Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2014-03-11 12:21:21

Jasna i ta druga strona księży(ca) - część CLXVIII

- Przyznam się, że nie bardzo rozumiem – powiedział Mateusz przyglądając się zasępionemu Tadkowi Rogoźniakowi.
- Ma ksiądz konto na fejsbuku? - zapytał Rogoźniak.
- Szczerze mówiąc, kiedyś na samym początku, to się zarejestrowałem, bo paru kolegów z Włoch mnie namówiło, zanim jeszcze w Polsce ktokolwiek o tym słyszał – powiedział Mateusz. - Wtedy u nas była na topie Nasza Klasa. Ale jak zaczęli mi przysłać te różne zaproszenia, niespodzianki, prezenty i inne pierdoły, to się z tego wykasowałem. Jak sobie pomyślę, jakie głupoty ludzie tam o sobie samych wypisują, to powiem panu, panie Tadku, że jestem szczęśliwy, że mnie tam nie ma. Wie pan co? Właśnie szykujemy stronę internetową naszej parafii, bo teraz bez tego się nie da, ludzie ciągle mnie pytają, kiedy będzie można sprawdzić intencje mszalne w Internecie, to nawet mam taki pomysł, że tej strony nie podłączymy pod tego całego fejsbuka. Bo to teraz na każdej stronie piszą: „Polub nas na fejsbuku, wykop nas tutaj, zatwituj nas tam”. A wie pan co na naszej stronie będzie napisane? Coś takiego: „Jesteśmy dumni, że nie ma nas na fejsbuku, ani nigdzie indziej. Zapraszamy na spotkanie twarzą w twarz w naszym kościele” – zakończył swoją tyradę Mateusz.
- No i ma Ksiądz Proboszcz świętą rację – powiedział Rogoźniak. - Mnie już też nie ma na fejsbuku, ale mleko już się rozlało i właśnie dlatego moja żona Gosia taka ostatnio smutna.
- Chce pan opowiedzieć, co się stało? - zapytał delikatnie Mateusz.
- No pewnie! Nawet się dziwię, że ksiądz jeszcze nic nie słyszał... Jak ksiądz wspomniał, kiedyś była ta cała Nasza Klasa i my z Gosią chętnie tam zaglądaliśmy, bo w ten sposób odnowiło się wiele starych kontaktów, jeszcze z podstawówki. Fakt, pod tym względem to było nawet miłe... No a potem przyszedł fejsbuk i Gosia pomyślała, że tam też warto być, bo więcej ludzi, no i międzynarodowe i tak dalej i tak dalej. No tośmy się zapisali. I praktycznie kiedy dochodziłem już do takich samych wniosków, jak Ksiądz Proboszcz, to znaczy, że szkoda mojego czasu na czytanie o tym, kto z moich znajomych się obudził, a kto za przeproszeniem pierdnął, znalazła mnie tam dawna szkolna miłość. Miłość to może za dużo powiedziane, ale jak byłem w ósmej klasie podstawówki kochałem się na zabój w takiej Ewie Morańskiej z równoległej klasy. Dziewczyna była śliczna i że tak powiem, nad wiek rozwinięta zwłaszcza fizycznie, więc wszyscyśmy się w niej kochali. Ale ja wtedy byłem biedakiem. Rzeczywiście, ona była w klasie 8a, gdzie były dzieci różnych dyrektorów, nauczycieli, no i generalnie aparatczyków, a ja byłem w 8b i u nas to była klasa robotnicza, czyli bieda, ale bez patologii. Bo była jeszcze 8c, no i tam były głównie dzieci z rodzin biednych i często poplątanych. Swoją drogą, wtedy nawet sobie nie zdawałem sprawy z tego podziału, dopiero później się domyśliłem. Więc, jak ksiądz sobie może wyobrazić, piękna Ewa na robola z 8b nawet nie rzuciła okiem. Ale jak człowiek głupi, to nie daje za wygraną. I kiedy byłem już w ogólniaku nie miałem z kim pójść na studniówkę, a ponieważ z grupą towarzyską, do której należała Ewa, utrzymywałem sporadyczny kontakt, więc zaprosiłem ją, żeby poszła ze mną.
- Chodziliście do tego samego ogólniaka? - zapytał Mateusz.
- Nie, oczywiście że nie. Ona chodziła do prestiżowej szkoły we Wrocławiu, a ja do naszego ogólniaka w Piliczu, ale studniówki się nie pokrywały – wytłumaczył Rogoźniak.
- Zgodziła się?
- Oczywiście, że nie – zaśmiał się Tadek. - Miała lepszy pomysł. Tak się zakręciła, żeby być na tej studniówce, ale nie ze mną. No w końcu ze mną musiałaby pójść pieszo, a z tamtym gogusiem podjechała Oplem Kadettem, a wtedy to był niezły szpan. Ja ostatecznie poszedłem z koleżanką z klasy, która też nie miała z kim pójść. Takie trochę zahukane brzydkie kaczątko, wie ksiądz.
- Rozumiem, że podczas tej studniówki coś się wydarzyło i raczej nie z brzydkim kaczątkiem -  powiedział Mateusz.
- Dokładnie. Wie ksiądz, wtedy była taka tradycja, że pół roku przed studniówką zaczynaliśmy zbierać pieniądze, żeby zakupić dolary, a potem porządny alkohol w Pewexie. Nie żeby się upijać, ale wódka musiała być porządna, nie wiem, czy u was było tak samo, jesteśmy prawie rówieśnikami – uśmiechnął się Tadek, a Mateusz się nagle zaczerwienił.
- Nie będę ukrywał, że czasy te same – uśmiechnął się wreszcie, nawet z lekkim rozrzewnieniem, bo przypomniał sobie, że choć sam wtedy raczej nie pił, no może dosłownie jakiś toast, to po studniówce przyniósł do domu jedną z butelek z resztą żubrówki, żeby jego ojciec mógł spróbować.
- Ma ksiądz rację, to co się zdarzyło nie dotyczyło brzydkiego kaczątka. Piękna Ewa i jej towarzysz dość mocno się spili. Pamiętam, że ten chłopak, tak mniej więcej od 22.00 spał w ubikacji, no i Ewa snuła się sama. W pewnym momencie zaprosiła mnie do tańca, a później poprosiła, żebym ją odprowadził do toalety. Nie ukrywam, że trochę straciłem wówczas głowę. Wie ksiądz, jak to jest... Jak piękna kobieta, o której zawsze się marzyło, nagle zaczyna cię całować, to trzeba świętego albo impotenta, żeby się wzbraniać... Powiem tylko księdzu, że ja się wtedy pierwszy raz w życiu całowałem z dziewczyną. W każdym razie, potem przyszła jakaś jej koleżanka, no i razem zniknęły w toalecie, a ja szybko wróciłem do mojego brzydkiego kaczątka. Kilka dni później Ewa przypadkowo spotkana na ulicy powiedziała mi, żebym sobie niczego nie wyobrażał, bo na studniówce całowała się z wszystkimi, oprócz stróża nocnego. Tak przynajmniej powiedziała. No i na tym się skończyło – westchnął Rogoźniak.
- A co ma do tego wszystkiego fejsbuk? - zapytał Mateusz.
- Już do tego dochodzę. Jak się okazało, po latach piękna Ewa wyszła za jakiegoś spekulanta, który chwilowo był przy kasie, zaszła w ciążę i nie dokończyła studiów medycznych. Gościowi szybko skończyła się kasa, a zaczęły problemy z prawem i musieli się rozwieść dla celów, że tak powiem, fiskalnych, ale chyba generalnie wszystko im się posypało. I niech sobie ksiądz wyobrazi, że piękna Ewa znalazła mnie na fejsbuku, bo mieliśmy tam też profil firmy. Na początku nawet się ucieszyłem, bo powróciły dawne wspomnienia, nawet raz nas odwiedziła tutaj w domu. Ale jak Ewa zobaczyła, że ten biedak, który się w niej kiedyś kochał, ma teraz dużą firmę, to zaczęła mi mówić, że ona zawsze mnie kochała w swoim sercu, no i że jeszcze nie jest za późno, że możemy wszystko zacząć od nowa. I co najgorsze, zaczęła te pierdoły wypisywać na moim profilu, a jako że ja przed moją Gosią nie mam żadnych tajemnic, to wszystko jej pokazywałem i żeśmy się trochę z tego śmiali. Ale piękna Ewa nie dawała za wygraną. Ona się chyba nawet domyśliła, że ja te wszystkie rzeczy pokazuję żonie, bo jej nic nie odpowiadałem i zaczęła wypisywać takie głupoty, że ona na mnie nie zasługuje, że przestańmy się oszukiwać, żebym się nie bronił przed tym uczuciem, że ona będzie walczyć o mnie, bo nie chce drugi raz popełnić tego samego błędu – Rogoźniak był coraz bardziej poruszony.
- Nachodziła was tutaj w domu, po tej pierwszej wizycie? - zapytał Mateusz.
- Nie, nie! Ja ją zaprosiłem, a właściwie trochę sama się wprosiła, zanim zaczęła te swoje historie odstawiać. Później się nie odważyła. Ale zaczęła mi na tym profilu podawać adresy prawników od rozwodów, a nawet linki do artykułów o stwierdzeniu nieważności małżeństwa. No i zaczęła takie komentarze pisać, że wynikało z nich, jakbyśmy mieli jakiś nieustanny kontakt ze sobą i jakobym ja był gotów z nią odejść, ale ponieważ jestem wierzący i chodzę do kościoła, to tylko to mnie trzyma przy żonie. No i wtedy moja Gosia zaczęła we mnie wątpić. Straciła zaufanie i nie ukrywam, że zrobiło się nerwowo. Na samym początku historii powiedziałem jej, że w podstawówce i jeszcze w ogólniaku byłem w Ewie zadurzony i Gosia to przyjęła zupełnie normalnie. Ale ta przebiegła diablica potrafiła zasiać w niej ziarno niepokoju, a ja stałem się bardziej nerwowy i w ten sposób jakbym potwierdzał obawy mojej żony... Aż któregoś dnia w jakiejś kłótni Gosia powiedziała do mnie: „Jak chcesz ten ślub unieważnić, to proszę bardzo!” Pogodziliśmy się później, a ja przysięgałem na wszystko, że pomiędzy mną a Ewą nic nie było. I niech sobie ksiądz wyobrazi, że kiedy na tej studniówce ja się całowałem z tą Ewą, ktoś zrobił zdjęcie i ona je miała. I kilka dni po tej mojej kłótni z żoną ona je zamieściła na fejsbuku z podpisem: „Nikt nigdy mnie nie całował tak jak ty” - zakończył załamany Rogoźniak.
- No ale to było zanim poznał pan swoją żonę, więc... - Mateusz nie widział w tym nic strasznego.
- No tak, nie powiedziałem księdzu. Brzydkie kaczątko ze studniówki to moja obecna żona.

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej