumiałych - nie istniało państwo polskie, a państwa zaborcze nie były zainteresowane promowaniem jego twórczości. Sukces Sienkiewicza jest więc sukcesem wbrew trudnościom i to niemałym. Jakby nie wystarczało splendoru i chwały zdobytej w kraju, Sienkiewicz osiąga także sukces za granicą - „Quo vadis” stało się bestsellerem tamtych czasów. Po obydwu stronach Oceanu Atlantyckiego powstają mniej lub bardziej udane naśladownictwa tej powieści. Każdy, kto choć trochę poważnie myśli o książkach i rynku wydawniczym zdaje sobie wówczas sprawę z tego, że pisarz z Polski trafił na złotą żyłę i posiada odpowiednie narzędzia, by ją eksploatować.
Przez całe XX stulecie, przez czas wszystkich tragedii i klęsk ludzie szukali pocieszenia w Sienkiewiczu. Matki rozkładały na niedzielnym stole, przy którym siedziały dzieci, grubą księgę i zaczynały świąteczne popołudnie od słów: „Był na Żmudzi ród możny Billewiczów od Mendoga się wywodzący…”  To było, jak pacierz i tego zapomnieć się nie da. Nie da się - stąd powracające, jak czkawka „bunty młodych”, którzy marzą o tym, by choć w części powtórzyć literacki sukces Henryka Sienkiewicza. Zabierają się za to owi młodzi zawsze w jednakowy sposób - zaczynają od zdezawuowania twórczości pisarza i przedstawienie jej jako bełkotu nieszkodliwego staruszka. Z czym do gościa hołoto - chciałoby się powiedzieć. Niech jeden z drugim wykreuje na kartach tych swoich wiekopomnych dzieł postać - jedną chociaż - która mogłaby się równać z takim Bogusławem Radziwiłłem w wydaniu sienkiewiczowskim. Nie jest to niestety możliwe przy dzisiejszym stanie umysłów twórców wszelakich. Może to i dobrze.

Tekst Gabriel Maciejewski
www.coryllus.pl

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 22

Opiekun nr 22(509) od 22 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. o pracującej w Etiopii Magdalenie Fiec, która odkryła swoje misyjne powołanie podczas studiów na Politechnice Śląskiej.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej