Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2015-12-16 09:36:08

Bóg uwodzący i wymagający

Prorok Jeremiasz opisuje swoją relację z Bogiem w bardzo ciekawy sposób: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść” (Jr 20, 7).

Z pewnością oburzylibyśmy się na te słowa, gdyby nie pochodziły z Pisma Świętego: Jak to? Bóg uwodzi? Jak można odnosić do Boga słowo, które ma trochę negatywny wydźwięk, bo kojarzy nam się z fałszem? Uwodzący człowiek zawsze udaje. Mężczyzna nie pokaże kobiecie, na której mu zależy, swoich wad. Będzie je ukrywał, a pokazywał raczej same zalety. Z Bogiem jest inaczej z tego względu, że jest On całkowicie dobry, nie ma żadnych wad. Dlatego uwodzenie w Jego przypadku nie jest fałszem, bo wszystkie dobre cechy, które ukazuje, są autentyczne, a wad nie ukrywa, bo po prostu ich nie ma.

Jednak jest w Bogu coś takiego, co sprawia, że jest On bardzo miłosierny, litościwy dla tych, którzy są na zewnątrz, którzy odeszli. Są jak ta jedna owca, która odłączyła się od stada i zgubiła się, a Dobry Pasterz szuka jej, zostawiając całą resztę.

Są jak ten syn marnotrawny, na przyjście którego ojciec organizuje wielką ucztę, co sprawia, że drugi syn ma pretensje. On przecież nigdy nie zachował się jak syn marnotrawny, a jednak dla niego ojciec nigdy nie wyprawił takiej uczty. 

Bóg przez te przypowieści chce powiedzieć, że dla ludzi z zewnątrz jest bardzo miłosierny i litościwy. Z drugiej strony, jak wiemy, potrafi też być bardzo wymagający i surowy, ale z Pisma Świętego wynika, że jest On taki tylko dla ludzi, którzy są już wewnątrz Kościoła, którzy nazwali się Jego Imieniem. Mam na myśli chrześcijan, których nazwa pochodzi od Chrystusa.

To wszystko nie oznacza jednak, że Bóg jest jakiś chytry, że najpierw pokazuje człowiekowi swoją dobrą twarz, a kiedy ten wstąpi w Jego szeregi, to dopiero wtedy pokazuje mu drugą, surową. To świadczy raczej o tym, że On jest Bogiem sprawiedliwym, bo od ludzi, którzy poszli za Nim, wymaga, żeby dotrzymali swojej obietnicy, żeby trzymali się drogi, którą On sam jest.Trzeba pamiętać, że ta Jego surowość i wymagania też wypływają z miłości, bo w księgach mądrościowych Starego Testamentu jest napisane, że kochający ojciec jest surowy dla swoich synów. 

O jaką surowość u Boga mi chodzi? Kiedy dla przykładu Apostoł Piotr sprzeciwia się planom Jezusa i mówi, że nigdy nie przyjdzie na Niego śmierć w Jerozolimie, to Jezus bardzo się denerwuje i wypowiada słowa „Zejdź mi z oczu szatanie!” (Mt 16, 23). Na pewno nie zwróciłby się w ten sposób do kogoś, kto nie idzie za Nim. Powiedział to do kogoś, kto nazywa Jezusa swoim Panem, a tak naprawdę sam chce nim być. 

Inny moment, w którym Jezus nieźle się zdenerwował, to oczywiście wyrzucenie przekupniów ze świątyni. Jezus jako Syn Boży ubolewa nad tym, że Jego Naród Wybrany zrobił ze świątyni „jaskinię zbójców”. I tu widzimy dokładnie to samo: Jezus nigdy nie zachowałby się w ten sposób w świętym miejscu jakiegoś innego narodu. On wymaga posłuszeństwa od swoich synów i córek, tylko dla nich jest surowy.

My powinniśmy przejąć ten sposób traktowania ludzi. Po pierwsze, powinniśmy być bardzo miłosierni i litościwi dla tych, którzy są na zewnątrz. Ci ludzie, jak mówi św. Paweł, nie mają nad sobą Prawa, więc sami dla siebie są Prawem (Rz 2, 14), bo osądza ich własne sumienie: „Oni to właśnie ukazują Prawo wypisane w ich sercach” (Rz 2, 15).

Nie możemy zatem wytykać im grzechu, ponieważ oni w ogóle nie myślą w takich kategoriach. Możemy z nimi delikatnie dyskutować, możemy im mówić swoje świadectwo, ale nie możemy ich potępiać, ponieważ właśnie „sami dla siebie są Prawem”, nigdy nie zobowiązywali się do przestrzegania przykazań zawartych w Słowie Bożym.

Powinniśmy wyczekiwać tych ludzi, jak dobry ojciec wyczekiwał syna marnotrawnego. Jezus mówi, że kiedy ten syn „był jeszcze daleko, ojciec go zobaczył i wzruszył się bardzo. Pobiegł, rzucił się mu na szyję, i ucałował” (Łk 15, 20). Jan Paweł II
tłumaczy w swojej Encyklice Dives in misericordia, że ojciec w tej przypowieści pierwszy zauważył swojego syna, i to „kiedy był jeszcze daleko”, co pozwala myśleć, że ciągle go wyglądał. My powinniśmy tak samo wyglądać naszych braci, którzy odłączyli się od Bożej owczarni i pogubili się.

Z drugiej strony powinniśmy być wymagający dla tych, którzy już należą do Ciała Chrystusowego. Mamy przypominać im o Bożym Prawie, ponieważ zobowiązali się, że będą go przestrzegać. Jeśli uważamy, że ich poglądy są niewłaściwe, bo nie zgadzają się z poglądami Biblii czy Kościoła, to nie bójmy się z nimi o tym rozmawiać. Bo tu już nie ma wymówki typu: „Każdy ma swoją drogę”, czy nie daj Boże: „Każdy ma swoją prawdę”, bo dla nas, chrześcijan, jest tylko jedna Prawda i tylko jedna Droga, bo sam Chrystus powiedział: „Ja jestem drogą, prawdą, i życiem” (J 14, 6).

Oczywiście wszystko to trzeba robić w wielkiej pokorze i delikatności, jak to opisał Tymoteuszowi św. Paweł: „Starszego człowieka nie upominaj surowo, ale proś go jak ojca, młodszych, jak braci, starsze kobiety - jak matki, młodsze - jak siostry, z największą skromnością” (1 Tm 5, 1). 

Jeśli chodzi o stosunek do samego siebie, to warto przyjąć po trosze obie postawy. Z jednej strony wymagać od siebie, bo spoczywa na nas wielka odpowiedzialność: kiedy my upadamy, to traci na tym cały Kościół, a zatem i Chrystus, bo każdy z nas jest członkiem Jego Mistycznego Ciała. W Apokalipsie Jezus zwraca się do pewnego biskupa słowami: „znam twoje czyny - masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły” (Ap 3, 1), i można to odnieść do każdego, kto nazywa siebie chrześcijaninem, ponieważ ten tytuł pochodzi od imienia Chrystusa i oznacza kogoś, kto do Niego należy. Ten tytuł to „imię, które mówi, że żyjesz”, ale jeśli Twoje czyny są złe, to tak naprawdę „jesteś umarły”. Jeśli Bóg używa takich radykalnych sformułowań, to i my powinniśmy myśleć w ten sposób, zwłaszcza o samych sobie.

Z drugiej strony - powinniśmy być litościwi dla samych siebie, bo Chrystus „umarł za nas wtedy, gdy my byliśmy jeszcze grzesznikami” (Rz 5, 8), więc dlaczego mielibyśmy siebie potępiać, skoro sam Bóg tego nie robi, ale stara się nas zbawić? On jest lekarzem, którego nie potrzebują zdrowi, a Eucharystia nie jest wcale „nagrodą dla doskonałych, lecz szlachetnym lekarstwem i pokarmem dla słabych” jak napisał papież Franciszek w Evangelii Gaudium.

Zawracajmy ludzi ze złej drogi pokazując im realną wartość w Chrystusie, który nazywa siebie drogą. Róbmy to łagodnie, „z największą skromnością”. Jednocześnie wymagajmy od każdego chrześcijanina uczciwej konsekwencji i godnego reprezentowania sztandaru, pod którym stoi. Robiąc obie te rzeczy najlepiej przyczynimy się do odnowy Kościoła, która właśnie postępuje.

tekst Mikołaj Kapusta
www.DobraNowina.net

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 25

Opiekun nr 25(512) od 3 grudnia 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z kustoszem kaliskiego sanktuarium ks. prałatem Jackiem Plotą, który opowiedział o swojej osobistej relacji z Patriarchą z Nazaretu i o radościach posługi w sanktuarium.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej