Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2016-02-23 11:12:07

Wywalcz Polsce wolność lub zgiń

cichociemni

Archiwalne zdjęcie odważnych żołnierzy, którzy zostali nazwani Cichociemnymi

Sejm postanowił, że rok 2016 będzie pod znakiem Cichociemnych - żołnierzy do zadań specjalnych. Dokładnie w nocy z 15 na 16 lutego minie 75 lat od ich pierwszego zrzutu do Polski okupowanej przez Niemców.

Przyznam, że do napisania tego artykułu skłoniła mnie nie tylko decyzja polskiego Sejmu i oczywiście to, czego dokonali Cichociemni dla Polski, ale także zdziwienie pojawiające się w oczach niektórych znajomych, i to młodych, na hasło: „Cichociemni”. Po prostu nie wiedzieli, o kim mówię.

W pigułce
Cichociemni - polscy żołnierze, elita Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, zostali przeszkoleni do zadań specjalnych w Wielkiej Brytanii w czasie II wojny światowej. Doskonale znali się na dywersji, sabotażu, wywiadzie, łączności i prowadzeniu działań partyzanckich. Początkowo do Polski byli przerzucani z baz w Wielkiej Brytanii, potem od końca 1943 roku z Włoch. Organizacją szkoleń i zrzutów zajmowała się polska sekcja brytyjskiego Kierownictwa Operacji Specjalnych SOE (Special Operations Executive) z Oddziałem VI Sztabu Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych, który był odpowiedzialny za łączność z Komendą Główną ZWZ-AK. Na szkolenie od lata 1940 roku do jesieni 1943 roku zgłosiło się dobrowolnie 2413 oficerów i podoficerów Polskich Sił Zbrojnych, ukończyło je ponad 600 osób. Marzeniem każdej z nich był ryzykowny skok ze spadochronem nad Polską, by walczyć o wolność w okupowanym kraju. Ich hasłem stały się słowa: „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń”. Nie było w nich przesady, bo Cichociemni skłonni byli do największych ofiar i poświęceń dla Ojczyzny. Z dumą nosili przypięty Znak Spadochronowy w kształcie spadającego do walki orła. Na wewnętrznej jego stronie wyryte zostało hasło: „Tobie Ojczyzno”.

Cicho i w ciemności
„Nazywamy się Cichociemni. Nazwa niejednemu wyda się może dziwaczna, ale spróbujcie znaleźć lepszą na określenie takiego charakternika, który potrafi zjawić się niespostrzeżony tam, gdzie go najmniej się spodziewają i pożądają, cicho, a sprawnie narobić nieprzyjacielowi bigosu i wsiąknąć niepostrzeżenie w ciemność, w noc - skąd przyszedł. W momencie zresztą, gdy się rodziła, nazwa ta określała raczej sposób, w jaki ludzie znikali z oddziałów do niewiadomej na razie służby. Zrodziła się przypadkowo gdzieś w polskim środowisku żołnierskim w Szkocji, w Roku Pańskim 1941, gdy już pierwsze szeregi skoczków spadochronowych znalazły się na właściwym terenie działania - w Kraju. (…) W owych czasach zaczęli znikać z oddziałów w Szkocji - po cichu i w niejasnych, a więc ciemnych okolicznościach - co większe „zabijaki”. Wobec ciekawych koledzy i przełożeni zaczęli to tłumaczyć jakimś odkomenderowaniem, przeniesieniem do innego oddziału, itd., nie wdając się zresztą na ten temat w dłuższe rozmowy” - pisali Cichociemni o sobie w książce „Drogi Cichociemnych”. Ich szkolenie prowadzono w ośrodkach SOE w Brighton, Chalfont and Latimer, Inchmery, a po 1942 roku w Audley End koło Cambridge.
Jak trudne były to szkolenia mówi liczba tych, którym udało się je ukończyć. Już na samym wstępie tych, którzy przekraczali drzwi jednego z ośrodków witał napis: „Szukasz śmierci, wstąp na chwilę”. Po szkoleniu jeszcze przed odlotem do Polski każdy z Cichociemnych składał przysięgę żołnierzy Armii Krajowej. Na miejscu trafiali pod opiekę Państwa Podziemnego, ale o tym później.

Kostka, Żbik i Włodek
Pierwszy zrzut pod kryptonimem „Adolphus” został zorganizowany w nocy z 15 na 16 lutego 1941 roku. Do Polski Cichociemni wyruszyli brytyjskim dwusilnikowym samolotem Whitley. W sumie było ich trzech:  kpt. Stanisław Krzymowski „Kostka”, por. Józef Zabielski „Żbik” i kurier polityczny Czesław Raczkowski „Włodek”. By dotrzeć do celu musieli przelecieć nad Niemcami. W końcu zostali zrzuceni, nie tak jak planowano pod Włoszczową w Kieleckiem, lecz na Śląsku Cieszyńskim pod Skoczowem, wtedy były to tereny należące do Rzeszy Niemieckiej. Na szczęście wszyscy dotarli potem do Warszawy. Mimo, że trasę oceniono jako zbyt niebezpieczną i najpierw loty przerwano, 7 listopada 1941 roku polecieli następni. Do lotów zaczęto używać Halifaxów, którym dodano zbiorniki benzyny, co pozwalało na zwiększenie zasięgu do 3.500 kilometrów. Lot nad środkową Polskę wraz z powrotem trwał od 11 do 14 godzin. Latano nocą i to wyłącznie przy świetle księżyca, ponieważ Polska nie była objęta siecią radarową i piloci polegali tylko na swoim wzroku. Nie latano latem, bo wtedy noce były za krótkie. Tylko pierwszy lot prowadził nad Niemcami, potem latano do Polski nad Danią albo Szwecją. W sumie od 15 lutego 1941 roku do 26 grudnia 1944 roku zorganizowano 82 loty z Cichociemnymi. Jak podkreślali Cichociemni załogi samolotów były wspaniałe. Wśród nich, oprócz Polaków, byli Brytyjczycy, Południowi Afrykańczycy i Amerykanie. Nie sposób ich wszystkich wyliczyć.
„Do końca 1944 roku na obszar Polski zrzuconych zostało 316 Cichociemnych, z których 112 oddało życie za wolną Ojczyznę. Kilkudziesięciu kolejnych żołnierzy polskich - spadochroniarzy - skierowano do innych okupowanych krajów w Europie” - napisano w uchwale sejmowej. Trzeba tu też wspomnieć o dziewięciu Cichociemnych, którzy zginęli jeszcze przed dotarciem do celu, bo niektóre z samolotów rozbiły się u wybrzeży Norwegii, inni zostali zestrzeleni nad Danią, a jeszcze innym nie otworzyły się spadochrony.

W okupowanej Polsce
Po skoku do Polski Cichociemni trafiali pod opiekę Państwa Podziemnego, które pomagało w bezpiecznym dotarciu do wyznaczonego miejsca. Od tego momentu opiekowały się nimi „ciotki”, czyli kobiety, żołnierze AK, których zadaniem było aklimatyzowanie skoczków w nowych warunkach życia i walki w konspiracji. Dlatego, jak podkreślają Cichociemni, każdy z nich ma wobec swojej „ciotki” albo „ciotek” dług wdzięczności. Ich pracą kierowała „Danka” kpt. Maria Szczurowska, a jej zastępczynią była „Antosia” Michalina z Lubiczankowskich Wieszeniecka, potem ona przejęła funkcję „Danki”.
W okupowanej Polsce Cichociemni wchodzili w skład kierownictwa Komendy Głównej AK, byli żołnierzami Wachlarza, Związku Odwetu i Kedywu. Zajmowali się szkoleniem, wywiadem, walczyli w oddziałach partyzanckich, uczestniczyli w sabotażu i działaniach dywersyjnych we wszystkich okręgach AK. Ci, którzy znaleźli się w Warszawie i jej okolicy walczyli w Powstaniu Warszawskim. „Działania Cichociemnych umożliwiły nawiązanie łączności z krajem drogą lotniczą oraz przeprowadzenie akcji sabotażowo-dywersyjnych przeciwko okupantom” - podkreślono w uchwale sejmowej. Wśród najbardziej znanych Cichociemnych są: ostatni komendant główny AK gen. Leopold Okulicki, szef Oddziału II KG AK płk. Kazimierz Iranek-Osmecki, dowódca partyzancki z Gór Świętokrzyskich mjr Jan Piwnik „Ponury”, czy szef Centrali Służby Śledczej Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin”.

Więzienie i wolność
W powojennej Polsce zamiast odznaczeń na Cichociemnych, tak jak na innych akowców, czekały tortury, przesłuchania i więzienia NKWD i Służby Bezpieczeństwa PRL. Dziewięciu zostało zamordowanych przez władze komunistyczne, jak gen. Okulicki aresztowany, skazany przez NKWD, który zmarł w więzieniu w Moskwie w 1946 roku. W Polsce ostatnich Cichociemnych zabito w 1953 roku w więzieniu mokotowskim: byli to rtm. Andrzej Czaykowski „Garda” i mjr. Bolesław Kontrym „Żmudzin”. Natomiast ciężko chory mjr. „Herold” zmarł rok później we Wronkach. Ci, którzy ocaleli zaczęli wychodzić na wolność w latach 1955 i 1956. Jako ostatni w drugiej połowie lat 60. odzyskał wolność kpt. Adam Boryczka „Brona”, żołnierz Wachlarza, pierwszy szef Kedywu Okręgu AK Wilno, dowódca partyzancki i wielokrotny kurier WIN-u.
Po wydarzeniach w październiku 1956 roku Cichociemni zawiązali Zespół Historyczny Cichociemnych - Spadochroniarzy Armii Krajowej. W rocznicę pierwszego skoku 15 lutego można było ich spotkać na cmentarzu wojskowym na warszawskich Powązkach przed pomnikiem Cichociemnych i Żołnierzy Brygady Spadochronowej. Potem modlili się na Mszy św. w kościele św. Jacka, gdzie znajduje się tablica poświęcona Cichociemnym i spotykali w refektarzu. Z roku na rok jest ich tam coraz mniej. Obecnie żyje dwóch Cichociemnych. Aleksander Tarnawski ps. „Upłaz”, instruktor dywersji i sabotażu, ppor. w 77. pułku piechoty AK w Obwodzie Nowogródzkim. Mieszka na Śląsku w Gliwicach i jest honorowym kombatantem Jednostki Wojskowej „Grom” im. Cichociemnych. W styczniu w tym roku skończył 95 lat, a dwa lata temu jeszcze skoczył ze spadochronem. Niedawno okazało się, że drugim żyjącym Cichociemnym jest Stanisław Skowroński ps. „Widelec”, który mieszka w Río Ceballos w Argentynie. Pan Stanisław odwiedzi Polskę i weźmie udział w zjeździe w Warszawie. Każdy z nich, z Cichociemnych pozostał symbolem, że możliwa jest nieugięta walka za Ojczyznę nawet, jeżeli trzeba wiele poświęcić, a nawet oddać swoje życie.

Tekst Renata Jurowicz

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej