Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2016-03-01 11:38:34

Jasna i ta druga strona księży(ca) - 220

o zażegnaniu stanu alarmowego związanego z domagającym się zapłaty za pracę na budowie kościoła elektrykiem, Mateusz miał nadzieję, że teraz znowu będzie mógł się bardziej poświęcić duszpasterstwu. W końcu od kilku tygodni trwał Wielki Post, a on jeszcze nawet nie zdążył podjąć porządnego postanowienia wielkopostnego. Dobiegał powoli pięćdziesiątki i nic nie potrafił zrobić ze swoim charakterem. Ileż to on już razy sobie postanawiał, że nauczy się systematyczności, że przestanie wszystko robić zawsze na ostatnią chwilę, że spróbuje zrównoważyć swoje zaangażowanie tak, aby żadna sfera jego pracy nie ucierpiała, ale nic z tego. Za każdym razem wychodził z tych zmagań pokonany. W ubiegłym roku postanowił nawet w ogóle już z tym nie walczyć. Na zasadzie: „takim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz”. Myślał, że taka akceptacja swojej głównej przywary pozwoli mu na nieco głębszy spokój. Nic z tego. Poddanie się uczyniło go jeszcze bardziej nerwowym. No więc teraz niby znowu się starał, ale z marnym efektem. Bieganie przy budowie kościoła i szukanie pieniędzy, których i tak nie znalazł, gdyby nie Boża Opatrzność dalej by musiał szukać, sprawiło, że Wielki Post w parafii rozpoczął się siłą rozpędu i przyzwyczajeń jego współpracowników z lat poprzednich. Panie katechetki przygotowywały z dziećmi i młodzieżą Drogi krzyżowe, organista zajął się Gorzkimi żalami, pan kościelny poustawiał wielkopostne elementy wystroju kościoła jak w roku poprzednim i był z tego powodu bardzo zadowolony, ponieważ pan kościelny miał dwie podstawowe zasady, których trzymał się kurczowo. Pierwsza brzmiała: u nas w kościele zawsze tak było, natomiast druga: u nas w kościele nigdy tak nie było. I jeśli nikt mu się nie wtrącał, pan kościelny bez problemów mógł wszystko opanować, zanim się go o coś poprosiło. I w tym roku tak właśnie było. Toczyło się wszystko siłą inercji i wszyscy byli zadowoleni. Tylko Mateusz nie. Czuł, że czas mu ucieka przez palce. Że parafianie weszli w Wielki Post, ale on bynajmniej. A chwilowy brak problemów na budowie zaowocował ostrością spojrzenia na duszpasterstwo i swoją duchowość. I to, co zobaczył wcale mu się nie spodobało. 

Najpierw pojechał więc prosto do swoich ulubionych zakonników. Jeden z nich akurat spowiadał, więc uklęknął przed obrazem Jezusa miłosiernego i zaczął solidnie przygotowywać się do spowiedzi. Przez dłuższą chwilę łajał się w duchu za fakt, że nie potrafił sobie przypomnieć ani jaka była ostatnia pokuta, którą otrzymał, ani tym bardziej, czy ją wypełnił. Ponieważ jednak duchowo lotów zbyt wysokich u siebie nie zauważył, założył, że po prostu pokuty nie wypełnił i w związku z tym Pan Bóg nie dał mu szczególnie odczuć owoców duchowych poprzedniej spowiedzi. Rachunek sumienia nie miał końca. Aż się zdziwił, że Pan Bóg w ogóle go jeszcze toleruje, mało tego, błogosławi mu, jak choćby z ostatnią darowizną... Tym łatwiej przyszło mu szczerze żałować za grzechy, bo czuł się podłym niewdzięcznikiem. Jako postanowienie podjął chyba tysięczny raz próbę usystematyzowania swoich codziennych zajęć. Kiedy uniósł się z klęczek, aby udać się do konfesjonału, zauważył, że spowiednik właśnie wychodził.

- Bracie! - krzyknął. - Jest jeszcze jeden grzesznik. I to brat w kapłaństwie - dodał, sam nie wiedząc dlaczego.

- No to brat w kapłaństwie przyszedł trochę późno... Za chwilę mam spotkanie - jęknął zakonnik, ale wrócił do konfesjonału. Mateusz najpierw się wkurzył na kolegę księdza, ale zaraz mu przeszło, bo przypomniał sobie, że on dokładnie tak samo reaguje, kiedy siedzi w konfesjonale pół godziny sam i bezczynnie, a kiedy wstaje, ktoś nagle się budzi i podchodzi do spowiedzi. Szybko bez popełniania kolejnych grzechów osądzania i marudzenia zanurzył się w ciemną przestrzeń konfesjonału od strony petenta.

***

„Nic, naprawdę nic, nie daje człowiekowi takiego powera jak dobra spowiedź” - myślał zadowolony, kiedy już siedział po południu w kancelarii i czekał na katechetkę, która miała przyjść i zaprezentować mu Drogę krzyżową, którą przygotowała na dzisiejszy wieczór. Zakonnik, który go spowiadał z całą pewnością spóźnił się na spotkanie, ale potraktował go bardzo poważnie. I doradził jak kapłan kapłanowi. Mateusz zdążył jeszcze po spowiedzi odprawić pokutę, pomodlić się na brewiarzu, a nawet przygotować krótkie słowo na wieczorną Mszę.

- Szczęść Boże, Księże Proboszczu! - katechetka z hukiem dosłownie wpadła do kancelarii targając ze sobą jakieś wielkie plansze. No tak, to była pani Henia. Pani Henia bardzo poważnie traktowała swoją misję katechetki i czasami wręcz katowała się ciężką wielogodzinną pracą przygotowując materiały do katechezy, czy nabożeństw. Niestety, często nie spotykała się z wielkim zrozumieniem u swoich uczniów i nieraz Mateusz musiał się sporo nagimnastykować, aby przekonać, zwłaszcza chłopaków, że trud pani Heni nie powinien pójść na marne. Chociaż z drugiej strony rozumiał też i młodzież, bo pani Henia robiła wszystko tak, jak to było, kiedy ona była dzieckiem, no i nie wszystko zawsze nadawało się na dzisiejsze czasy. Mateusz, kiedy zobaczył panią Henię z tymi planszami, to nawet pożałował, że nie zainteresował się wcześniej, kto miał przygotować Drogę krzyżową w tym tygodniu, bo gdyby wcześniej z nią pogadał, to na pewno podzieliłaby się pomysłem i można było coś jeszcze skorygować. Bo pani Henia chętnie przyjmowała wskazówki i uwagi, ale teraz było już za późno.

- Szczęść Boże, pani Henryko, co tam ciekawego pani przygotowała? - zainteresował się.

- Wpadłam na świetny pomysł, Księże Proboszczu! Co prawda młodzież się trochę buntowała, no ale ich przekonałam. Przygotowałam takie specjalne plansze, na których są wszyscy, którym Pan Jezus wcześniej pomógł, uzdrowił, czy nakarmił. No i chodzi o to, że teraz oni wszyscy jednak uciekną spod krzyża. Że tacy niewdzięcznicy, a ból Jezusa jeszcze większy. O! Niech Ksiądz zobaczy! Tu jest na przykład... - mówiła pani Henia rozwijając planszę. - O Matko!

- Co się stało?

- Nie te plansze! Wzięłam nie te plansze! O Matko! I co teraz będzie? Przecież już nie zdążę do domu i z powrotem... Nie te plansze! - gorączkowała się pani Henia. - Te są z tamtego roku na Różaniec! A mówiłam mężowi, żeby te stare powyrzucał... Ale jak sama czegoś nie zrobię, to potem tak się kończy... - pani Henia była niepocieszona.

- Pani Heniu, proszę się nie martwić. Ja w tym roku jeszcze nie prowadziłem żadnej Drogi krzyżowej, więc dzisiaj chętnie wezmę to na siebie - uspokajał ją Mateusz.

- To ja już idę do kościoła, bo muszę ochłonąć - powiedziała wreszcie pani Henia i wyszła z kancelarii. A Mateusz zaczął się zastanawiać nad tematem Drogi krzyżowej. Miał jeszcze około pół godziny, aby się przygotować. Jednak nie było mu dane, ponieważ ledwie drzwi się zamknęły za panią Henią, niemal natychmiast otworzyły się ponownie.

- Czy mogę z Księdzem porozmawiać? - zapytał szczupły czterdziestolatek.

- Oczywiście! Proszę usiąść i powiedzieć, w czym mogę pomóc? - Mateusz ugryzł się w język zanim dopowiedział: „Tylko proszę pamiętać, że mam zaledwie parę minut, bo za chwilę Droga krzyżowa”.

- Proszę Księdza... jestem w małżeństwie od dwudziestu lat, z czego ostatnie dziesięć lat przepracowałem w Anglii. Pracowałem ciężko, ale miałem cel. Tu w Polsce budował się dom za pieniądze, które tam zarabiałem. Z roku na rok rosły mury, potem wyposażenie. Czułem, że moje poświęcenie jest tego warte, że moja żona i dzieci, które tu zostały, są tego warci. Pozostały mi jeszcze dwa miesiące pracy. Za dwa miesiące mam zjechać na stałe i za kolejne dwa, trzy miesiące mieliśmy się wprowadzić do nowego domu. Z naszej małej dwuizbowej klitki, gdzie gnieździliśmy się z trójką dzieci do dwupoziomowego domu. Naszego domu. I dzisiaj dowiedziałem się, że moja żona od lat ma kogoś innego, a moich dwóch starszych synów uważa mnie za ciężkiego frajera. Jedynie najmłodsze dziecko, córeczka, nie wie, co o tym wszystkim myśleć. Ale chyba mają rację moi synowie. Jestem ciężkim frajerem, bo nawet nie mam odwagi, żeby ze sobą skończyć. Nie wiem, co mam zrobić.

***

Po skończonej Drodze krzyżowej Mateusz jeszcze nie mógł zapomnieć twarzy zapłakanego mężczyzny. Nawet nie pamiętał, co mu powiedział. Nawet nie pamiętał swoich rozważań do kolejnych stacji, które mówił z głowy. Patrzył na krzyż, a widział tylko twarz tego mężczyzny. Nie wiadomo dlaczego, ale w zakrystii panowała cisza jak makiem zasiał. Nikt słowem nie skomentował nabożeństwa. Tym bardziej on.       

Tekst Jeremiasz Uwiedziony

Ilustracja Marta Promna

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 25

Opiekun nr 25(512) od 3 grudnia 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z kustoszem kaliskiego sanktuarium ks. prałatem Jackiem Plotą, który opowiedział o swojej osobistej relacji z Patriarchą z Nazaretu i o radościach posługi w sanktuarium.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej