Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2014-07-31 10:03:28

Herbata i Harvard

harvard

Gdybym żył w latach 1659-1681 na pewno do Bostonu bym się nie wybrał, zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia, bo obowiązywał wówczas zakaz jego świętowania pod karą grzywny. Ale ponieważ mamy inne czasy, wolność religijną i lato, nic nie stoi na przeszkodzie, aby odwiedzić Boston. Ponoć najbardziej europejskie miasto Stanów Zjednoczonych ma tylko ok 40 fast foodów na ponad 850 restauracji ;-)

Ciekawa rzecz z tym zakazem świętowania Bożego Narodzenia, jeśli zważymy, że miasto zostało założone w roku 1630 przez kolonistów z Anglii, którzy byli  chrześcijanami. Była to jednak szczególna, purytańska odmiana chrześcijaństwa, która w Bożym Narodzeniu widziała naleciałości pogańskie. A może katolickie? W końcu ruch purytański w kościele anglikańskim powstał w celu oczyszczania go z różnych naleciałości, zwłaszcza katolickich. Boston ma też jeszcze jedną niechlubną kartę w swojej historii związaną z „oczyszczaniem”, a mianowicie to właśnie tam miał miejsce pierwszy przypadek skazania na śmierć... czarownicy. W roku 1648 kara taka spotkała niejaką Margaret Jones winną sporządzenia mikstury, która pogorszyła czyjeś zdrowie. Ale dzięki Bogu wraz z diakonem Marcinem docieramy do Bostonu w czerwcu 2014 roku i jest tu całkiem bezpiecznie (fakt, nieco ponad rok temu podczas słynnego maratonu miał tu miejsce terrorystyczny zamach, niestety, ale to oznacza, że dzisiaj jest tu większa kontrola niż wcześniej).

Czerwone da się lubić
Boston jako jedno z najstarszych miast Stanów Zjednoczonych było oczywiście sceną istotnych wydarzeń podczas tzw. Amerykańskiej Rewolucji, która miała miejsce w latach 1765 - 1783, kiedy to trzynaście brytyjskich kolonii w Ameryce walczyło o niepodległość od Brytyjskiego Imperium. To właśnie tutaj miała miejsce tzw. Masakra Bostońska 5 marca 1770 roku, która przyczyniła się do wybuchu rewolucji. Przed budynkiem Giełdy Królewskiej zgromadzili się mieszkańcy miasta protestując przeciwko wprowadzeniu nowych ceł i obecności brytyjskiego kontyngentu żołnierzy i rzucali w tych ostatnich kulami ze śniegu i kawałkami lodu. W wyniku nieporozumienia pięciu z nich zostało zastrzelonych przez brytyjskich żołnierzy. Pewnie, nazwa wydarzenia - masakra - jest trochę przesadzona, ale propaganda ma wielkie możliwości i spowodowała wzmocnienie nastrojów antybrytyjskich.
Właśnie przed tym budynkiem rozpoczynamy zwiedzanie Bostonu i natychmiast muszę skierować pochwałę do włodarzy miasta. Otóż budynek ten znajduje się na tzw. Szlaku Wolności, który prowadzi przez wszystkie najważniejsze miejsca związane z odzyskiwaniem wolności. I proszę sobie wyobrazić, że ktoś wpadł na pomysł, aby cały ten szlak był zaznaczony szeroką na około 20 cm czerwoną linią na chodnikach i przejściach przez ulicę! Wystarczy patrzeć pod nogi. Przyznam się, że łatwo się gubię, dlatego takie inicjatywy bardzo mi się podobają. Szliśmy zatem czerwonym Szlakiem Wolności odwiedzając po kolei miejsca ważne nie tylko dla Bostończyków.

Partia herbaciana – z czym to się pije?
Pewnie jeszcze nie wspomniałem, ale Boston leży nad morzem, a właściwie nad oceanem w związku z czym od samego początku był jednym z najważniejszych centrów handlowych. W roku 1773 w związku z nadmierną podażą herbaty jej ceny spadły i słynna Kompania Wschodnioindyjska otrzymała zgodę od Korony Brytyjskiej na jej sprzedaż w koloniach amerykańskich bez płacenia cła („Ustawa Herbaciana” - The Tea Act), co oczywiście uderzyło w amerykańskich importerów. 16 grudnia 1773, a właściwie w nocy, na znak protestu, około 130 mężczyzn wdarło się na trzy statki Kompanii stojące w porcie i wyrzuciło cały ładunek herbaty do morza, co istotne, bez żadnej przemocy i niszcząc tylko herbatę. Za karę Brytyjczycy zamknęli port w Bostonie, co fatalnie wpłynęło na handel w regionie i znowu pogorszyło stosunki kolonistów z Koroną. Niemniej ten gest polityczny nabrał znaczenia symbolicznego: chodziło o pokazanie, że nie można ustanawiać praw czy podatków nas dotyczących bez naszej reprezentacji w parlamencie, a taka była wówczas sytuacja kolonistów w Nowej Anglii. Kiedy kilka lat temu w USA powstała nieformalna TEA Party (Taxed Enough Already Party  - co można przetłumaczyć jako „partia wystarczająco opodatkowanych”) czyli Partia Herbaciana, w pewnym sensie nawiązywała ona nazwą do słynnej „herbatki bostońskiej”.

Najstarszy okręt świata „na chodzie”
Będąc w porcie dowiadujemy się, że to właśnie w Bostonie rodziła się marynarka wojenna młodych Stanów Zjednoczonych, a zacumowana w zatoce trójmasztowa fregata USS „Constitution” jest jedną z pierwszych sześciu fregat US Navy zbudowanych zgodnie z ustaloną przez Kongres ustawą z 1794 roku. Mało tego, USS „Konstytucja” jest najstarszym na świecie okrętem pozostającym w czynnej służbie i choć dzisiaj służy głównie celom edukacyjnym, to w dalszym ciągu pływa i ma regularną załogę złożoną z 60 oficerów i marynarzy z dowódcą w stopniu komandora. Okręt został zwodowany w 1979 roku, ale jak mogliśmy zauważyć podczas zwiedzania, trzyma się świetnie. Aby nie było żadnych wątpliwości, że okręt jest częścią US Navy zanim nas tam wpuszczono poddano nas  dokładnej kontroli, po czym dostaliśmy... pieczątkę na dłoń ze słoneczkiem. Przypomniały mi się czasy młodości, kiedy pieczątkę dostawało się przy wejściu na dyskotekę. Jak się człowiek dobrze postarał, to można było szybciutko przyłożyć zapieczętowaną dłoń do dłoni kolegi i jemu też się odbijało i wchodził gratis. Tutaj tego numeru nie próbowaliśmy i nie chodziło o groźnych marynarzy, ale o to, że wstęp był za darmo (ponownie brawa dla włodarzy miasta, a może dla US Navy?).

Przegrać bitwę, wygrać wojnę
Jak się okazało, USS „Constitution” znajduje się na końcu Szlaku Wolności, ale my zaczęliśmy pewnie gdzieś w środku. W każdym razie po wizycie na statku udajemy się jeszcze, niczym po sznurku (świetny jest ten szlaczek na chodniku) do tzw. Bunker Hill Monument. To kolejne miejsce związane z walką kolonistów o niepodległość. Od 19 kwietnia 1775 roku do 17 marca 1776 roku trwało oblężenie Bostonu. Kto kogo oblegał? Milicjanci z Nowej Anglii (czyli hmm... Amerykanie!) oblegali Boston, a w nim armię brytyjską skoszarowaną w mieście, aby uniemożliwić jej działania wojenne. Nie do końca się to udało, ale był to ważny moment w procesie tworzenia Armii Kontynentalnej i wzmacniania jedności trzynastu kolonii. Najważniejszym wydarzeniem oblężenia była bitwa o Bunker Hill 16 czerwca 1775 roku. Oblegających Boston rebeliantów zaatakowali Brytyjczycy z okrętu HMS „Somerset”. Najpierw przez sześć godzin bombardowali umocnienia, a potem zaatakowała piechota. Za trzecim razem udało się złamać opór broniących się rebeliantów. Brytyjczyków było 2600, a rebeliantów 1400. Straty końcowe Brytyjczyków, mimo zwycięstwa, były olbrzymie i wyniosły 226 zabitych i 828 rannych (Amerykanie odpowiednio 140 i 270, przy 30 ludziach wziętych do niewoli) i było coraz bardziej oczywiste, że całej wojny Brytyjczycy nie wygrają. Na miejscu słynnej batalii mamy dzisiaj charakterystyczny obelisk (jak na Placu św. Piotra w Rzymie) a także muzeum. Na mnie szczególne wrażenie zrobił napis na pamiątkowej tablicy uwieczniający słowa dowodzącego rebeliantami: „Nie strzelajcie dopóki nie zobaczycie białek w ich oczach”. I jeszcze jedna pochwała dla miejscowych: na obelisk można wejść po schodach (windy nie ma) za darmo. Jest tam ponoć 294 stopnie (obelisk ma 67 m wysokości) i jest z niego ładny widok na miasto.

Ateny Ameryki
Boston ma oczywiście jeszcze wiele innych atrakcji i prymatów gdy chodzi o Stany Zjednoczone. Choćby najstarszy park publiczny zwany Boston Common, ustanowiony już w 1634 roku, albo metro, też najstarsze w USA z 1897. Ale chyba najbardziej dzisiaj jest znany jako Ateny Ameryki, czyli miasto posiadające najwięcej uczelni i to gwarantujących najlepsze kształcenie. Mówi się o ponad 100 różnych uniwersytetach i 250 tysiącach studentów (czyli praktycznie jedna trzecia mieszkańców miasta). Harvard University i Massachusetts Institute of Technology (MIT) należą do najlepszych i najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. Z diakonem Marcinem wybieramy się na małą przechadzkę do Harvardu, a najbardziej nam zależy, żeby zobaczyć te trawniki, na których zwykle wylegują się studenci (przynajmniej na filmach). No ale są już chyba wakacje i nikt się nie wyleguje, jedynie turyści robią sobie rytualne zdjęcia przy pomniku fundatora Johna Harvarda, przy okazji szlifując mu stopę niczym św. Piotrowi w bazylice w Rzymie. Fakt faktem, dla niektórych nauka jest religią.
Kiedy spacerujemy później po bardziej nowoczesnej części miasta, dostaję maila od przyjaciół, którzy na wieść, że jestem w Bostonie zachęcają mnie, abym koniecznie zafundował sobie Duck Tour czyli „Kaczą wycieczkę”. Choć dzień dobiega powoli końca, sprawdzamy, o co chodzi, bo przyjaciele to Amerykanie i z pewnością nie robią sobie żartów z... polskiej klasy politycznej. I rzeczywiście jest taka atrakcja w Bostonie. Pamiętacie „Pana Samochodzika” i jego pojazd, który był właściwie amfibią, czyli jeździł po drogach i pływał jeśli była taka potrzeba? Właśnie na tym polega przejażdżka po Bostonie, która obejmuje cały Freedom Trial, a kończy się w rzece Charles River. Nie skorzystamy z atrakcji, bo cały szlak zrobiliśmy pieszo, a chcemy przed powrotem jeszcze wstąpić do katolickiej katedry.

Pilot kontra Opiekun
Do naszej katedry chcemy wstąpić nie tylko z „katolickiego” obowiązku, ale również dlatego, że niemal wszystkie świątynie protestanckie, które napotkaliśmy po drodze były obwieszone tęczowymi flagami i bynajmniej nie dla upamiętnienia przymierza między Bogiem a Ludem Wybranym, a z powodu mającej tutaj miejsce kilka dni wcześniej... parady równości. Chcemy się przekonać, że świat nie do końca zwariował. I przynajmniej pod tym względem się nie rozczarowujemy. Ale katedra bostońska pod wezwaniem Krzyża Świętego, olbrzymia i na szczęście otwarta, jakoś szczególnie nie zachwyca. Może to ten półmrok? W każdym razie modlitwa „u siebie” przed powrotną drogą do Nowego Jorku przywraca wszystkiemu właściwie proporcje.
Przez zawodowe skrzywienie (mam na myśli dziennikarstwo ;-) biorę jeszcze do ręki katolicki tygodnik diecezji Boston „The Pilot”, który jest najstarszym katolickim pismem Ameryki (wychodzi od 1829 roku). Dwadzieścia stron, mnóstwo reklam... Hmm... Podobnie jak z winem, bynajmniej nie jest prawdą, że im starsze, tym lepsze.  

Tekst i foto ks. Andrzej Antoni Klimek


Galeria fotografii

Przeglądaj galerię wersji Flash

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej