Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2014-06-06 15:18:12

Jasna i ta druga strona księży(ca) - część CLXXIV

Roboty przy budowie nowego kościoła ruszyły z kopyta. Kiedy Mateusz na drugi dzień po odwiedzinach Ani zadzwonił do Malińskiego, że może już czas się spotkać i rozpisać jakiś harmonogram, mocno się zdziwił, bo Maliński poprosił go o dwa dni zwłoki.
- Proboszczu, ale mamy farta! - powiedział później podczas spotkania. - To normalnie cud, żeśmy się tak długo wstrzymali, bo akurat na dniach firma Karpionki kończy robotę przy jakimś kościele koło Rzeszowa i można ich brać – tłumaczył podekscytowany Maliński.
- A co to za firma? - zdziwił się Mateusz.
- Zbyszek Karpionka, góral i do tego pobożniejszy niż inni górale, ma małą firmę budowlaną i oni właściwie pracują tylko dla parafii, wie ksiądz? I to jest tak, że oni długo czekają na pieniądze, bo wiedzą, że parafia to może i powoli, ale zawsze spłaci. Jak do tej pory jeszcze się nigdy nie zawiedli. Tak, że oni teraz biorą pieniądze od tych, co im robili robotę ze dwa lata temu, a od nas wezmą za dwa lata – tłumaczył Maliński.
- I my im nic nie musimy płacić? - dziwił się Mateusz.
- Nie, no co się ksiądz z księżyca urwał? Płacimy, ale tyle, ile możemy. Nie trzeba żadnych kredytów brać. Dzięki Bogu, że się ksiądz tak ociągał. Mnie to już nerwy brały, ale wyszło nam na dobre. Bo pewnie byśmy kogo wzięli z okolicy, a ci by cisnęli, żeby płacić dużo i szybko. A Karpionka jest solidny, no i jak mówiłem, cierpliwy w czekaniu na pieniądze.
- A skąd pan o tym Karpionce się dowiedział? - zapytał jeszcze Mateusz.
- Z forum internetowego – odpowiedział lekko się czerwieniąc Maliński.
- Aleście mnie teraz Maliński zastrzelili! – roześmiał się Mateusz. - Wszystkiego się po was spodziewałem, ale że w internecie buszujecie, to w życiu.
- Ja bym się też nie spodziewał. Ale jak tak ksiądz niemrawo się brał za tę budowę na wiosnę, to ja z synem zaczęliśmy się trochę rozglądać, żeby czasu nie marnować i znaleźć sposób, żeby się ksiądz nie stresował pieniądzmi i długami, no i znaleźliśmy – wytłumaczył Maliński.
- Tak mocno widać, że się stresuję tymi pieniędzmi? - zdziwił się Mateusz, a jednocześnie niemal się wzruszył staraniami swojego współpracownika, aby mu oszczędzić stresów.
- Śmierdzi na kilometr! - roześmiał się Maliński. - A nie powinien się proboszcz tak przejmować, bo wszyscy widzą, że się ksiądz stara, na plebanii ma skromnie, a auto mu musiał parafianin na krechę sprzedać. No, ale teraz problemu nie ma, bo jest Karpionka i będziemy płacić, jak się co uzbiera – zakończył rozmowę Maliński. 
I tak od czterech tygodni na placu budowy pracowało niemal codziennie po kilkanaście osób. Czterech albo pięciu fachowców od Karpionki, a reszta ochotnicy z parafii. A niektórzy nawet dostawali za pracę przy kościele parę groszy. To był kolejny pomysł jego kierowcy od pierwszych piątków. Razem z żoną postanowili jeszcze w Wielkim Poście, że chcą bardziej dzielić się swoimi dochodami, ale nie wiedzieć dlaczego nie chcieli, ot tak po prostu, dać ich na kościół.
- Niech się ksiądz nie gniewa, ale wymyśliliśmy z żoną coś takiego. Mamy tu trochę bezrobocia w Strzywążu, prawda? A jakby tych ludzi, zwłaszcza tych, co mają rodziny, a nie mają pracy, zaprosić do pomocy przy kościele i zaproponować im drobną rekompensatę? Żadnej dziennej stawki. Ja po prostu będę patrzył, że tak powiem, ile mi zbywa i ja będę decydował, ile im dać. Co ksiądz na to? - zaproponował pan Zbigniew.
- No normalnie nie mam słów – mówił uradowany Mateusz. - To by była i pomoc dla kościoła i dla bezrobotnych. Jedyne, czego trochę się obawiam, to reakcja innych, tych co mają pracę. Czy będą chcieli pomagać przy kościele za darmo... Wie pan, reakcja starszego brata z Ewangelii o synu marnotrawnym, albo innych zazdrośników, których pełno w przypowieściach Pana Jezusa, krzywiących się na fakt, że Bóg jest dobry i rozdaje, tak jak chce - zamyślił się na chwilę Mateusz.
- Decyzja należy do księdza – powiedział pan Zbigniew.
- Ja myślę, że zrobimy tak, jak pan mówi – zadecydował Mateusz i tak też się stało. I jak dotychczas nie było żadnych głosów niezadowolenia w parafii, a przynajmniej Maliński mu niczego takiego nie relacjonował.
A roboty szły do przodu w takim tempie, o jakim jeszcze miesiąc temu Mateusz nawet nie marzył. I pomyśleć, że wystarczyła ta krótka wizyta Ani, żeby przywrócić mu wiarę w siebie i ruszyć z pracami. Nie pierwszy raz mu się przytrafiło, że rozmowa z kobietą, czy kobietami przywracała mu sens i proporcje rzeczywistości. A zwłaszcza z Anią mu się to zdarzało. Kilka razy próbował sam siebie przekonać, że to nieprawda, że on po prostu tak ma, że jeżeli w jakiejś robocie się nie czuje, a w budowaniu kościoła zdecydowanie się nie czuł, to nie może mieć zbyt długich przerw, bo każda taka przerwa podminowuje jego pewność siebie i wiarę w sukces i zawsze trudno mu rozpocząć kolejny etap. I częściowo była to prawda, ale nie mógł ukryć przed sobą samym, ani tym bardziej przed Panem Bogiem – tu w ogóle nic nie mógł ukryć, – że akurat tym razem najwięcej mu dały słowa przyjaciółki, która jak zawsze pojawiła się w najbardziej odpowiednim momencie. Postanowił zadzwonić do niej i opowiedzieć jej, jakie cuda się dzieją na budowie od czasu ich ostatniego spotkania. Kiedy skończył relacjonować, Ania tylko się głośno śmiała.
- Cieszę się, że ja też będę miała moją skromną cegiełkę w tej budowie – powiedziała.
- O nie, nie! Nie ma tak łatwo! Cegiełkę to będziesz musiała osobiście i fizycznie podźwignąć na placu budowy. Ale nie ukrywam, że nasza rozmowa bardzo mi wówczas pomogła. Jak ty to w ogóle robisz? Pojawiasz się zawsze w odpowiednim momencie – powiedział pół żartem, pół serio Mateusz.
- No ja nie wiem, czy zawsze w odpowiednim momencie – śmiała się Ania. - Ja po prostu, jak się za tobą stęsknię dzwonię najpierw do Macieja i pytam, co u ciebie. I na podstawie tego, co mi powie Maciej decyduję, czy czas cię odwiedzić, czy trzeba jeszcze trochę się wstrzymać.
- Dzwonisz do Macieja? - Mateusz poczuł się nieco urażony i w duchu postanowił sobie, że zakaże Maciejowi udzielać jakichkolwiek informacji co do swojej kondycji psychofizycznej. - To nie możesz od razu do mnie?
- Nie. Bo są takie sytuacje, kiedy moja wizyta, a nawet telefon wydają się być nie w porę i jakbyś tego nie ukrywał, ja się zawsze domyślę. I nie mów mi, że tak nie jest. A ostatnią rzeczą, której pragnę jest bycie ci w jakikolwiek sposób ciężarem, czy przeszkodą. A poza tym Maciej sam nie raz do mnie dzwoni, notabene znacznie częściej niż ty, i mówi mi na przykład: ,,weź no zadzwoń do Mateusza”, bo jakiś taki przygnieciony – wytłumaczyła Ania.
- Nie! To dopiero zdrajca! Czuję się, jakbym był jakimś pacjentem na terapii – udawał wzburzenie Mateusz, choć lekko go ta „współpraca” jego najlepszych przyjaciół zirytowała. - Jedynym sposobem na załagodzenie tej sytuacji jest zaproszenie mnie na kolację, może być nawet razem z Maciejem, wtedy policzę się również z nim.
- W porządku, chociaż jak znam życie, nic z tego nie będzie, bo żebyście ty i Maciej znaleźli wolny wieczór tego samego dnia i jeszcze chcieli mnie do niego dopuścić, to musi być jakieś święto. Ale na pewno się przypomnę. Ciao! - powiedziała Ania i odłożyła słuchawkę w samą porę, bo Mateusz usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę bardzo, zapraszam! - krzyknął podchodząc do drzwi.
- Szczęść Boże, księże Mateuszu! - młody mężczyzna stojący za otwartymi drzwiami, kogoś mu przypominał, ale nie był do końca pewny kogo. - Diakon Robert – przedstawił się
- Przepraszam, musisz mi wybaczyć, ale ja tak rzadko jestem ostatnio na diecezjalnych ceremoniach, że nawet bym cię nie rozpoznał - tłumaczył się Mateusz. - Zapraszam do środka, już robię kawę. Czy może coś innego?
- Nie, nie. Chętnie wypiję kawę – odpowiedział diakon Robert siadając przy stole w salonie. - Ładnie ma tu ksiądz. Skromnie, ale bardzo ładnie.
- Dzięki! Jeszcze ciągle w fazie urządzania – odkrzyknął Mateusz z kuchni.
- Jak był ksiądz wikariuszem w naszej parafii szesnaście lat temu, pamiętam, że miał ksiądz takie czarne meble. Chyba nawet proboszcz je kupił. Po roku się rozlatywały, no ale nie dziwota, skoro tam dziesiątki młodych przesiadywało niemal codziennie u księdza.
- Jak to się stało, że ja ciebie wcale nie pamiętam? - Mateusz stanął w drzwiach z filiżankami.
- Może dlatego, że miałem dziesięć lat i rzadko chodziłem do kościoła? - zapytał z uśmiechem Robert.
- No tak. Wszystkich dziesięciolatków nie mogę pamiętać – skonstatował Mateusz. - A teraz za kilka dni będziesz księdzem!
- Powinienem. Ale nie wiem... Za trzy godziny rozpoczynamy rekolekcje przed święceniami kapłańskimi, a ja się ciągle waham. Przyszedłem po radę do księdza – mina Roberta świadczyła, że naprawdę nie żartował.
- Mój profesor w seminarium mówił, że on by puszczał wszystkich diakonów przed rekolekcjami na jakiś miesiąc w świat. A potem wyświęciłby tych, którzy by wrócili. A my mamy trzy godziny...

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 22

Opiekun nr 22(509) od 22 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. o pracującej w Etiopii Magdalenie Fiec, która odkryła swoje misyjne powołanie podczas studiów na Politechnice Śląskiej.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej