Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2015-04-15 10:09:17

Ogień zabrał im wszystko

Misjonarze żyją w Sudanie w skromnych warunkach, a jednak ktoś pozbawił ich nawet tych niewielu rzeczy.

Moi drodzy Przyjaciele!

W nocy z wtorku na środę o 2.15 w nocy nasze trzy domki, w których mieszkaliśmy w Lainya w Sudanie Południowym zostały spalone. W czasie głębokiej nocy nagle się obudziłem i zobaczyłem spadający z mojego dachu ogień wraz z trawą.

Wybiegłem na zewnątrz, ale nic nie można było zrobić, gdyż ogień rozprzestrzeniał się w zawrotnym tempie. Jeszcze nigdy nie widziałem tak szybko przemieszczającego się ognia, który strawił kompletnie wszystko w kilka minut. Już po minucie nie można było wchodzić do środka, bo cały dach, a raczej paląca się trawa opadała na wszystko. Paląca się moskitiera, łóżko, stół, szafa i mnóstwo książek potęgowały ogień. W sąsiednim domku lub raczej afrykańskiej chatce o. Prafula z Indii też był ogień, ale nieco wolniej trawił łatwo palącą się trawę na dachu. Kolejny domek, który uległ spaleniu to domek o. Bernarda z Konga, co ciekawe nie sąsiadował z nami, ale był oddzielony chatką o. Francisa, który przebywał do piątku na leczeniu w Indiach. Inne domki, w tym brata Vincenta z Indonezji (przebywającego na leczeniu w Kenii) i budynki gospodarcze nie uległy spaleniu.

Jest to nieco zaskakujące, że całkowitemu spaleniu ulegają tylko te budynki, w których spaliśmy tej nocy, tj. o. Prafula, o. Bernarda i mój (o. Andrzeja). Tajemniczy ogień raczej nie mógł przeskoczyć nad domkiem o. Francisa lub go ominąć (gdyż tej nocy nie było dużego wiatru) i spalić chatkę o. Bernarda. Kolejne pytanie o to, skąd ogień w środku nocy. Dwa dni wcześniej o. Bernard słyszał jakieś kroki o podobnej porze, między 2.00 a 3.00 w nocy, ale nie przywiązywaliśmy do tego zbytniej uwagi, bo różne odgłosy można usłyszeć w Sudanie Pd.

Nie wiemy, czy to było celowe podpalenie, ale pożar trzech różnych domków, w tym jednego oddalonego (przedzielonego domkiem, który nie uległ spaleniu) daje do myślenia. Tym bardziej, że to były jedyne domki, w których spaliśmy. Mogliśmy wiec spłonąć żywcem. Na szczęście cało wyszliśmy z tych opresji. Ja mam mały znak oparzenia na szyi i lekki na głowie, ale nie jest to nic poważnego. Pozostałym ojcom nic się nie stało. Miejscowi chrześcijanie pomogli przy gaszeniu pożaru, albo raczej powstrzymaniu jego rozprzestrzeniania, gdyż trzy chatki uległy kompletnemu spaleniu.

Nad ranem przyjechała policja i spisała protokół. Miejscowi parafianie zaczęli przychodzić z płaczem i kondolencjami, a niektórzy tylko z nami siedzieli, aby być w tym trudnym momencie razem z nami. Czasem bycie razem, nawet w milczeniu więcej znaczy niż słowa. W środę rano poprosili mnie o celebrowanie Mszy św. Nie miałem żadnej alby, a stuła też dobrze się nie prezentowała na mojej przypalonej koszulce i spodniach, ale nie to było najważniejsze. Mszę św. celebrowałem jako znak wdzięczności za nasze życie. Jednocześnie wspomniałem, że jesteśmy tu, by być razem, a kruchość życia przypomina nam o konieczności bycia bliżej Boga i ludzi, bo nie wiemy, jak długo jeszcze będziemy żyć. Złączeni w modlitwie „Ojcze nasz” i wspólnym śpiewie przeżywaliśmy razem wspólnotową Eucharystię.

Po Mszy św. pojawili się przedstawiciele diecezji i rozpoczęliśmy składanie raportów i wizyt (od Annasza do Kajfasza). Poprzez lokalny Payam (coś w rodzaju urzędu miejskiego) udaliśmy się do Pani Comissionare (coś w rodzaju Wojewody). Comissionare była bardzo wzburzona, gdyż za jej kadencji, a także jej dwóch poprzedników nie było takiego zdarzenia i obiecała pomoc w jego wyjaśnieniu. Po złożeniu raportu policji udaliśmy się do naszego domu lub raczej spalonego domu. Na szczęście dwie chatki, które nie uległy spaleniu były wolne.

Odwiedziły nas też nasze siostry werbistki z Yei i udzieliły nam wsparcia. Ich dom, jak również diecezji, jest dla nas otwarty, za co jesteśmy wdzięczni. Bardzo miłe gesty spotkały nas ze strony miejscowych parafian. Wspólnota ofiarowała nam materace, a kobiety z Akcji Katolickiej przyniosły nam pościel. Będąc w mieście szukałem paska, gdyż moje przypalone spodnie trzymały się tylko na sznurku i gdy chciałem płacić podbiegła jedna dziewczyna, która koniecznie chciała zapłacić za mnie. Następnie w drodze powrotnej zatrzymała mnie kolejna kobieta, która chciała mi kupić spodnie. Jak się okazało, przypalenie moich spodni było większe niż mi się wydawało... i było też widoczne dla innych. W każdym razie kupiła mi parę spodni używanych z drugiej reki. Bardzo się cieszyłem tymi miłymi gestami ze strony tych biednych i prostych ludzi, którzy w przeróżny sposób okazywali swoją sympatię i współczucie.

W piątek celebrowaliśmy wspólnie Drogę krzyżową na miejscowej Kalwarii, zrobionej dzięki wsparciu z Polski. Dla mnie też to był dobry dzień, gdyż wrócił nasz „Mission Superior” (po trzech miesiącach leczenia w Indiach) tak więc jako „Vice Mission Superior” będę miał mniej papierkowej pracy i raportów.

Prosimy Was o wsparcie modlitewne. Dziękujemy za dobre słowa i solidarność płynącą z Polski i całego świata.

Tekst o. Andrzej Dzida SVD

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej