Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2014-01-15 14:18:12

Jasna i ta druga strona księży(ca) - część CXLIV

Jak zwykle, w momencie największej potrzeby stara panda go zawiodła.
- Boże, to nie może dziać się naprawdę. Akurat w dzień pogrzebu mamy Maćka. To jest jakiś absurd! - krzyczał waląc dłońmi w kierownicę. Nie pozostawało nic innego, jak po raz kolejny zadzwonić po kogokolwiek, kto mógłby go podrzucić do kościoła w rodzinnych Sławojowicach ks. Macieja. Przecież nie mógł nie być na pogrzebie jego mamy.  Wyciągnął komórkę i z przerażeniem stwierdził, że jest poza zasięgiem sieci i jakby tego było mało, bateria była prawie wyczerpana.
- Świetnie! - warknął i zmniejszył jaskrawość obrazu do minimum, aby wielki wyświetlacz smartfona nie zżarł resztek energii. Później zaczął zataczać coraz szersze kręgi wokół samochodu próbując złapać zasięg. Po 10 minutach telefon zdechł definitywnie. Jednak jeszcze bardziej zaniepokoił Mateusza fakt, że od 10 minut drogą, na której stało jego auto, nie przejechał żaden inny pojazd.
- Wklepiesz Sławojowice w nawigację i nie będzie problemu - tłumaczył Maciej wcześniej.
- Maciej, w mojej pandzie nie ma nawigacji, a ta którą mam w telefonie działa tylko jak jest internet - odpowiedział Mateusz, więc przyjaciel wytłumaczył mu najkrótszą drogę.
- Drogi nie są najlepsze, ale przynajmniej mało ruchliwe - dodał wówczas Maciej, ale Mateuszowi droga, na której się znalazł wydawała się nie tyle mało ruchliwa, co zapomniana przez Boga i ludzi. Nie miał nawet pewności, czy gdzieś wcześniej nie pobłądził...
- Panie Jezu, tej akcji mogłeś mi oszczędzić
- zaczął biadolić. - Nie chodzi o mnie, przecież wiesz. Mama Macieja była dla mnie jak druga mama, zwłaszcza kiedy zabrakło mojej. I teraz mam się nie pojawić na jej pogrzebie? Proszę...
Niestety, ani ta płaczliwa modlitwa, ani błagalny wzrok na wyłaniającą się z lasu drogę nie przyniosły pożądanego efektu. Mateusz pomyślał, że nie pozostało mu nic innego, jak pomodlić się brewiarzem. Odruchowo sięgnął po telefon, ponieważ już od dawna nie zabierał do samochodu brewiarza, mając zawsze pod ręką wersję elektroniczną. Dopiero z telefonem w ręku przypomniał sobie, że siadła bateria. Jedynie świadomość, ile kosztowało to cacko, powstrzymała go od grzmotnięcia nim przez okno. Już miał sięgnąć po różaniec, kiedy nagle zobaczył ciężarówkę na końcu drogi. Co prawda zmierzała w przeciwnym kierunku, ale pomyślał, że może uda mu się chociaż skorzystać z telefonu kierowcy. Wyskoczył szybko z auta i wyszedł na środek drogi praktycznie zmuszając kierowcę do zatrzymania się.
- Życie panu niemiłe? - zapytał mężczyzna około siedemdziesiątki ledwie uchylając okna i spoglądając wrogo na Mateusza.
- Pan wybaczy, bardzo przepraszam, szczęść Boże. Widzi pan, jadę na pogrzeb i samochód mi padł... Co prawda pan w przeciwnym kierunku, ale może mi pan jakoś pomoże, bo mój telefon zdechł - tłumaczył chaotycznie Mateusz, podczas gdy mężczyzna powoli odjeżdżał.
- A to pan chyba jakiś mafiozo jest - powiedział kontynuując powolutku jazdę.
- Jak to mafiozo? - zapytał zdziwiony Mateusz maszerując przy wolno jadącej ciężarówce.
- Bo wie pan, w tamtym kierunku to jest tylko betoniarnia i droga się kończy. Jeśli pan ma tam pogrzeb... to ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego - powiedział mężczyzna lekko przyciskając pedał gazu.
- Proszę nie odjeżdżać! - krzyknął Mateusz.
- Pewnie pomyliłem drogę. Ja naprawdę jadę na pogrzeb, proszę zobaczyć - Mateusz rozchylił płaszcz - jestem księdzem, jadę do Sławojowic, to powinno być gdzieś tutaj...
- No i co? Ja mam pana do tych Sławojowic zawieźć? Ani mi się śni! - mężczyzna z ciężarówki już nawet nie patrzył na Mateusza.
- Może choć pozwoli mi pan zadzwonić ze swojej komórki?
- Komórkę to ja mam na węgiel przy domu - odpowiedział mężczyzna.
- To chociaż proszę mnie podrzucić do pierwszej miejscowości, która jest na pana trasie
- poprosił Mateusz już bez wiary, ale mężczyzna niespodziewanie zatrzymał się dokładnie na wysokości Mateuszowej pandy.
- Starą pandziną ksiądz jeździ, żeby ludzie myśleli, że taki biedny, a w garażu pewnie jaki mercedes ukryty... Jacy wy księża jesteście żałośni. Ja żadnych obcych do samochodu nie wpuszczam, bo mi życie miłe. A tym bardziej księży! - powiedział zakręcając szybę.
- Kto pana tak skrzywdził? - krzyknął za nim Mateusz, ale samochód już odjechał. Jednak, ku zdziwieniu Mateusza, po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się ponownie. Pomyślał, że może jego desperackie pytanie dotknęło jakiejś wrażliwej struny i nutka nadziei wróciła.
- Do betoniarni jest 15 kilometrów - krzyknął mężczyzna. - Zapieprzaj na piechotę frajerze!  
- Niech ci Bóg błogosławi! - krzyknął za nim Mateusz, którego taki obrót sytuacji paradoksalnie zupełnie zrelaksował. Podszedł do swojej pandy, usiadł na przedniej klapie i zamyślił się. To był dobry rok. Pan Bóg pozwolił mu wypełnić znacznie więcej niż zaplanował, choć gwoli prawdy, nigdy nie miał żadnych sprecyzowanych planów. Może to był jego plus, a może minus. Na pewno było minusem, kiedy pod koniec roku zawsze denerwował się, że można było zrobić więcej. Może właśnie dlatego te nerwy teraz, a może po prostu z żalu dla Macieja. Z całej ich paczki on najbardziej był przywiązany do mamy, bo był przecież jedynakiem i od młodego wieku mama wychowywała go sama. Kiedy poumierały ich mamy, Mateusza, Łukasza, Piotrka, mama Macieja, mama Gienia, jak ją wszyscy nazywali, matkowała im wszystkim. I teraz, przez jakieś dziwne zrządzenie Pana Boga, Mateusz miał nie być na jej pogrzebie. I choć już się pogodził z tą myślą, za żadne skarby nie potrafił zrozumieć dlaczego „Pan Bóg mu to robił?”
- Panie Boże, jedyne co mi przychodzi do głowy po takim znaku, to że chyba czas pozbyć się tego złoma. Czyli co? Mam rozumieć, że trzeba kupić jakieś lepsze auto? A co na to papież Franciszek? Że nie wspomnę o moich parafianach i budującym się kościele... - Mateusz gadał sam do siebie, a może do pandy i pewnie by kontynuował, gdyby nagle nie usłyszał odgłosu klaksonu dobiegającego zza zakrętu. Po chwili zza drzew wyjechała Multipla ceglastego koloru i Mateusz nie miał najmniejszych wątpliwości, że to jego kursowy kolega Piotr.
- Dzięki Panie Boże - wyszeptał Mateusz - wskazówkę na temat zmiany samochodu chętnie i z pokorą przyjmuję. Piter! - wykrzyknął do kolegi. - Ty też zbłądziłeś?
- Nie! Wskakuj, bo się spóźnimy! Aha! Nie zamykaj tego złoma, niech go ktoś ukradnie! - krzyczał Piotrek kręcąc głową.
- Jeśli się nie zgubiłeś, to w jaki sposób się tu znalazłeś i skąd wiedziałeś, że tu jestem? - zapytał zdziwiony Mateusz, kiedy już wsiadł.
- Szósty zmysł - uśmiechnął się Piotr. -  A tak poważnie. Tankowałem na Statoilu i podszedł do mnie jakiś taki facet, cały umorusany w smarze i mówi, że jakiś ksiądz czeka na pomoc na drodze do betoniarni. Gość mi dziwnie wyglądał, a ta droga to zupełne pustkowie, więc pomyślałem, że może to jakaś ściema. Ale gość mówi, że pandą, no to od razu pomyślałem o tobie. A jak powiedział, że jechałeś na pogrzeb, no to byłem w domu. Pytam się, czy ci próbował pomóc samochód naprawić, że się tak usmotruchał, a on mi na to, że mu strzelił korbowód 10 minut po spotkaniu z tobą.
- No popatrz, jaki pech! - Mateusz uśmiechnął się pod nosem, trochę z przekory, a trochę z wdzięczności dla tego dziwnego pana.
- No i jak już wychodziłem od kasy gość mi mówi, żebym ci coś powiedział - dodał Piotr.
- Jakieś przekleństwo? - zdziwił się Mateusz.
- Nie. Powiedział: „Niech mu ksiądz powie, że własna matka, która poszła w tango, jak miałem pięć lat. On będzie wiedział, o co chodzi”. Wiesz o co chodzi? - zapytał Piotr.
- Wiem - westchnął Mateusz przypominając sobie swoje pytanie. - Matki się nie wybiera, miał gość pecha... Ale mama Gienia była wspaniała. Jedźmy - mamy za co Bogu dziękować.
- No tak, teraz Maciej dołączył do klubu sierot. Chyba jest nas czterech na roku bez ojca i matki, ty, ja, Łukasz no i teraz Maciej. Będzie mu ciężko - powiedział cicho Piotr. - Trzeba będzie go odwiedzać częściej, bo dla niego już domu nie będzie. Ja to chociaż jak jadę do starej chałupy to się siostrzeńcami nacieszę, ty bratanicami, a u Macieja, amba, pustki... Przerąbane - Piotr nie potrafił ukryć wzruszenia.
- Jak sobie pomyślę, że miałbym nie dojechać na ten pogrzeb, to mi się słabo robi, dzięki Piter - powiedział Mateusz z wdzięcznością.
- Podziękuj temu z ciężarówki - odrzekł Piotr.
- Obym miał szansę - Mateusz zamyślił się.

***

Kiedy wpadli do zakrystii kościoła w Sławojowicach było już pięć minut po czasie, ale procesja, łącznie z Maciejem, jeszcze nie ruszyła.
- No, jest mój brat, za chwilę ruszamy - Maciej uśmiechnął się do Mateusza. - Masz albę?
- Jasna anielka, zostawiłem w pandzie - Mateusz walnął się w czoło i bezradnie rozłożył ręce.
- Panie kościelny, niech pan wyczaruje jakąś albę, bo bez kaznodziei nie wyjdziemy - powiedział Maciej.
- Mam wygłosić homilię?! Ale nie jestem przygotowany - jęknął Mateusz.
- Nikt nie jest tak przygotowany, by pożegnać moją mamę, jak mój brat przypadkiem urodzony z innych rodziców.
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 22

Opiekun nr 22(509) od 22 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. o pracującej w Etiopii Magdalenie Fiec, która odkryła swoje misyjne powołanie podczas studiów na Politechnice Śląskiej.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej