Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2013-09-09 16:57:32

Jasna i ta druga strona księży(ca) - część CXXXV

Mateusz sam odmówił modlitwę ministrantów przed Mszą św., jakoś mocniej niż zwykle szarpnął dzwonkiem przy drzwiach, chyba trochę ze złości, że nie było żadnego ministranta i wyszedł do ołtarza. Rzucił okiem na kościół, był wypełniony ludźmi, ale w św. Magdalenie to naprawdę nie była wielka sztuka, bo kościółek był mały. Słyszał jak organista gra jakąś nową pieśń, której nawet on jako proboszcz nie znał, no i ludzie też najwyraźniej nie znali, bo tylko kilka osób usiłowało coś tam nucić pod nosem, plus jak zawsze Niemyjska fałszowała coś niemiłosiernie z tupetem, ile fabryka dała. Mateusz zdenerwował się jeszcze bardziej.

„Panie Jezu, przepraszam Cię, że z takimi myślami wychodzę do Mszy św. – pomyślał całując ołtarz i przyglądając się dalej ludziom – ale tyle razy tłumaczyłem organiście, że trzeba ludzi nauczyć nowych pieśni, a ten ciągle z tymi solówkami. I jeszcze ta Niemyjska! Drze papę, aż uszy więdną! Jakby wszyscy śpiewali, to chociażby się jej nie słyszało, a tak to ona się jeszcze nakręca! Panie Jezu przepraszam Cię, ale nawet jednego ministranta nie ma na pierwszej Mszy Świętej... Zbudujemy ten kościół, chyba po to, żeby go za parę lat zamknęli ku radości tego esbeka... O rany, Panie Jezu, przepraszam Cię. Nie wiem, czy ta Msza w ogóle będzie odprawiona w stanie łaski uświęcającej, bo co pomyślę, to zgrzeszę”.

Organista dodał na koniec pieśni jakiegoś zawijasa na organach i zamilkł. Był jeszcze czas, żeby Niemyjska zawyła, już sama, początek czwartej zwrotki, by zorientować się, że organista poprzestał na trzech, i ona też w końcu zamilkła. 

Na Komunię organista zagrał „Panie dobry jak chleb” i wszyscy śpiewali, a nawet pozwolił ludziom pomodlić się w milczeniu przez chwilę, by później zagrać wszystkim znane „Nie umiem dziękować Ci Panie”. I Mateusz już wtedy ostatecznie się uspokoił. Ale na wyjście była kolejna solówka, więc kiedy stał pod kościołem i żegnał się z ludźmi, znowu był wyjątkowo rozdrażniony. 

- Proboszczu! A co to się stało?  Nie miał ksiądz na pielgrzymkę iść z naszymi i się modlić, żeby nam diabeł nie mieszał w budowie? - ktoś zagaił.

- Pewnie ksiądz nie znalazł nikogo na zastępstwo – usprawiedliwiał go ktoś inny
- w sierpniu to przecież i księża mają urlopy.

- Szczerze mówiąc, to zastępstwo znalazłem, ale zobaczcie sami, miało mnie nie być w tę niedzielę i nawet jeden ministrant na Mszę nie przyszedł – Mateusz słuchał swojego własnego głosu i nie mógł uwierzyć, że on takie głupoty ludziom mówi. - Ładnie by to wyglądało jakby ksiądz-gość miał Mszę św. sprawować bez żadnego ministranta przy ołtarzu.

- Proszę księdza – zza pleców Mateusza odezwał się młody Dawid Piskorz, ministrant, który właśnie przyszedł na kolejną Mszę Świętą, - bo na 8.00 mają służenie Krychowiaki i Maszczyki, a oni przecież z księdzem poszli na pielgrzymkę... – wyjaśnił, a Mateusz poczuł, że robi się czerwony na twarzy, a w ogóle to jak Louis de Funes w niektórych swoich komediach, kiedy nagle robił się taki malutki jak krasnoludek, żeby zniknąć ludziom z oczu. Ze wstydu.

- A rzeczywiście – wyjąkał. - Myślałem, że znaleźli jakieś zastępstwo...

- Krychowiaki to nie wiem, ale Tomek Maszczyk prosił paru chłopaków, ale wie ksiądz, na ósmą to się nikomu nie chce wstać – odpowiedział Dawid, a Mateusz czuł się Louiskiem wręcz mikroskopijnym, prawie niewidocznym. 

- Księże, Poziemska mówiła, że ponad czterdzieści osób się uzbierało z naszej parafii, prawda to? - zapytał stary kowal Maliński.

- Prawda, przyznam się, że sam byłem w szoku. Naprawdę pani Maria i jej córka Jola spisały się na medal, bo to właściwie one zebrały całą tę grupę. Jedyny zgrzyt w tym wszystkim to... to... no to właśnie proboszcz, czyli ja – wykrztusił wreszcie Mateusz, który był zły na siebie i chyba potrzebował takiej publicznej spowiedzi.

- A co się stało? - Maliński chyba chciał mu dać tę szansę.

- Widzi pan, panie Maliński, jak człowiek tylko siedzi przed komputerem, nigdzie się nie ruszy pieszo, bo wszędzie samochodem, a potem się szarpnie na pieszą pielgrzymkę, bo kilka lat temu chodził co roku i myśli, że za te zasługi, bo kiedyś był piętnaście razy, to mu Pan Bóg kilogramów ujmie, a aniołowie zadbają, żeby stopy o kamień nie uraził, to się musi źle skończyć – uśmiechnął się już całkiem spokojny Mateusz.

- To ile dni ksiądz wytrzymał? - zapytał z tyłu Dawid Piskorz.

- Dni? - uśmiechnął się ponownie Mateusz oglądając się za siebie. -  Dawid, tylko się nie śmiej. Na pierwszym postoju chciałem podbiec do przewodnika naszej grupy, żeby go o coś zapytać, źle postawiłem stopę i skręciłem kostkę. Opuchlizna była taka, że nie mogłem stopy do buta włożyć. Pani Poziemska załatwiła mi jakiegoś sandała na tę stopę, ale doszedłem do następnego postoju i wywiesiłem białą flagę – dokończył Mateusz.

- Czyli widzi ksiądz, to jednak jest prawda, że ten diabeł przeszkadza. Tak jak ksiądz na plakacie napisał. Pieron jeden musi mieszać! Ale wie ksiądz co? Widzę, że już jest lepiej, bo normalnie ksiądz chodzi – Maliński przyglądał się stopom Mateusza.

- Okłady na noc i bandaż elastyczny na dzień i tak, jest już właściwie prawie dobrze – odpowiedział Mateusz.

- Ja się z synem wybieram na ostatnie dwa dni powrotnej drogi, bo przecież my też musimy jakąś cegiełkę na nasz kościół dołożyć. Może i nam Pan Bóg da trochę pocierpieć za nasz kościół w budowie, tak jak księdzu – Maliński był całkiem poważny, choć Mateusz przyglądał mu się podejrzliwie, czy się czasem z niego nie naśmiewa. - Może się ksiądz dołączy na te ostatnie dwa dni, bo Poziemska dzwoniła do mnie, że część ludzi nie może iść w drodze powrotnej, bo im się urlopy kończą, no a sztandar parafii trza nieść! Co ksiądz na to?

- Panie Maliński, na 99% tak! - ucieszył się Mateusz kręcąc stopą w bucie, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko już z nią w porządku. - A teraz już pana zostawię, bo muszę wziąć organistę na śniadanie, a zaraz następna Msza. A swoją drogą, to pani Poziemskiej by trzeba pomnik postawić za tę pielgrzymkę – powiedział.

- Rzeczywiście! - zadumał się Maliński. - Ale przecież nie dziwota, księże, ona chyba na pielgrzymce była ze trzydzieści razy! A jak się człowiek tak Matce Boskiej przysłuży to ona się odwzajemnia, człowiek się zmienia, dojrzewa... Ta Poziemska to jest naprawdę, jak to się teraz mówi, zasoby ludzkie? To jest zasób ludzki, który trzeba zagospodarować. I ja księdzu powiem szczerze, że ksiądz tu różne rzeczy robi, jedne lepiej, inne gorzej, ludzie różnie mówią. Ale mi, oprócz oczywiście pielgrzymki do Kołymki, to najbardziej się podoba, że ksiądz tak potrafi te zasoby ludzkie, że już tak powiem, odszukać i pozwala im działać. O! - zakończył Maliński.

- Wie pan co? Ja nic nie musiałem szukać, Poziemska sama to wszystko zorganizowała, ja to jej nawet próbowałem przeszkadzać... - szczerze wyznał Mateusz.

- A myśli ksiądz, że za księdza Zenka ona nie próbowała? Też próbowała, ale widać ksiądz Zenek był skuteczniejszy od księdza – uśmiechnął się Maliński puszczając oko do Mateusza. - To zadzwonię jutro i ksiądz mi powie, czy rusza z nami, z Panem Bogiem!

- Panie organisto, szybko, szybko, idziemy na śniadanko – krzyknął Mateusz w kierunku schodzącego z chóru organisty, który zgodził się na ten ostatni rok jeszcze zostać w parafii.

- Zdążymy, księże proboszczu – odpowiedział -  jeszcze pół godziny.

- Nie, nie, panie Jurku, musimy pójść trochę wcześniej, bo trzeba ludzi trochę przed Mszą poduczyć tych nowych pieśni – powiedział Mateusz, który czuł się trochę winny złych myśli chodzących mu dziś po głowie od samego rana, choć wiedział, że to rozdrażnienie było konsekwencją jego pielgrzymkowej porażki, osobistej porażki, bo parafia okazała się radzić sobie i bez niego. Ale to rozdrażnienie stary kowal skutecznie pomógł mu rozpracować.

- Proboszczu, ja mogę wszystko zrobić, tylko niech mnie ksiądz znowu nie prosi, żebym ludzi uczył śpiewu. Nie potrafię. Proszę mi wierzyć. To trzeba stanąć przed ludźmi, zaśpiewać a capella, potem razem z nimi, a ja do tego nie mam śmiałości. Na chórze, gdzie nikt mnie nie widzi, jeszcze jako tako sobie radzę. Jestem organistą, powiem może nieskromnie, niezłym, ale śpiewakiem fatalnym i ksiądz o tym dobrze wie.

- Pan nie przesadza – rzucił z uśmiechem Mateusz – i się nie martwi. Wie pan, mam taki zeszyt, który zacząłem prowadzić jako młody ksiądz zatytułowany „Kiedy będę proboszczem” i pośród różnych postanowień, mam tam wpisane: uczyć ludzi śpiewu przed Mszami. Przyszedł czas, żebym się za to zabrał... Pan na chórze, a ja przed ludźmi. Zwłaszcza, że na tej Mszy nie będzie Niemyjskiej!

 Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 25

Opiekun nr 25(512) od 3 grudnia 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z kustoszem kaliskiego sanktuarium ks. prałatem Jackiem Plotą, który opowiedział o swojej osobistej relacji z Patriarchą z Nazaretu i o radościach posługi w sanktuarium.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej