Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2013-10-15 10:31:04

U Świętego Józefa w Meksyku

meksyk

Między Polską a Meksykiem jest siedem godzin różnicy w czasie, ale aby dotrzeć na miejsce kongresu potrzebowaliśmy ponad 26 godzin. Jednak już podczas tej wydającej się nie mieć końca podróży mogliśmy odczytać niektóre znaki wyraźnie świadczące o tym, że od samego początku Święty Józef czuwa nad nami. 

Osobiście bardzo nie lubię, kiedy w samolocie przypadnie mi środkowy fotel między innymi pasażerami. Nie mam oczywiście klaustrofobii, ale jakoś lepiej się czuję, gdy z jednej strony mam przejście, albo chociaż okienko z widokiem na niebo. Niestety, tym razem podczas najdłuższego lotu, przypadło mi miejsce w środku. Z jednej strony był kolega, z drugiej strony... wielka niewiadoma, przynajmniej przed startem. Zawsze się obawiam pasażerów o rozmiarach XXL i lecąc na kontynent amerykański, wierzcie mi, takie obawy często stają się rzeczywistością. Na szczęście siedzący obok mnie pasażer okazał się nie tylko szczuplejszy ode mnie, ale też bardzo miły w konwersacji. No i poczęstował nas smacznymi chipsami z Libanu. 

Józef z Libanu

I tu przychodzi najciekawsze. Właśnie, chłopak był z Libanu, a na dodatek był katolikiem obrządku maronickiego, zresztą różaniec zawieszony na szyi nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Kiedy powiedziałem mu, że jesteśmy księżmi z Polski i jedziemy na kongres józefologiczny bardzo się ucieszył, bo miał na imię Joseph! Zwierzył mi się też, że myślał o kapłaństwie, ale obecnie jest już na to raczej za późno. I to nie dlatego, że ma żonę i dzieci, bo w ich obrządku żonaci mężczyźni są wyświęcani, ale ponieważ nie czuł się już na siłach, aby podjąć studia. Co ciekawe, nie próbował przekonywać mnie o wyższości rozwiązań maronitów, wręcz przeciwnie, powiedział odnośnie celibatu słowa, które bardzo mnie ucieszyły: „Myślę, że to coś naprawdę fantastycznego, tak całkowicie poświęcić się Bogu”. Spędziliśmy kilka minut rozmawiając również o najbardziej znanym maronickim Świętym z Libanu, chodzi o św. Chalbera, myślę, że wnikliwi Czytelnicy „Opiekuna” wiedzą, o kim mowa i naprawdę zaskoczyłem Josepha swoją wiedzą. A zawdzięczam ją oczywiście mojej poprzedniej wizycie w Meksyku. To może już wystarczy o przelocie na kontynent amerykański, bo ten wstęp rzeczywiście zaczyna przypominać rozmiarami naszą długą tułaczkę.

Gościnny jak Meksykanin

Ciudad Guzman, gdzie miał miejsce kolejny Międzynarodowy Kongres Józefologiczny, jest bardzo mocno związane ze św. Józefem, ale to temat godny osobnego artykułu i powrócimy do niego za dwa tygodnie. Dzisiaj chciałbym przede wszystkim podzielić się pierwszymi odczuciami na temat naszego pobytu w Meksyku, bo jak się domyślacie, kongresem będziemy się zajmować przez wiele miesięcy na łamach „Opiekuna”.

Już po kilku godzinach mogliśmy się przekonać, że Meksykanie są bardzo gościnni. Ich gościnność i serdeczność określiłbym słowami: dają tyle, ile mogą, wszystko co mogą i czynią to w sposób bardzo naturalny i bezpretensjonalny. My, Polacy, z naszą zasadą „zastaw się, a postaw się”, czasami chcemy dać więcej, niż możemy i szczerze się przyznam, że nie wiem, czy to właściwe. Ale wracamy do Meksykanów. Nasz kongres rozgrywa się w trzech punktach stutysięcznego miasta i stolicy diecezji od 1982 roku: w hotelu Tlayolan, gdzie nocujemy, w katedrze, która jest jednocześnie sanktuarium św. Józefa, gdzie codziennie wieczorem celebrujemy Eucharystię i w najbardziej oddalonym (piętnaście minut szybkim spacerem) diecezjalnym seminarium duchownym, gdzie mają miejsce wszystkie konferencje i spotkania kongresowe, a także posiłki. Kiedy dotarliśmy na miejsce w sobotę około południa, nieco się zdziwiliśmy (a może nawet nie tak bardzo ;-), bo na terenie seminarium trwały jeszcze intensywne prace przygotowawcze i na przykład nie od razu było jasne, czy dostaniemy jakąś kolację, ale już od niedzieli wszystko odbywało się bez żadnych problemów. Właśnie w niedzielę zauważyliśmy, jak bardzo nasi gospodarze troszczą się o nas. Po południu miała miejsce wielka procesja, która jest tutaj związana z zapowiedzią uroczystości ku czci św. Józefa, która tutaj odbywa się w dniach 22-23 października. O procesji opowiem za chwilę, teraz chciałbym nadmienić, że podczas trzygodzinnych obchodów, które zgromadziły mnóstwo ludzi (mimo padającego deszczu), nieustannie czuwali nad nami seminarzyści ubrani w zielone koszulki polo z logo św. Józefa. Starali się ochronić nas przed deszczem i jeśli ktokolwiek z nas oddalił się od grupy, zawsze dyskretnie towarzyszył mu jeden kleryk. Było to wzruszające, a mnie osobiście przyszły na myśl słowa Pisma: „Aniołów swoich wyśle, abyś stopy nie uraził o kamień”. Dokładnie tak się czuliśmy, jakby te „zielone” anioły czuwały nad nami. Wiadomo, że podczas takich zgromadzeń ludzkich uaktywniają się również osoby pełne złych intencji i nasi gospodarze, mając tego świadomość, nie chcieli niczego pozostawić na przysłowiową pastwę losu. Właściwie nie ma takiej rzeczy, o którą byśmy poprosili, aby nasza prośba nie została bardzo szybko zaspokojona.

Życzliwość lokalnych władz 

Głęboki związek miasta, które nas gości, ze św. Józefem, dało się również zauważyć podczas ceremonii, jaka miała miejsce w ratuszu, gdzie byliśmy gośćmi specjalnie zwołanej na tę okazję uroczystej sesji Rady miejskiej. Byliśmy naprawdę pod wrażeniem: wszyscy radni odświętnie ubrani (na tym tle nawet musieliśmy się nieco wstydzić za jednego z uczestników kongresu, który przybył na tę uroczystość w krótkich spodniach, oczywiście nie chodzi o nikogo z polskiej delegacji, wręcz przeciwnie, mogę zaświadczyć, że nasza grupa wyróżnia się nienagannością prezencji), świetne przemówienie burmistrza, nadanie statusu gościa specjalnego imiennie każdemu z gości kongresowych (łącznie z tym w krótkich spodenkach) z wręczeniem specjalnego certyfikatu i pamiątkowego albumu i uroczysty obiad – to wszystko było świadectwem poważnego podejścia do kościelnej inicjatywy. Ale podobnie jak wszyscy Meksykanie, bez względu na wyznanie i poglądy są „guadelupanami”, tutaj w Ciudad Guzman, wszyscy najprawdopodobniej są także „józefitami”. Jeszcze jedna impresja z sali ratuszowej, nie pozbawiona nuty zazdrości: jednym z punktów programu było wprowadzenie flagi państwowej i odśpiewanie hymnu. To naprawdę trzeba widzieć i słyszeć: wszyscy Meksykanie z ręką uniesioną do serca, głośno i z przekonaniem odśpiewali swój hymn i większość z nas pomyślała o naszym kraju i o tym, jak w ostatnich latach traktuje się u nas symbolikę narodową. Nie chodzi mi oczywiście o gloryfikowanie naszych gospodarzy, chcę tylko powiedzieć, że zawsze można się czegoś nauczyć. Kilka dni później, kiedy w stroju duchownym i z kongresowym identyfikatorem na piersiach zmierzałem pieszo na obrady, ktoś mi radośnie pomachał ręką z przejeżdżającego obok samochodu. Odruchowo odwzajemniłem gest, by dopiero po chwili zrozumieć, że był to Burmistrz we własnej osobie, przypuszczalnie udający się do pracy.

Wszystko dla Świętego Józefa

Wspomniałem wcześniej o wielkiej paradzie, jaka odbyła się w niedzielę, 29 września jako oficjalna zapowiedź obchodów ku czci św. Józefa, planowanych na 22-23 października (dlaczego właśnie wtedy świętuje się tutaj św. Józefa opowiem za dwa tygodnie). Warto zaznaczyć, że obecnie w Meksyku mamy porę deszczową, co oznacza, że niemal każdego dnia po południu pada deszcz. Wielka procesja – parada, w której zaprezentowały się 33 zorganizowane grupy tzw. sonajeros, noszące różne nazwy, w każdym razie dedykowane Świętym, polega na przemarszu ulicami miasta, podczas którego wykonuje się specjalny taniec. Tańce różnią się między sobą, tzn. każda grupa sonajeros ma swój własny, ale w pewnym sensie są do siebie bardzo podobne i nam Polakom przypominały tańce Indian wokół ogniska ze starych westernów. Zresztą, niektóre grupy nie pozostawiają żadnych wątpliwości odnośnie genezy swojego tańca, ponieważ ich strojem jest pełen indiański, aztecki (?) ubiór, począwszy od pióropusza, a skończywszy na grzechotkach umieszczonych na kostkach stopy i specjalnym obuwiu. Każda grupa ma swoich muzykantów, którzy nadają rytm, albo wręcz każdy tańczący ma swoje tamburyno, a wspomniani wyżej „Indianie” grzechotki wokół kostek nad stopą. Jest to przemarsz bardzo radosny i niesione są licznie transparenty Świętego Józefa by było jasne, na czyją cześć to wszystko. Dowiedzieliśmy się, że niektóre maski przygotowuje się przez cały rok i choć te maski w niczym się nie kojarzą z Józefem, czy ogólnie z naszą wiarą, cały wysiłek jest dla San Jose

Ponieważ pora jest deszczowa, więc choć procesja rozpoczęła się w pełnym słońcu, w pewnym momencie zaczęło lać jak z cebra. Niektórzy z nas pochowali się w kościele, inni zostali wspomożeni „ochroną” ze strony naszych „zielonych aniołów stróżów”, ale żaden, podkreślam żaden z kilku tysięcy ludzi idących w procesji się nie wycofał: szli w tej ulewie, tańczyli, wystukiwali te swoje rytmy stopami w kałużach z uśmiechem na twarzy. Dla Świętego Józefa! W procesji brały udział również bardzo małe dzieci i żaden z rodziców nie panikował, wręcz uśmiechali się, kiedy dzieci, jak to dzieci, ze szczególnym pietyzmem wdeptywały w każdą kałużę. W procesji tańczyły razem dzieci i rodzice, i pewnie dziadkowie też. Znowu nutka zazdrości musiała zagościć w naszych sercach na myśl o procesjach na Boże Ciało, czy w oktawie, odwoływanych z powodu dwóch kropel deszczu.

Jak w Kaliszu?

Od pierwszych dni organizatorzy wyjaśniając nam Polakom program kongresu, omawiając kolejne jego punkty kończyli słowami: „jak w Kaliszu!”. W niedzielę odsłonimy pomnik na pamiątkę kongresu... jak w Kaliszu! A w czwartek będzie wycieczka dla uczestników... jak w Kaliszu! Itd. Trzeba więc przyznać i cieszyć się, że nasz kaliski kongres postawił poprzeczkę bardzo wysoko i stał się punktem odniesienia, gdy chodzi o organizację sympozjów. Nieraz to prowadzi do sytuacji wywołujących uśmiech, kiedy na przykład pytaliśmy, dlaczego Jezus na wspomnianym pomniku upamiętniającym kongres ma w dłoniach piłkę. Okazało się, że pomnik był projektowany dla pewnego... przedszkola, ot i zagadka wyjaśniona. Potem ostatecznie trafił do seminarium i upamiętnił kongres... jak w Kaliszu ;-).

Chciałbym z wielką wdzięcznością dla naszych gospodarzy powiedzieć, że nie mają powodu szukać porównań z Kaliszem. Zorganizowali bardzo udany kongres i otoczyli nas troską i opieką, jakiej mogli się nauczyć tylko od św. Józefa.

Tekst i foto  ks. Andrzej Antoni Klimek

 

Relacje z Kongresu Józefologicznego dzień po dniu - galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 22

Opiekun nr 22(509) od 22 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. o pracującej w Etiopii Magdalenie Fiec, która odkryła swoje misyjne powołanie podczas studiów na Politechnice Śląskiej.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej