Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2014-12-04 12:31:43

Wzrastał pośród trudności o zmartwieniach papieskich

na przykładzie Humanae vitae

pawel

,,Im trudniejsza będzie sytuacja Kościoła, tym bardziej dymisja będzie mu się wydawała dezercją. Kłopoty są dla niego dodatkowym powodem do niezrzucania z siebie ciężaru. (...) Dzisiaj, napastowany przez przeciwników, zaprzątnięty problemami, udręczony przez chorobę, Paweł VI czerpie, być może, siły z tej cechy charakteru, którą tak kiedyś określił surowy Pius XI: Wiem, że nic go nie może zastraszyć”.

Kolejna opinia o Pawle VI, tym razem autorstwa Alaina de Pemanstera z francuskiego dziennika ,,L‘Express”, odpowiada o tej fazie pontyfikatu Ojca Świętego, która po wstępnym okresie aprobaty, czy nawet entuzjazmu, rozpoczęła się około roku 1968 nieprzychylną, wrogą wręcz reakcją świata na Encyklikę Humanae vitae, i w następnych latach przysporzyła papieżowi wiele cierpień i gorzkiego poczucia osamotnienia. Historycy Kościoła mówią o epoce kontestacji, pod którą należy rozumieć krytykę, opór, sprzeciw, nieposłuszeństwo, niekiedy jawny bunt. Trudności jednak istotnie mobilizowały papieża; z pasma nieustających udręk i zawodów, w pogodnym, cierpliwym uporze wyprowadzał wzmocnioną świadomość moralnej powinności, potrzebę wytrwania wbrew przeciwnościom. Paweł VI duchowo rósł, gdy cierpiał; utrapienia przydawały mu wielkości. Wiele z nich przyjmował w duchu pokuty i składał jako ofiarę w intencji Kościoła. Również tu okazał się uczniem i naśladowcą św. Pawła, który pisał: ,,ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” (2 Kor 12, 10), oraz: ,,moc w słabości się doskonali” (2 Kor 12, 8). Ale zapewne nieobca też była Ojcu Świętemu inspiracja czerpana z pozostającej przez wieki szkołą szlachetności tradycji sokratejskiej, nakazującej niezależnie od kalkulacji i zmiennej gry ludzkich interesów, wiernie trzymać się rozpoznanej z wysiłkiem, trudnej, wymagającej prawdy. Sokratejski styl myślenia przemawiał przez papieża, gdy np. komentował swoje pamiętne wystąpienie w ONZ w październiku 1965 roku: ,,Szukałem tego, co słuszne i rozumne, sprawiedliwe i zbawienne, tego, o czym może myśleć każdy człowiek mający poczucie odpowiedzialności”.

Panorama oczekiwań
W latach 60. XX wieku wzrosła presja światowej opinii publicznej, aby Kościół i papież w szczególności, zajęli się kwestią tzw. regulacji poczęć i kontroli urodzeń. Nie chodziło tylko o wyłożenie stanowiska, o zapoznanie się ze zdaniem współczesnej nauki Kościoła. Kierunek oczekiwań był wyraźny. Chciano rewizji dotychczasowych rozstrzygnięć doktrynalnych i pastoralnych oraz praktycznej zgody na antykoncepcję. Naciski były ogromne. Wychodziły zasadniczo z dwóch kręgów, dwóch przeciwnych cywilizacyjno - kulturowych biegunów, które łączyła wszakże wspólna błędna diagnoza rzeczywistości: kondycji osoby ludzkiej i aktualnych kłopotów społeczeństwa.
Pierwszy krąg krytycznej oceny i związanych z nią żądań można zidentyfikować w biednych, czasami świadomie zdegradowanych obszarach Trzeciego Świata. Charakterystyczna dla tamtejszego punktu widzenia jest następująca, demagogiczna wypowiedź prezydenta Kolumbii Carlosa Restrepo: ,,Odwiedziłem najbiedniejsze slumsy republiki i polecam ludziom, którzy badają społeczeństwo z moralnego punktu widzenia, taką samą wizytę. Cóż możemy powiedzieć o częstym kazirodztwie, o prymitywnym doświadczeniu seksualnym, o nikczemnym traktowaniu dzieci, o strasznym wzmaganiu się prostytucji, o częstym przerywaniu ciąży. (...) Dlatego jest dla mnie prawie niemożliwe, aby z wygodnej perspektywy badać moralność lub niemoralność praktyk antykoncepcyjnych, nie myśląc jednocześnie o niemoralnych, a często przestępczych skutkach, które z czasem może powodować zwykły akt poczęcia”. Inaczej mówiąc, zdaniem prezydenta, źródłem powszechnych nieszczęść, patologii, odhumanizowania intymnej sfery życia ludzkiego jest nie ubóstwo, nierówny, niesprawiedliwy podział dóbr, żerowanie na społecznych zasobach grup przestępczych, niski poziom oświaty, wychowania, kultury i socjalizacji, ale same zdolności prokreacyjne człowieka i, pośrednio, chroniące je wartości moralne. Skoro moralność nie jest przestrzegana, należy ją obalić, antykoncepcję zaś uznać za proste i niezawodne lekarstwo na wszechobecne zło. Ten brzemienny w konsekwencje, diagnostyczny błąd, w którym dochodzi do głosu arogancka nierzetelność myślenia, powtarzany jest odtąd w nieskończoność, a Kościół poddawany, w sposób wielokrotnie udany, moralnemu szantażowi: wmówione mu poczucie winy, obarczenie nauki Kościoła odpowiedzialnością za nędzę świata ma zawstydzić i skutecznie zamknąć usta jego nauczycielom i pasterzom. W diagnozie Restrepo uderza dokonana z łatwością, wręcz machinalnie, drastyczna manipulacja, odwrócenie znaczenia pojęć i postulowanych kierunków działania: służąca uszlachetnianiu życia i osiąganiu dobrobytu moralność zostaje postawiona w stan oskarżenia, zaś antykoncepcja, która w rzeczywistości rozgrzesza dowolność, usprawiedliwia nieodpowiedzialność i utrwala patologię, wyniesiona jest do roli wehikułu postępu. Za naiwną z pozoru wiarą w cudowność antykoncepcji stoi zwykle cynizm producentów i innych grup interesu, przede wszystkim jednak określona, zredukowana koncepcja człowieka. Jeśli ceni się go wysoko, podejmuje się trud wychowania go w każdej dziedzinie życia; jeśli uważa się go za beznadziejny przykład nieuniknionej brutalności życia, wówczas masowo aplikuje się mu antykoncepcję.
Drugim kręgiem antykoncepcyjnych roszczeń i wymuszeń wobec stanowiska Kościoła był obszar wysoko rozwiniętej, konsumpcyjnej kultury Zachodu. Wspólne z kręgiem pierwszym było jego przeświadczenie o szkodliwości obserwowanej skali przyrostu ludności świata. Rozwój demograficzny ludzkości bezdyskusyjnie uznano za groźny dla dobrobytu, bogactwa i konsumpcji, dlatego domagano się jego zahamowania. Na Zachodzie jednak detonatorem wystąpień stała się rewolucja obyczajowa lat 60., bunt sytej młodzieży przeciw tradycji i strukturom, niezdrowa fascynacja erotyzmem i eksplozja laickiego, wyemancypowanego z rygorów społeczeństwa. Choć więc ideologiczną pożywką dla ruchu negacji był komunizm, w jego maksymalnie brutalnym, pozaeuropejskim wydaniu, to zarazem dla Zachodu typowy był bardziej indywidualistyczny niż w Trzecim Świecie charakter żądań. Ogólnie zgody na antykoncepcję dopominano się w imię większej wolności, nieskrępowania, autonomii życia osobistego, samodzielności decyzji, praw kobiet itd. Nieustannie podnoszono potrzebę wyzwolenia ludzkiej seksualności z otaczającej ją jakoby aury winy, niestosowności, występku. Stąd też w postulatach pod adresem papieża koncentrowano się prawie wyłącznie na prawach życia małżeńskiego, spychano całe jego bogactwo do poziomu doznań seksualnych. Paweł VI bronił się przed tym, zastrzegając, że chce mówić o pięknie miłości, a nie namiętności i popędzie, do niej zaś należy również czystość oblubieńczych relacji i otwartość na życie. Odarty z pełni miłości seks jest nie ekspresją wolności, ale zwycięstwem egoizmu i furtką dla deprawacji życia. Papież słusznie utrzymywał, że ludzka i małżeńska płodność, obecny w akcie małżeńskim potencjał zaistnienia nowego życia, który należy w sposób naturalny uszanować, chroni jednocześnie godność i wysoką rangę społeczną kobiety. Obawiał się, że antykoncepcyjna mentalność pozbawi ją znaczenia i zdegraduje do roli przedmiotu użycia.

Brzemię pasterskiej decyzji
W okresie przygotowywania encykliki Paweł VI czuł się wielokrotnie bezradny, przygnieciony skalą problemu i wagą koniecznej decyzji. ,,Proszę (...) rozważyć sprawę kontroli urodzeń – mówił w wywiadzie dla ,,Corriere della Sera” - Świat chce wiedzieć, co my o tym myślimy, a my musimy udzielić odpowiedzi. Ale jakiej? (...) Mówić – to cały problem (...). Prowadzi się na ten temat wielkie badania. Lecz później my musimy decydować. W chwili podejmowania decyzji jesteśmy zupełnie sami (...). Musimy coś powiedzieć, ale co? Potrzebne jest, aby Bóg nas oświecił”. Brzemię odpowiedzialności ciążyło mu tym dotkliwiej, że presja w kierunku rozluźnienia dotychczasowej dyscypliny moralnej pochodziła również z wnętrza Kościoła. Nie chodzi przy tym o szeregowych duchownych, ale teologów, ekspertów i wysokich rangą hierarchów. Na przykład melchicki patriarcha Antiochii Maximos IV Saigh, jeszcze w trakcie soboru wypominał ostro przestarzałość dotychczasowych rozwiązań, ofensywnie na rzecz zmian wypowiadał się jeden z liderów nurtu reformy kard. Leo Suenens. Nawet specjalna komisja ekspertów, powołana za Jana XXIII i odnowiona przez Pawła VI, była głęboko podzielona. Znacząca większość, reprezentowana przez kard. Juliusa Doepfnera z Monachium, doradzała rewizję nauczania i dopuszczalność nowych metod regulacji poczęć. Mniejszość, w której imieniu występował kard. Alfredo Ottaviani, dawny prefekt Świętego Oficjum, była temu przeciwna, a nawet oburzona. Paweł VI na spotkaniu z wiernymi, 31 lipca 1968 roku skarżył się słuchaczom: ,,Ileż to razy odnosiliśmy wrażenie, że miażdżą nas stosy dokumentów”. Decyzja Ojca Świętego ogromnie dużo go kosztowała i z całą pewnością poprzedzona została wszechstronną analizą zagadnienia. Papież musiał się spodziewać, że tym razem większość będzie miał przeciw sobie. A jednak w tym momencie doszła do głosu wielokrotnie dostrzegana w nim cecha: odwaga, nieustraszoność: ,,Ile razy drżeliśmy przed dylematem łatwej ustępliwości wobec prądu opinii lub wydania sądu źle znoszonego przez dzisiejsze społeczeństwo” - zwierzał się 31 lipca w Castel Gandolfo. Papież przełamał lęk. Główne rozstrzygnięcie niecierpliwie wyglądanej Encykliki Humanae vitae brzmiało: ,,Odrzucić należy wszelkie działanie, które w przewidywaniu zbliżenia małżeńskiego lub podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków - miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego” (HV, 14).
Na Ojca Świętego spadły spodziewane gromy. Grupa ponad tysiąca naukowców, w tym wielu noblistów, oskarżyła Pawła VI, że swą ,,zwodniczą i niemoralną encykliką usankcjonował śmierć niezliczonych ludzi”. Na zjeździe katolików niemieckich w Essen żądano ustąpienia papieża. W katedrze w Westminsterze modlono się o wycofanie encykliki, w Parmie młodzież z jej powodu okupowała kościół. Wrzenie przebiegło przez całą Europę, a także Stany Zjednoczone i częściowo Amerykę Łacińską. Paweł VI nie przestraszył się rewolty. Swoim przeciwnikom zarzucił wyhodowanie egoistycznej wizji życia i brak ufności obietnicom Chrystusa. Kontestujących pytał, czy mają jeszcze w sobie ducha katolickiego, czy kochają jeszcze Kościół? W jednym z najsurowszych swoich wystąpień 18 września 1968 roku ganił nieposłusznych katolików, oceniając, że ulegli duchowi obcemu Ewangelii. Papież zarówno wcześniej, jak i później rzadko kiedy odzywał się w ten sposób. Ta nietypowa dla niego, gniewna reakcja świadczyła, jak dalece osobiście zaangażował się w sprawę, dla której okazywano teraz tak mało zrozumienia.

Konkluzja
Dlaczego Paweł VI tak, a nie inaczej rozstrzygnął problem? Nie tylko dlatego, że nie bał się mieć własnego zdania, różnego od zapatrywań świata. Jeszcze ważniejsza była jego wola wierności nauce Chrystusa i Kościoła. Już w czasie soboru powtarzał i prosił, by zrozumieć, że papież nie tylko chce wiedzieć, jak myślą inni, ale zachować też czyste sumienie. Papież – podkreślał Paweł VI - nie może, w zgodzie z sumieniem i przekazanym mu dziedzictwem wiary, pochwalać tego, co niewłaściwe. Gdyby uległ presji, gdyby poszedł za głosem pewnej już swego triumfu, światowej i nawet wewnątrzkościelnej, wpływowej opinii, spełniłby w istocie postulaty obyczajowej rewolucji tamtych lat – i to dopiero stałoby się skazą pontyfikatu i kłopotliwym spadkiem dla późniejszych pokoleń. Odmawiając zgody na nadużycia Paweł VI – doraźnie przegrany w oczach wielu, tracący w bolesny dla siebie sposób sympatię i poparcie wiernych, w rzeczywistości okazał się zwycięzcą.

ks. Piotr Jaroszkiewicz

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 25

Opiekun nr 25(512) od 3 grudnia 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z kustoszem kaliskiego sanktuarium ks. prałatem Jackiem Plotą, który opowiedział o swojej osobistej relacji z Patriarchą z Nazaretu i o radościach posługi w sanktuarium.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej