Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2013-08-09 09:48:42

Cud na dnie piekła

kardynal

Franciszek Gajowniczek z Pawłem VI, kardynałem Wyszyńskim i kardynałem Wojtyłą

W lipcu 1941 roku, w Auschwitz, nie miało miejsca żadne cudowne zjawisko. Polski ksiądz postanowił pójść do celi śmierci za człowieka, który miał żonę i dzieci. Piękna postawa, naturalnie. Historia pokazała zresztą, że ojciec Kolbe jako jedyny więzień nazistowskich obozów zagłady zdobył się na taki czyn, ale czy ów czyn można w ogóle rozpatrywać w kategoriach cudu? Tak. Oddanie życia za obcego człowieka w piekle obozu śmierci to nie heroizm, to cud nad cudami, nie tylko w historii Polski, ale i reszty pogrążonego w wojnie świata.

W ostatnich dniach lipca 1941 r. pracowałem razem z o. Maksymilianem w komandzie Landwirtschaft przy żniwach – czytamy we wspomnieniach Franciszka Gajowniczka, mężczyzny, za którego święty poszedł dobrowolnie do celi śmierci. – Mniej więcej po obiedzie zaczęły wyć syreny obozowe, bo jeden z więźniów, mieszkaniec bloku nr 14, zbiegł z obozu. Kilka godzin później okazało się, że uciekinierów było więcej. Hitlerowcy postanowili więc ukarać za tę ucieczkę dziesięciu niczemu niewinnych więźniów. Wybierali losowo w czasie wieczornego apelu. Nieszczęśliwy los padł również na mnie. Ze słowami: ach, jak mi żal żony i dzieci, które osierocam i ze świadomością, że będę ofiarą śmierci głodowej, wyszedłem z szeregu i udałem się do grupy nieszczęśliwych. Słowa moje usłyszał ojciec Kolbe. Wyszedł z szeregów i zbliżył się do lagerführera Fritzscha. Ten zapytał tłumacza: ,,Czego chce ta polska świnia?” Ojciec Maksymilian, wskazując na mnie, wyraził chęć pójścia za mnie na śmierć. Fritzsch kazał mi wystąpić z szeregu skazańców, a moje miejsce zajął ojciec  Kolbe. Za chwilę odprowadzono ich do celi śmierci - pisze ocalony. - Nim rozeszliśmy się do bloków, przemaszerowało owych dziesięciu przed naszymi szeregami i wtedy zauważyłem, że słaniający się na nogach ojciec Kolbe podtrzymywał słabszego od siebie skazańca, który nie mógł iść o własnych siłach – opowiadał Władysław Święs. Te bezprecedensowe wydarzenia wspominał również inny były więzień, Michał Micherdziński. – Skończyła się selekcja, dziesięciu więźniów zostało już wybranych – mówił. – Dla nich był to ostatni apel. Myśleliśmy, że zakończy się ten koszmar stania: głowa bolała, jeść się chciało, nogi popuchły. A tu naraz zrobiło się jakieś poruszenie w moim szeregu, ktoś zaczął się przeciskać między więźniami. Był to ojciec Maksymilian. Szedł krótkim krokiem, bo w drewniakach długim krokiem iść się nie dało, trzeba było je trzymać palcami nóg, żeby nie spadły. Szedł prosto ku grupie esesmanów, stojących w pobliżu pierwszego szeregu więźniów. Wszyscy drżeliśmy, ponieważ było to złamanie jednego z najostrzej i najbrutalniej przestrzeganych zakazów. Wyjście z szeregu oznaczało śmierć. Było to dla Niemców coś tak niewyobrażalnego, że stali jak skamieniali. Ojciec Maksymilian szedł w więziennym pasiaku, z miską u boku, w drewniakach. Nie szedł jak żebrak, ani też jak bohater. Szedł jak człowiek świadomy misji. Stanął spokojnie przed oficerami. Wreszcie opamiętał się kierownik obozu. Wściekły, zapytał swojego zastępcę: „Was will dieses polnische Schwein?” („Co chce ta polska świnia?”). Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. Ojciec Maksymilian odpowiedział spokojnie: „Ich will sterben für ihn”, wskazując ręką na stojącego obok Gajowniczka („Ja chcę umrzeć za niego”). Jeżeli wcześniej Niemcy stali jak oniemiali, to teraz pootwierali ze zdumienia usta. Padło drugie pytanie: „Kto ty jesteś?” Ojciec Maksymilian odpowiedział: „Jestem polskim księdzem katolickim”. W tym dialogu ojciec Maksymilian ani razu nie użył słowa „proszę”. Jest tylko jego żądanie, którym złamał Niemca. Zachował się jak wytrawny dyplomata, choć za frak, wstęgę i ordery, służył mu pasiak, miska i drewniaki. Panowała wtedy cmentarna cisza, każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS zwrócił się do ojca Maksymiliana per „pan”: „Dlaczego pan chce umrzeć za niego?” Upadły wszystkie kanony, które esesman wyznawał wcześniej. Przed chwilą nazwał go „polską świnią”, a teraz zwraca się do niego per „pan”. Tylko jeden raz w historii obozów koncentracyjnych zdarzyło się, aby wysoki oficer, który zamordował tysiące niewinnych ludzi, zwrócił się do więźnia w ten sposób. Ojciec Maksymilian odpowiedział: „On ma żonę i dzieci”. Oto cały katechizm w pigułce. Wszyscy czekali, co się dalej stanie. Po upływie kilku sekund esesman powiedział: „Gut” („Dobrze”). Zgodził się z ojcem Maksymilianem, przyznał mu rację. Oznaczało to, że dobro zwyciężyło zło, maksymalne zło - kończy opowieść Michał. Brunon Borogowiec wspominał, że z celi skazańców słyszano codziennie głośne odprawianie modlitw, do których przyłączali się więźniowie z sąsiednich cel. - Ojciec Kolbe trzymał się dzielnie – podkreślał Borogowiec - nie prosił i nie narzekał, dodawał otuchy innym, wmawiał współwięźniom, iż uciekinier się odnajdzie i zostaną wypuszczeni. Poza tym, słyszałem pewnego razu, jak esesmani mówili między sobą, że takiego klechy jak Kolbe nie mieli jeszcze w obozie. Nie kpili. W ich głosie słychać było podziw - mówi Brunon. Tymczasem skazańcy umierali: po trzech tygodniach pozostało czterech, wśród nich o. Kolbe. Dla Niemców żyli zbyt długo. Cela była potrzebna dla nowych ofiar. 14 sierpnia, we wigilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, przyprowadzili kierownika izby chorych, który każdemu ze skazanych dał dożylny zastrzyk kwasu karbolowego. Ojciec Maksymilian z modlitwą na ustach sam podał ramię katu. Kilka dni później, o siódmej rano obudziła się ze snu Marianna Kolbe, matka Maksymiliana. - Gdy zaczęłam poranną modlitwę, usłyszałam delikatne jakby pukanie do drzwi, które otworzyły się i nagle zobaczyłam swojego syna w habicie – wyznała w jednym z listów. – Był radosny, twarz miał uśmiechniętą i otaczało go przedziwne światło - pisze kobieta. Pani Kolbe zaniemówiła, wyczuwała, że chociaż widzi syna, to jednak jego postać wygląda inaczej. Zapytała: ,,Synu, czy Niemcy ciebie puścili? W odpowiedzi usłyszała: ,,Nie martw się o mnie matko, tam gdzie jestem, jest pełnia szczęścia”. Marianna Kolbe zrozumiała, że syn na pewno nie żyje. Tego samego dnia otrzymała wiadomość o jego śmierci.

Aleksandra Polewska

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 24

Opiekun nr 24(511) od 19 listopada 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. "Brat naszego Boga" - pożegnanie ze św. Albertem oraz artykuł o niedawno otwartej Pustelni Salezjańskiej "Ognisko Miłosierdzia"

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej