Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2015-09-24 12:29:34

Ale historia!

ale historia

Jesteście z Polski? – oczy naszego nowopoznanego znajomego z antypodów rozbłysły niczym uliczne latarenki o zmroku. – To fantastycznie. Pomożecie mi rozwikłać tajemnicę mojego dzieciństwa! – zawołał. I kto by pomyślał, że w czasie Światowych Dni Młodzieży można się zajmować i takimi sprawami…

W czasie Światowych Dni Młodzieży czas pielgrzymów jest zwykle dość intensywny i wypełniony, ale w 1997 roku, w Paryżu było inaczej. No w każdym razie, w naszej grupie było inaczej. Mieliśmy sporo wolnego, zwłaszcza wieczorami, a do tego dostaliśmy bezpłatne bilety na metro, dzięki którym mogliśmy przemieszczać się beztrosko we wszystkich kierunkach. Więc korzystaliśmy, a jakże! Któregoś wieczoru, moja przyjaciółka Agnieszka i ja, wybrałyśmy sie na legendarne wzgórze Montmartre, które na przełomie XIX i XX stulecia zamieszkiwali wybitni przedstawiciele światowej sztuki, literatury i poezji z Pablem Picassem na czele. W którymś momencie zgłodniałyśmy i postanowiłyśmy zamówić naleśniki. Niestety, wszystkie ogródki w miarę tanich knajpek były zajęte. Tylko w jednej, przy jednym stoliku dostrzegłyśmy dokładnie dwa wolne miejsca. Nie bacząc na to czy wypada, czy nie zapytałyśmy siedzące tam osoby – mężczyznę i kobietę w dojrzałym wieku – czy możemy się dosiąść. Mogłyśmy. Przedstawiłyśmy się więc grzecznie po angielsku, wyjaśniłyśmy, że bierzemy udział w Światowych Dniach Młodzieży i że jesteśmy z Polski. - Jesteście z Polski? – ożywił się mocno opalony mężczyzna z delikatną bródką. – To fantastycznie. Pomożecie mi rozwikłać tajemnicę mojego dzieciństwa! Czegoś takiego doprawdy, nie spodziewałyśmy się usłyszeć w dawnej „mekce” paryskich artystów.

Mali Polacy nocują w Wellington
Nasz rozmówca położył przed nami swoją wizytówkę. Nazywał się Ross i szczycił się tytułem doktora. Mieszkał w Wellington, w Nowej Zelandii. Jego towarzyszką była miła, ładna Angielka. – Kiedy byłem chłopcem, a było to tuż po wojnie, – zaczął dr Ross – moja matka, która była pielęgniarką, przyprowadziła do domu grupę polskich dzieci. Było ich może dziesięcioro. Te dzieci spały u nas w domu dwie lub trzy noce. Kiedy zapytałem ją skąd się wzięły, powiedziała, że przypłynęły statkiem, w sumie było ich chyba koło setki. Po tych dwóch czy trzech nocach, matka odprowadziła je czy odwiozła, tam skąd je zabrała i więcej ich nie widziałem. Wiele razy miałem ją dopytać o co chodziło z tymi polskimi dzieciakami, ale odkładałem i odkładałem, mijały lata i w końcu umarła. Jednak skoro teraz tak się zdarzyło, że wy, Polki, dosiadłyście się do naszego stolika, to musicie mi wyjaśnić co to była za historia. Spojrzałyśmy na siebie z Agnieszką kompletnie zdziwione. Nigdy o czymś podobnym nie słyszałyśmy. Doktor Ross natomiast nie krył rozczarowania. Gdy się żegnałyśmy dał nam pokazaną wcześniej wizytówkę i powiedział: Jeśli znajdziecie odpowiedź na moje pytanie, napiszcie do mnie. Obie byłyśmy pasjonatkami historii, sporo miałyśmy także przedmiotów historycznych na naszych studiach prawniczych, ale o tajemniczych statkach z dziećmi polskimi nie miałyśmy zielonego pojęcia. A chodziło oczywiście o słynne Dzieci Tułacze, czyli głównie sieroty, zabrane z łagrów sowieckich, które trafiły do nich razem z deportowanymi tam rodzicami. Spotkanie z
dr Rossem było pierwszym z moich - całkowicie nieoczekiwanych - spotkań ze świadkami historii w czasie światowych spotkań młodych z papieżem. Z czasem i właśnie dzięki niemu, poznałam niezwykle interesujące, wzruszające, choć również i mało znane w kraju, dzieje polskich dzieci, które prócz gehenny wojny i gułagów, przeszły także mękę niebezpiecznych podróży po zaminowanych, morskich wodach, by znaleźć dla siebie namiastkę utraconego domu. Dwa miesiące temu moja historia z dr. Ross’em doczekała się zaskakującego epilogu. Poznałam panią Marię, która jest jednym z Dzieci Tułaczych i bardzo aktywnie udziela się w ich międzynarodowej organizacji. W tym wiele podróżuje po świecie. Jako dziecko trafiła także do Nowej Zelandii, więc nie mogłam nie wspomnieć o Nowozelandczyku, którego poznałam przed laty w Paryżu. – I co? Napisała pani do niego? – zapytała mnie moja niezwykła i niezwykle energiczna rozmówczyni. – No nie. Zgubiłam jego wizytówkę – przyznałam niezbyt chętnie. - A jak się nazywał? Gdzie mieszkał? – chciała wiedzieć pani Maria. - Niech pani mi powie, to zaraz zamejluję do moich przyjaciół do Wellington i go odnajdą. Nie można go zostawić bez odpowiedzi! No więc powiedziałam. Pani Maria zanotowała wszystko w notesie, odłożyła długopis, uśmiechnęła się lisio i rzuciła: Wie pani, tam jest bardzo łatwo odnaleźć osobę, którą się szuka. Bo jak mawia jeden zaprzyjaźniony ksiądz z Nowej Zelandii, ten kraj liczy 4,5 milionów mieszkańców i 80 baranów! Więc niewiele tego szukania!

Akowiec z Toronto
Moje kolejne, nieoczekiwane spotkanie z historią Polski „na obczyźnie”, miało miejsce w czasie ŚDM w Toronto w 2002 roku. Nocowaliśmy wówczas w domach Polonii kanadyjskiej, a ja trafiłam do rodziny dawnego, polskiego żołnierza Armii Krajowej. (Oczywiście dowiedziałam się o tym dopiero po kilku dniach pobytu w jego domu.) Naszego gospodarza, w 2002 roku już mocno schorowanego, koniec wojny zastał w Londynie. Pan Jerzy, bo tak właśnie miał na imię, z obawy o swój los, nie zdecydował się na powrót do komunistycznej już wtedy Polski. Wraz z grupą innych kolegów z AK, wsiadł na pokład brytyjskiego transatlantyku i przypłynął do Kanady. W tym naprawdę bardzo wyniszczonym chorobą człowieku, wciąż widać było żołnierza legendarnej, polskiej armii i równie legendarne, maniery przedwojennego dżentelmena. Światowe Dni Młodzieży – poza łaskami płynącymi z samego spotkania z papieżem – przynoszą uczestnikom mnóstwo dodatkowych niespodzianek. A spotkania ze świadkami wielkiej historii, są tylko jednymi z wielu.

Tekst Aleksandra Polewska

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 25

Opiekun nr 25(512) od 3 grudnia 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z kustoszem kaliskiego sanktuarium ks. prałatem Jackiem Plotą, który opowiedział o swojej osobistej relacji z Patriarchą z Nazaretu i o radościach posługi w sanktuarium.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej