Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2016-05-04 09:57:57

Jasna i ta druga strona księży(ca) - 224

Mateusz był zły na siebie. Właściwie nie przespał całej nocy i może to również wpływało na jego rozdrażnienie, ale doskonale wiedział, że to nie o to chodzi. Był zły na siebie za swoją głupotę i to przez tę głupotę miał nieprzespaną noc za sobą. Wczoraj była Niedziela Miłosierdzia. I chociaż wyraźnie tłumaczył Zbigniewowi, że będą się modlić i mieć nadzieję, że modlą się w słusznej sprawie, ale Panu Bogu należy zostawić decyzję, czy, w jaki sposób i kiedy na ich modlitwy odpowiedzieć, to jednak sam wpadł w pułapkę nadmiernych oczekiwań. Jego prośba o modlitwę za zagrożone, jeśli już nie pogrążone, małżeństwo Zbigniewa spotkała się z tak wspaniałym odzewem, że co tu dużo gadać, nakręcił się jak gówniarz. I czekał, że jeszcze przed wyjazdem Zbigniewa do Anglii, gdzie pracował, coś się wydarzy, że żona się opamięta, albo... Sam nie wiedział, co miałoby się wydarzyć, ale na to „nie wiadomo co”, czekał. A przecież z każdym kolejnym telefonem od Zbigniewa czuł, że mężczyzna jest coraz spokojniejszy, że na pewno ta modlitwa jemu pomaga, że go uodporni na czas jakiś, bo przecież coraz bardziej stanowczo powtarzał, że kocha żonę nad życie i będzie na nią czekał tyle, ile będzie trzeba. Chwilami on sam się zastanawiał, czy Pan Bóg już nie wysłuchał ich modlitw, ale ponieważ nie było wiadomości od żony, ludzie się modlili, więc się nakręcił, że Pan Bóg coś jeszcze im zgotuje. Zanim Zbigniew wyjedzie ponownie do Anglii. No i wczoraj, w Niedzielę Miłosierdzia, zamiast przeżyć ten dzień, jak Pan Bóg przykazał, co chwilę, kiedy tylko mógł, sprawdzał komórkę. Czy Zbigniew nie dzwonił. Albo jego żona. Co prawda nie wiadomo, dlaczego żona Zbigniewa miałaby do niego dzwonić, skoro nie miała nawet jego numeru, no ale on sprawdzał co chwilę. Zauważył, że jego nerwowość udzieliła się też jego współpracownikom. Około południa się opamiętał, raz jeszcze w samotności pomodlił się Koronką do Bożego miłosierdzia, ale... nic z tego. Nie mógł nic zrobić z tą postawą oczekiwania. I tak było aż do wieczora. Około 22.00 ogarnęła go senność, ale stwierdził, że przecież nie pójdzie spać, bo prześpi być może najważniejsze. Jednak do północy nic się nie wydarzyło, więc położył się do łóżka. Ale sen nie przychodził. Kiedy tak leżał wpatrując się w sufit, w pewnym momencie zdał sobie sprawę ze swojej głupoty. Który to już raz jedno mówił ludziom, a sam myślał inaczej? No bo przecież skoro ON - Mateusz zorganizował tak wielkie modlitewne poruszenie, to przecież Bóg nie mógł go nie wysłuchać. Nigdy nie dopuścił świadomie takiej myśli do siebie, a już broń Boże nie wyjawił jej przed ludźmi, ale nie da się oszukać samego siebie, że tak właśnie miało być. I podczas tej bezsennej nocy ta prawda tak go przygniotła, że aż poczuł ciężar na piersiach. Przez chwilę przestraszył się, że to może oznaka depresji, albo ataku paniki. Ponoć sporo księży cierpi na obie przypadłości... A potem wyobraził sobie, że gdzieś z bardzo, bardzo daleka Pan Bóg mu się przygląda i musi mieć niezły ubaw. I być może oprócz niego Pan Bóg widzi tysiące, a może miliony takich punkcików, jak on, z których każdy jest na Pana Boga wkurzony, bo go nie wysłuchał. Teraz, natychmiast! I bardzo szczerze Mateusz przez chwilę Panu Bogu współczuł. Potem ciężar z piersi ustąpił, ostatni rzut oka na komórkę pozwolił mu stwierdzić, że była piąta rano i kiedy pomyślał, że już nie ma sensu zasypiać, sen przyszedł. Wydawało mu się, że kilka sekund później dźwięk budzika przeszył mu uszy, ale okazało się, że była 7.30. A więc przespał ponad dwie godziny. I obudził się nadal zły na siebie. Próbował powrócić do tej nocnej myśli i wizji, i tego współczucia dla Pana Boga, który musi się z tymi wszystkim frustratami męczyć, ale mu się nie udało. Jeszcze jak na złość, tego ranka nikt nie przyszedł do kancelarii parafialnej, więc nawet nie było nic nowego, co mogłoby zaprzątnąć jego umysł. Zaczął się zastanawiać, o której godzinie odlatywał samolot Zbigniewa, ale nie mógł sobie przypomnieć. Do końca urzędowania kancelarii w poniedziałek brakowało jeszcze dobrych 30 minut, ale Mateusz nie mógł już dłużej wytrzymać. Zamknął kancelarię, wywiesił kartkę z napisem „Jestem w kościele” i poszedł do ich drewnianego kościółka św. Magdaleny, który już napełnił się wiosennym ciepłem. I postanowił, że będzie się modlił Koronką tak długo, aż się nie uspokoi. Nie, już nie za Zbigniewa, ale za siebie. Żeby Pan Bóg zabrał od niego tę nieznośną konieczność bycia skutecznym. To przekonanie, że jeżeli on coś robi, to to zawsze musi mieć dobry efekt. Żeby przestał traktować wszystko, jak osobistą rywalizację ze światem, w której ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać. I że on nie może być tym, który przegrywa, bo przecież tak bardzo się stara. I jeszcze myśli, że dla Pana Boga to robi... 

Trudno powiedzieć, ile razy odmówił Koronkę. Na pewno wiele razy, bo w brzuchu kiszki mu marsza grały tak głośno, że aż nie wytrzymał i się roześmiał. Na głos. I z tym śmiechem jakby wszystko z niego uszło. Całe napięcie. Zastanawiał się, czy właśnie poprzez głód Pan Bóg nie mówi mu, że już wystarczy, czy może wystawia go na próbę. Na wszelki wypadek postanowił zmówić jeszcze jedną Koronkę. 

- Księże Mateuszu! - głos Zbigniewa rozchodzący się echem po kościołku wyrwał go już nie z modlitwy, ale chyba z drzemki, w którą zapadł, nie pierwszy raz zresztą.

- Zbigniew! - Mateusz z trudem stłumił ziewanie, ale nie udało mu się burczenia brzucha. - Chodź, idziemy coś zjeść, bo zaraz padnę. Co ty tu właściwie robisz? Nie powinieneś być w Katowicach, a właściwie już w samolocie? Te Ryanairy latają chyba do południa...

- Akurat mój leci po południu - odparł Zbigniew robiąc naprędce znak krzyża i wychodząc za Mateuszem. - Ale beze mnie.

- Jak to? Nie lecisz? Przecież zostało ci, ile tam, trzy miesiące, żeby mieć dodatek do emerytury, dobrze pamiętam? - Mateusz aż się zatrzymał, ale brzuch szybko wprawił go ponownie w ruch.

- Dobrze ksiądz pamięta. Ale po co mi ta emerytura, żeby płacić alimenty na dzieci, które będę widywał raz na tydzień, albo raz na dwa tygodnie? - odpowiedział spokojnie Zbigniew. Mateusz znowu się zatrzymał i spojrzał Zbigniewowi w oczy. A ponieważ nie dostrzegł w nich szaleństwa, wręcz przeciwnie, spokój i pewność, ponownie ruszył w kierunku plebanii.

- A co u żony? - zapytał.

- Była, a pewnie jest, w totalnym szoku, jak jej powiedziałem, że nigdzie nie lecę. Że już nigdy nigdzie nie polecę sam. Chyba, że z nią i z dziećmi - odpowiedział Zbigniew.

- I co ona na to?

- Rozpłakała się i na tym się skończyła rozmowa. Bo ona nigdy nie chciała, żebym do tej cholernej Anglii jechał. Nigdy. A ja jej ciągle mówiłem, że jeszcze tylko rok. I tak co rok przez dziesięć lat. I teraz, kiedy się modliłem tą Koronką, to byłem coraz spokojniejszy. Ale za każdym razem, kiedy sobie mówiłem, a może Panu Bogu? Kiedy mówiłem, że jest coraz lepiej, że jeszcze tylko na te trzy miesiące skoczę, zamknę tam wszystko, wezmę papiery i koniec, to znowu wpadałem w taki amok, beznadzieję. Aż wczoraj po którejś Koronce powiedziałem sobie, że ja tam wcale nie wrócę i aż się uśmiechnąłem sam do siebie. A może Pan Bóg się do mnie uśmiechnął? Wszystko jedno. Tak czy inaczej, zostaję w kraju. Bo ksiądz miał rację, że moje małżeństwo tonie. Tylko że ja myślałem, że to przez żonę. A ono tonęło przeze mnie. I postanowiłem po raz pierwszy dokonać słusznego wyboru. Wyboru rodziny, a nie pracy.

- Może zrobię jakiś makaron? - zapytał Mateusz z głupia frant.

- Czemu nie? Ksiądz sobie nie wyobraża, jakie w tej Anglii jest fatalne jedzenie. I jak sobie pomyślę, że moja żona gotuje, jak nikt na świecie...

- No, ja raczej gotuję kiepsko, a jeszcze mam za sobą nieprzespaną noc, więc rezultat może być fatalny, ale nic gotowego nie mam - tłumaczył się Mateusz.

- A to ciekawe, bo ja po raz pierwszy od wielu miesięcy spałem całą noc jak suseł. I wie ksiądz co? Moja żona też. Kiedy zadzwoniłem do niej dzisiaj rano, żeby powiedzieć, że nigdzie nie wyjeżdżam, to jeszcze spała, a ona zawsze wstaje przed szóstą. Nie wiem, jakie ona ma plany, bo potem to już tylko płakała, ale co do mnie, to jestem przekonany, że Pan Bóg naprawdę daje pokój tym, którzy mu ufają, ale się niczego od Niego nie domagają. Naprawdę, mówię księdzu! 

Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 22

Opiekun nr 22(509) od 22 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. o pracującej w Etiopii Magdalenie Fiec, która odkryła swoje misyjne powołanie podczas studiów na Politechnice Śląskiej.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej