Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2016-08-25 12:11:52

Matka Męczennika

Matka

Nie ukrywam, że choć psychologia dzisiaj nie ma żadnych wątpliwości, że postaw, również gdy chodzi o wiarę i religię, uczymy się od ojców i pewnie ma rację, to jednak ja osobiście z wielkim szacunkiem i coraz głębszą fascynacją patrzę na rolę matek.

Byłem wtedy bodajże w trzeciej klasie Liceum Ogólnokształcącego (wówczas czteroletniego), więc miałem około 17-18 lat. Była wiosna, wspaniały czas rodzenia się głębszych przyjaźni, sporej dawki beztroski, a choć zbliżał się moment podejmowania najważniejszych decyzji życiowych, typu wybór uczelni, a co za tym idzie, drogi życia, to nie były to jeszcze sytuacje szczególnie naglące. Wracałem ze szkoły do domu i jak to się wówczas często zdarzało, byłem w towarzystwie Magdalenki, koleżanki z klasy, która tą sama drogą, co ja zmierzała na przystanek autobusowy, skąd później odjeżdżała do swojej miejscowości. Często ją odprowadzałem na stację i gawędziliśmy jeszcze kilkanaście minut, dopóki jej autobus nie został podstawiony. Owego dnia byliśmy chyba z czegoś bardzo zadowoleni (nie wiem, może nie było ostatniej lekcji?), w każdym razie przez niemal całą drogę moje ramię spoczywało na barkach Magdy, w zupełnie niewinnym przyjacielskim geście.
Kiedy później dotarłem wreszcie do domu, zauważyłem, że moja mama jest dziwnie podenerwowana. Bez słowa podała mi obiad i jakby nieco głośniej niż zwykle wykonywała domowe czynności. I w ogóle się do mnie nie odzywała. W pewnym momencie zapytałem, o co chodzi i czy coś się stało. A wówczas mama patrząc mi w oczy z wyrzutem powiedziała tak: „Ty się synu zastanów dobrze, czy idziesz do tego seminarium, czy nie?!” Okazało się, że mama była na zakupach i widziała mnie, jak odprowadzałem Magdalenkę na stację obejmując ją ramieniem. I zaniepokoiła się, ponieważ od kilku lat w domu mówiliśmy o tym, że być może pójdę do seminarium, bo mam poważne podejrzenia, że właśnie tego oczekuje ode mnie Bóg. Ta myśl moim rodzicom bardzo się podobała i byli gotowi na wszystko, aby pomóc mi na drodze powołania. No i biedna mama, jak mnie zobaczyła z Magdą pewnie pomyślała, że może bałamucę komuś w głowie niepotrzebnie, albo ktoś mi bałamuci, albo po prostu zmieniam zdanie.

Wiara matki i świętość dzieci
Przypomniała mi się ta scena bardzo dokładnie podczas lektury znakomitej książki mojej koleżanki Natalii Budzyńskiej, dziennikarki Przewodnika Katolickiego, zatytułowanej „Matka męczennika”, a poświęconej Mariannie Kolbe. Od kilku lat fascynuje mnie postać św. Maksymiliana Kolbe ze względu na jego szczególną miłość do Maryi Niepokalanej, a także z racji na niesamowite sukcesy w pracy wydawniczej. I last but not least z powodu jego działalności misyjnej akurat w Japonii, gdzie miałem okazję przejść jego śladami. Kiedy wydawało mi się, że dotarłem do niemal wszystkiego co dostępne, aby lepiej zrozumieć Świętego, zupełnie niespodziewanie otrzymałem od wydawnictwa „Znak” egzemplarz przedpremierowy, książki o matce św. Maksymiliana. Nie miałem pojęcia, że Natalia nad nią pracuje, ale wziąłem sobie dwa dni wolnego, aby książkę nie tylko przeczytać, ale przemedytować.
Nie ukrywam, że choć psychologia dzisiaj nie ma żadnych wątpliwości, że postaw, również gdy chodzi o wiarę i religię, uczymy się od ojców i pewnie ma rację, to jednak ja osobiście z wielkim szacunkiem i coraz głębszą fascynacją patrzę na rolę matek. I tu od razu zacytuję fragment książki, a konkretnie list, który ojciec Orestes Mazur napisał do Marianny Kolbowej (tak kazała się nazywać, aby nikt nie miał watpliwości co do jej polskości w czasie okupacji hitlerowskiej) w marcu 1942 roku. Po śmierci obu synów, których dała zakonowi, franciszkanie starali się być z nią w ciągłym kontakcie. I tak pisał o. Orestes: „Gdy do Papieża Piusa IX przychodziły rozmaite projekty odnowienia ducha w Kościele katolickim, jedni chcieli zwrócić uwagę na podniesienie gorliwości wśród duchowieństwa, inni więcej szkół chrześcijańskich, inni więcej propagandy katolickiej, papież powiedział: Dajcie mi dobre i święte matki katolickie, a uświęcę cały świat i podniosę Kościół do niebywałej świetności. Że papież miał rację dowodem jest Pani czcigodna. Gdyby każda matka dała takich synów Kościołowi, naprawdę niedługo nastąpiłoby całkowite odrodzenie świata całego, nie rządziłaby światem nienawiść i siła, ale miłość i cnota”.
Warto również zacytować pełną pokory odpowiedź Marianny Kolbe: „Chciałam tylko jeszcze wyjaśnić, że co do moich najukochańszych synów nie mam prawa do pochwał, ani do zasług, tylko muszę wielbić miłosierdzie Boże i litość Matuchny Bożej Niepokalanej nad nędznym stworzeniem, które niezdolne do niczego dobrego, tylko zawsze w żebraczej postaci stoi i prosi o więcej, a więcej, aż dojdzie do celu swego przeznaczenia i będzie jej dane zamienić na wieczne uwielbienia i wieczne dziękczynienie”. I jeszcze dodała matka św. Maksymiliana Kolbe: „Ja jednak zawsze czułam się niezdolną być dobrą żoną i dobrą matką” Wow! Nadmiar pokory? A może współistnienie różnych powołań?

Książka, której brakowało
Zgadzam się z Anną Wiejak, która w swojej recenzji książki napisała: „Trudno jest pisać o świętych, ale jeszcze trudniej chyba pisać o ich rodzinach, które przecież też nie są uwolnione od grzechów. Często wiadomo o nich tak niewiele, że każdy najmniejszy nawet strzępek informacji zdaje się na wagę złota. Tak też było i w przypadku matki św. Maksymiliana Kolbego”.
 Właśnie dlatego należą się słowa wdzięczności Natalii Budzyńskiej, bo dzięki jej książce możemy choć trochę wniknąć w atmosferę domu, w którym Pan Bóg i Maryja byli zawsze na pierwszym miejscu, gdzie Rajmund dorastał pod okiem matki, kobiety surowej i głęboko wierzącej, która marzyła o kapłaństwie dla swojego najstarszego syna Franciszka, a potem okazało się, że wychowuje na księży wszystkich swoich synów, którzy dożyli dojrzałości (nawet jeśli jeden z nich opuści zakon i ostatecznie się ożeni).
Jakie są zalety książki Natalii Budzyńskiej? Oprócz faktu, że zapełnia lukę, jaką był całkowity właściwie brak szerszych informacji o matce św. Maksymiliana Kolbe, warto podkreślić, że autorka stara się możliwie dokładnie odtworzyć wydarzenia i tło historyczne, a nawet obyczajowe epoki, w której żyła Marianna Kolbe, po której męczennik odziedziczył heroiczną odwagę i to ona umożliwiła synowi pójście drogą przeznaczoną mu przez Boga. W tym ostatnim zdaniu nie ma krzty przesady, ponieważ z książki jasno wynika, że właściwie cały ciężar troski o synów wzięła na siebie w rodzinie Kolbów właśnie matka. Ojciec Juliusz, wydaje się nieco wycofany, choć pełen miłości do żony i synów, do Ojczyzny, do kultury, ale jednak to Marianna kształtuje charaktery swoich synów.
Przez pierwsze lata życia była ich opiekunką i nauczycielką, uczyła piosenek, czytała, modliła się, wpajała wartości, według których żyli. Trzeba tutaj jasno powiedzieć, że Juliusz był wspaniałym mężem, wymodlonym. Marianna bardzo pragnęła zostać zakonnicą, takie życie najbardziej ją pociągało, ale w owych czasach nie było to łatwe i to nie tylko z powodu kasaty licznych zakonów. Chodziło również o posag, który postulantka musiał wnieść do zakonu. Marianna pragnęła więc, żeby skoro już musi wyjść za mąż, to niech jej mąż będzie pobożny i nie pije. I taki był Juliusz, co było wówczas rzadkością.

Szczęście: dzieci w zakonie, ja w zakonie
A wracając do Marianny i wychowania synów. Była absolutnie bezwzględna, jeśli chodziło o wychowanie moralne. Budzyńska opisuje, że Marianna „widziała sporo zagrożeń czyhających na jej chłopców. Jednym z nich były dziewczynki. Nie lubiła, gdy jej synowie się z nimi bawili, bez potrzeby nie powinni też z nimi rozmawiać. Franciszek i Rajmund uczyli się już w Szkole Handlowej, kiedy zdobyczą rewolucji 1905 roku stały się klasy koedukacyjne. Marianna była taką możliwością oburzona. Najwidoczniej przedstawiała swoim synom kobiety jako jakieś zagrożenie i zło”. Autorka książki zauważa, że uderzyło ją w listach ojca Maksymiliana, że o kobietach wyrażał się często „baby”, ale ewidentnie były to echa wychowania.
To właśnie przy czytaniu tego fragmentu przypomniała mi się moja mama i jej oburzenie moim zachowaniem, które opisałem na początku. Przytaczam akurat ten epizod, aby podkreślić, że Natalia Budzyńska nie omija tematów trudnych i chociaż z jej książki widać kobietę bardzo pobożną, oddaną soim synom, Kościołowi i przede wszystkim Panu Bogu, to przecież nie brak i kontrowersji. Natalia opisuje je z taktem, nie oceniając, podkreślając również różnicę w rozumieniu pewnych spraw zarówno przez świat, jak i przez Kościół.
Jedną z takich spraw trudnych jest fakt, że kiedy trzej synowie byli już związani z zakonem Marianna postanowiła oddać się całkowicie Bogu i wieść życie zakonne. Mąż Juliusz, któremu - jak podkreśla autorka - musiało być bardzo ciężko, tak bardzo kochał żonę, że rozumiał jej pragnienie życia w czystości i podpisał 9 lipca 1908 roku oświadczenie, w którym wyraził zgodę, aby jego małżonka oddała się na wyłączną służbę Bogu. I choć nigdy nie została przyjęta do zakonu, głównie z powodu wieku - nie pomogło nawet wstawiennictwo o. Maksymiliana w Rzymie - to jednak była bardzo szczęśliwa mogąc mieszkać i usługiwać w klasztorze felicjanek w Krakowie.
Co stało się z jej mężem Juliuszem? Jakie były losy jej pozostałych synów, bo tylko o Rajmundzie - Maksymilianie wiemy niemal wszystko? Odsyłam do książki, która rozbudza w czytelniku pragnienie świętości, ale też ukazuje nasz ludzki wymiar, czasami obciążony dziedzictwem poprzednich pokoleń, które skłania do popełniania tych samych błędów. Jednak przede wszystkim pokazuje, czego jest w stanie dokonać głęboka wiara, o którą się dba i którą się przekazuje następnym pokoleniom. 

Tekst ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej