Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2016-04-08 09:22:51

Jasna i ta druga strona księży(ca) - 222

Popołudnie było cudowne. Mimo obaw, że skoro na Święta Bożego Narodzenia pogoda była wielkanocna, to na Wielkanoc pewnie będzie padał śnieg, słońce jak się pojawiło w Wielki Czwartek, tak rozświetlało i ocieplało skutecznie kolejne dni świąteczne. Nie inaczej było i w ten wielkanocny poniedziałek. W ten dzień Mateusz miał Msze Święte tylko do południa i postanowił sobie, że popołudnie spędzi „po włosku”. 

- Po „włosku” czyli jak? - dopytywał go przyjaciel Maciej, kiedy dzień wcześniej w Niedzielę Zmartwychwstania składali sobie życzenia telefonicznie.

- W Italii poniedziałek w oktawie Wielkanocy nazywany jest „małą Paschą” - wyjaśniał Mateusz. - Niedziela to jest Pasqua, a poniedziałek Pasquetta. Aha, inną nazwą jest Poniedziałek Anioła. Wiesz, jak tak teraz myślę, to mi się to jeszcze bardziej podoba... Poniedziałek Anioła, od Anioła, który powiedział kobietom przybyłym do grobu: „Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział” - tłumaczył z zapałem Mateusz.

- Mateusz, kurka wodna, przecież ja znam Ewangelię i nie musisz mi wszystkiego tłumaczyć - roześmiał się Maciej. - Powiedz mi, o co chodzi z tym świętowaniem tej... pancetty, czy jak to się tam nazywa, po włosku?

- Pasquetta! – wybuchnął śmiechem Mateusz. - Pancetta to boczek albo słoninka. No więc w poniedziałek Anioła, czyli w Małą Paschę właściwie wszyscy Włosi wyruszają na piknik w teren. Wiesz, czasami to jest aż śmieszne, bo niektórzy mają prześliczne ogrody przy domach i całą aparaturę do grillowania, ale nie powinno się siedzieć w domu, więc trzeba koniecznie gdzieś wyjechać. W związku z tym, każdy kawałek trawy, lasu czy parku jest dosłownie okupowany przez dzikie tłumy! O utrudnieniach w ruchu nawet nie wspomnę, bo wszyscy wyruszają w trasę, po prostu, jak mówi moja bratanica: masakra! Ale jak pasquetta to pasquetta i wszyscy wyjeżdżają na te pikniki. Ale nie myśl sobie, że to taki zwykły piknik, bo jedzenia jest często więcej niż na świątecznym obiedzie. Biorą ze sobą przenośne grille, makaron, ciasta, ciasteczka i oczywiście litry wina... Czasami godzinami szuka się dwóch metrów kwadratowych wolnej łąki... Zaczynają się nerwy. I westchnienia, jak u Izraelitów na pustyni: „A mogliśmy siedzieć w domu. Po co nam to było?” Ale prędzej czy później, zwłaszcza kiedy nadchodzi godzina obiadu, a jest to godzina święta, kończy się wybrzydzanie, że mało miejsca, trawa zwiędła i tuż przy ruchliwej ulicy, rozpakowuje się wszystko i kiedy nomen omen pancetta skwierczy na grillu, zaraz wszystkim przechodzą nerwy i wszyscy są szczęśliwi. W czym wino bynajmniej nie przeszkadza... - Mateusz miał jeszcze wiele do opowiedzenia różnych epizodów, które mu się przydarzyły, jak choćby ten, kiedy pewnego roku postanowił z rodziną przyjaciół pojechać na Paquettę na Monte Cassino i taki był korek, że ojciec jego przyjaciela wysiadł z samochodu i poszedł pieszo i dotarł na miejsce... pół godziny przed nimi, ale Maciej już go nie chciał słuchać.

- Czyli cała ta gadanina, żeby mi powiedzieć, że jutro jedziesz na piknik? - przerwał mu brutalnie.

- Oj Maciek, ty tego nie rozumiesz...

- Ależ doskonale rozumiem. Trzeba mieć nawalone we łbie, żeby się pchać na drogi w taki dzień, zwłaszcza jak się ma dom z ogrodem. Aha! Jakby co, to u mnie przy plebanii też jest fajnie i już zielono, mógłbyś zahaczyć. Co by nie było: życzę ci udanej... pancetty - zaśmiał się jeszcze Maciej i zakończył rozmowę.

- Pasquetty! - poprawił go jeszcze Mateusz, ale kolega już tego nie słyszał. A może po prostu się z nim droczył, bo wcale nie tak trudno było zapamiętać to słowo. Maciej nigdy nie podzielał fascynacji Mateusza Włochami. Złożyły się na to dwie rzeczy. Pierwszą była jedna jedyna pielgrzymka, na którą pojechał do Włoch i w jednym z kościołów zobaczył, że w konfesjonale były schowane miotły i odkurzacz. Od tego czasu uważał Włochów za bezbożników. Drugi fakt był bardziej osobisty. Handlarz samochodów sprowadził mu przed laty samochód z Włoch, który ładnie wyglądał na zdjęciach, a w rzeczywistości nieco gorzej. Poprzedni właściciel nie tylko w tym samochodzie palił papierosy i gasił je na sąsiednim siedzeniu, ale też przypuszczalnie za często go nie mył. I to już zupełnie zabetonowało opinię Macieja o Włochach. Mateusz miał nadzieję, że kiedyś uda mu się zabrać przyjaciela do Włoch i pokazać mu to wszystko, co on tam przeżył i za czym czasami mocno tęsknił, ale jak na razie wszelkie plany paliły na panewce. Maciej był uparty, no i jeszcze zbyt młody, żeby jak św. Piotra związać go i poprowadzić dokąd nie chce.

- Bardzo dziękuję za wszystkie zaproszenia na obiad i na kolację dzisiaj - powiedział Mateusz po ogłoszeniach parafialnych na ostatniej Mszy Świętej. Lubił zawsze dodać kilka słów od siebie i nie obawiał się dzielić ze swoimi parafianami nawet dość osobistymi przemyśleniami czy planami. Właśnie we Włoszech się tego nauczył i nie chciał się oduczać. W końcu zawsze marzył, aby ze swoimi parafianami być prawdziwą wspólnotą, nie chciał być tym po drugiej stronie wielkiej przepaści.

- Nie dam się nigdzie zaprosić, ponieważ postanowiłem dzisiejsze popołudnie spędzić „po włosku”, czyli tak jak Włosi spędzają drugi dzień Świąt, oczywiście tuż po Mszy Świętej - dodał z uśmiechem, choć gwoli prawdy to nie wszyscy Włosi w drugi dzień Świąt przychodzili do kościoła. - Na łonie natury, pogoda jest piękna, więc myślę że warto. A z zaproszeń chętnie skorzystam przy najbliższej okazji - zakończył Mateusz.

Początkowo chciał wsiąść w samochód i odjechać kilkadziesiąt kilometrów w jakieś atrakcyjne miejsce, ale ostatecznie wybrał wersję najprostszą. Zapakował w plecak kilka święconych jajek, kiełbasę, swojski chleb i małą butelkę czerwonego wina i postanowił pójść pieszo do lasu za Strzywążem. Chyba wszyscy akurat jeszcze siedzieli przy obiedzie, bo wioska była jak wymarła. Mateusz maszerował i mrużąc oczy wystawiał twarz ku słońcu. Poczuł jakąś niesamowitą błogość i wdzięczność Bogu za te Święta, za ten słoneczny dzień i za swoich parafian, kiedy nagle jakaś potężna fala lodowatej wody chlusnęła mu w twarz. W ułamku sekundy był totalnie mokry! Kiedy otworzył oczy, w oknie na drugim piętrze zobaczył twarze swoich lektorów i wiszące w ich dłoniach puste wiaderka.

- A my dzisiaj świętujemy „po polsku”!   

Jeremiasz Uwiedziony


Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 22

Opiekun nr 22(509) od 22 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. o pracującej w Etiopii Magdalenie Fiec, która odkryła swoje misyjne powołanie podczas studiów na Politechnice Śląskiej.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej