Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2016-01-13 10:34:24

Pustelnia

Rys. M. Kapusta

Nadchodzi Nowy Rok. Jestem jednym z tych, z których śmieje się reszta świata, że podejmują postanowienia noworoczne. Dzięki temu jednak, że się nie poddałem (chociaż na palcach jednej ręki mogę policzyć postanowienia, które udało mi się zrealizować) i wciąż zaczynałem od nowa, mogłem osiągnąć wiele sukcesów.

Jedna z najczęściej cytowanych wypowiedzi w światku rozwoju osobistego to słowa Michaela Jordana, najsławniejszego koszykarza: „Spudłowałem w swojej karierze ponad 9 tys. razy. Przegrałem prawie 300 meczów. 26 razy zaufano mi, że oddam decydujący rzut i nie trafiłem. Ponosiłem w swoim życiu porażki, jedna za drugą, znowu i znowu. I dlatego właśnie odniosłem sukces”.
Jeśli zatem mielibyśmy być wierni tylko jednej zasadzie w naszym życiu, to niech będzie nią właśnie ta „NIGDY SIĘ NIE PODDAJĘ”. Słabość jest naturalna dla człowieka i powinniśmy ją zaakceptować. Świetnie opisał to Tomasz a Kempis w słynnym dziele „O naśladowaniu Chrystusa”: „O, jak wielka słabość ludzka, która zawsze skłonna jest do wad! Dziś spowiadasz się ze starych grzechów, a jutro znów je popełniasz. Teraz postanawiasz unikać zła, a za godzinę postępujesz, jakbyś nic sobie nie postanawiał”.
Dzieje się tak, ponieważ brak nam pewnej ważnej umiejętności, która polega na znoszeniu niewygody czy nieprzyjemności. Niewielu ją posiada, ponieważ każdy z nas codziennie trenuje się raczej w szukaniu przyjemności. Chodzi mi o wszystkie, nawet te najmniejsze, rzeczy. Bo kiedy robimy coś tak z pozoru nieistotnego, jak doprawianie sobie herbaty, to dbamy o to, żeby pijąc ją, było nam jak najprzyjemniej. Wiemy dokładnie, jaki lubimy smak i jaka ilość cukru najbardziej nam odpowiada, wiemy też, w którym kubku taki napój smakuje najlepiej. Niektórzy potrafią podobno zrobić aferę nawet o to, że pije się z naczynia, które oni uważają za swoje ulubione.
Coś musi być w odwrotnym do tego sposobie życia, które polega na odmawianiu sobie przeróżnych przyjemności, skoro w całej historii Kościoła poszło za nim tylu zakonników. Rety, ilu ludzi spało na deskach, pościło (choćby przez bardzo monotonne, ciągłe jedzenie tego samego), budziło się w środku nocy, żeby odprawić dodatkowe modły itd. Niektórych niestety wciągnęło współzawodnictwo i oglądali się na innych, żeby upewnić się, że tłuką się biczem najmocniej ze wszystkich, albo wytrzymują największą ilość dni bez mycia się (to prawdopodobnie powinienem pominąć). Dzisiaj rozumiemy już, że każde umartwienie ciała musi się wiązać z wielkim szacunkiem dla niego.
Idąc za przykładem tych gorliwych pustelników, postanowiłem sobie na początku ostatniego Wielkiego Postu, że nie będę słodził napojów (w moim przypadku to dodatkowa wielka oszczędność cukru). Wszystkim, których taka forma postu bardzo śmieszy, zawsze przypominam, że św. Jan Chrzciciel „żywił się szarańczą i leśnym miodem” (Mk 1, 6). Odmawianie sobie słodyczy należy dokładnie do tej samej „kategorii” sposobów na umartwianie ciała, jest tylko jednym z łagodniejszych. Pod koniec Wielkiego Postu znalazłem się w ciekawej sytuacji, ponieważ przyzwyczaiłem się zupełnie do niesłodzonych napojów, więc picie takich nie było już żadnym wyrzeczeniem. Tak samo mam z alkoholem, którego nigdy w życiu nie piłem i nie zamierzam nawet próbować. Niektórzy ludzie bardzo mnie za to podziwiają, ale to dlatego, że nie potrafią sobie wyobrazić życia bez alkoholu, ani tak silnej woli, która pozwoliłaby z niego zrezygnować. Z mojego punktu widzenia wygląda to zupełnie inaczej, bo mnie do procentów w ogóle nie ciągnie, więc niepicie nie jest dla mnie wyrzeczeniem. Tak samo stało się z niesłodzeniem napojów, do którego zwyczajnie się przyzwyczaiłem.
Postanowiłem zatem, że odmówię sobie kolejnej rzeczy, żeby kontynuować wielkopostne umartwianie. Co ciekawe, przyszło mi to dużo łatwiej. Obudziłem w sobie wspomnianą wcześniej zdolność do znoszenia nieprzyjemności i rozwijałem ją dalej. Gdy odmówiłem sobie trzeciej rzeczy, odczułem, że jestem wolny jak nigdy wcześniej. Chociaż herbata nie smakowała już tak, jak wcześniej, i przez odmawianie sobie innych rzeczy moje życie miało w sobie mniej wygody, a więcej małych nieprzyjemności, to mój duch stał się jakby bardzo lekki, takie miałem odczucie.
Dopiero teraz dociera do mnie, jak świetnie pasuje to do słów Jezusa, który powiedział: „A wy uważajcie na siebie, aby obżarstwo, pijaństwo i troski życiowe nie obciążyły waszych serc, aby ów dzień nie zaskoczył was jak potrzask” (Łk 21, 34). Rzeczywiście coś w tym jest, że karmienie swoich pożądliwości, do którego prowadzi ciągłe trenowanie się w szukaniu przyjemności, zamiast w odmawianiu ich sobie, skutkuje jakąś ociężałością. Nieistotne już, dlaczego tak się dzieje, bo to temat na cały osobny artykuł.
Dlaczego piszę o swojej przygodzie, która wydarzyła się w Wielkim Poście, skoro jesteśmy u początku nowego roku? Ponieważ takie wyrzeczenia są jak wyjście na pustynię, która przemienia człowieka, zbliża go ku Bogu i przygotowuje do służby. Dlatego to właśnie od spędzenia długiego czasu na pustyni zaczynał sam Jezus (Łk 4, 1) czy Apostoł Paweł (Ga 1, 17), który dopiero potem, wolny od trosk doczesnych, nie ociężały wskutek „obżarstwa” czy „pijaństwa”, mógł rozpocząć realizowanie swojej misji.
Na początku nowego roku postaram się wyjść na podobną pustynię, czyli zaplanować sobie czas wielu wyrzeczeń, które sprawią, że moje serce nie będzie „ociężałe”, ale właśnie bardzo lekkie, unoszące się do nieba. Do tego samego zachęcam też Ciebie. Zacznij od naprawdę małych rzeczy, pamiętając o tym, jak ważna jest umiejętność znoszenia drobnych nieprzyjemności, ta sama, która potem pomoże nam w zwalczaniu innych pokus. Potem przechodź do coraz większych wyrzeczeń, wraz z tymczasowym odpoczynkiem od kontaktów z ludźmi (to przecież jedna z najbardziej charakterystycznych cech pustyni - nikogo na niej nie ma). Nie słyszałem bowiem, żeby ktoś odciął się na jakiś czas np. od portali społecznościowych i nie chwalił potem tego pomysłu.
Czym zapełnić puste miejsce powstałe wskutek wyrzucenia z życia wszystkich niepotrzebnych rzeczy? Tutaj najlepszą odpowiedzią jest znane hasło wspomnianych już średniowiecznych mnichów: Ora et labora, czyli „Módl się i pracuj”. Te dwie czynności są niczym dwa wiosła - jeśli bowiem wiosłujemy tylko jednym - kręcimy się w kółko. Dzięki modlitwie być prowadzonym przez Boga, a dzięki pracy dobrze wypełniać swoje powołanie - tak można zajść w swoim życiu daleko, podobnie jak Jezus i św. Paweł.

Tekst Mikołaj Kapusta
www.DobraNowina.net

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej