Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2013-07-16 11:48:01

Ze słowem Bożym przez cały świat

o. Dzida

Msza św. prymicyjna ojca Andrzeja została połączona z jubileuszem 50-lecia kapłaństwa ks. prałata Jerzego Adamczaka 

W jego curriculum vitae znajdziemy dyplom angielskiej uczelni, studia z politologii i ekonomii, pracę w banku i grę na giełdzie papierów wartościowych. W ramach służby wojskowej był na misji ONZ w Jugosławii, a z ludzkiej ciekawości zjechał świat dookoła i to nie w przenośni. 

25 maja tego roku w Chicago (Techny) przyjął święcenia kapłańskie w zgromadzeniu księży werbistów. Ojciec Andrzej Dzida SVD, bo o nim mowa, dwa tygodnie temu sprawował Mszę św. prymicyjną w bazylice św. Józefa w Kaliszu, bo jak się okazuje, jest coś a właściwie ktoś, kto łączy go z Kaliszem.  

Zanim opowie nam Ojciec o swojej drodze do powołania, która wiodła prawie przez cały świat, może najpierw kilka słów o misji w Jugosławii.

O. Andrzej: Byłem normalnie powołany do służby zasadniczej, podczas której odbyłem przeszkolenie na dowódcę czołgów, ale ciągle szukałem czegoś, co miałoby większy sens, niż ich malowanie. Wtedy pojawiła się szansa wyjazdu do Jugosławii. Wówczas był tam okres zawieszenia broni, a teren był okupowany przez serbską milicję. Większość Chorwatów było przesiedlonych. Naszym zadaniem była ochrona ludności cywilnej oraz kontrolowanie samochodów czy nie przewożą broni.  

Jak długo trwała misja i czym zaowocowała?

Po pięciu miesiącach zjechałem do kraju. Czas spędzony tam dał mi do myślenia, czym się można kierować w życiu, czym ludzie się kierują i dlaczego jest tak, a nie inaczej. Wiadomo, że agresja rodzi agresję. Niektóre zachowania wydawały mi się bezsensowne i nasuwały pytania, jak można rozwiązać taką sytuację. Nie umiałem znaleźć odpowiedzi. Wtedy właśnie przypomniały mi się słowa, które wypowiadał ks. Popiełuszko z Listu do Rzymian. Zadawałem sobie pytania, co można zrobić, by ludzie nie cierpieli przez drugich, a także pytania o przebaczenie. Jedno wiem na pewno, że cierpienie w jakiś sposób nas wzbogaca, a kluczem do pokoju jest miłosierdzie i słowa: „nie daj zwyciężyć się złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12, 21).

Z takim bagażem myśli wrócił Ojciec do kraju, ale pewnie nie było łatwo wrócić do normalnego życia? 

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem czytać książki podróżnicze i o świętych. Jednak z czasem stwierdziłem, że na świecie jest za dużo hipokryzji i trudno współcześnie o nowych świętych. Szukałem prawdy w historii, a potem realizowałem się w biznesie. Podjąłem pracę w banku, grałem na giełdzie i studiowałem politologię, a potem ekonomię (MBA). 

Wiem, że pracę magisterską napisał Ojciec na temat kultury w nauczaniu Jana Pawła II. Dziwny temat jak na studia ekonomiczne...

Pierwotnie chciałem pisać pracę z kulturoznawstwa i myślałem o Inkach albo Aztekach. Porzuciłem ten temat, bo większość materiałów potrzebnych do pracy była w języku hiszpańskim, którego nie znam. W tym czasie dostałem od wujka, znanego wam księdza Jerzego Adamczaka, dwa tomy Adhortacji Jana Pawła II, jednak nigdy nie miałem czasu tego czytać. Dopiero na trzecim roku politologii pamiętam pisząc jakąś krytykę, postanowiłem powrócić do podarowanych ksiąg i w nie się zagłębić. Wtedy także rozmyślałem nad cywilizacją życia i cywilizacją śmierci. Ta praca pozwoliła mi wrócić do pytań o dobro i o to, co zależy ode mnie samego. W tym czasie nadal podróżowałem także po świecie szukając odpowiedzi na dręczące mnie pytania.

No i wybrał się Ojciec również w podróż dookoła świata. Czy to właśnie podczas tej wyprawy pojawiła się myśl o kapłaństwie?

Podróż ta nie miała żadnego konkretnego celu, chodziło bardziej o spotkanie się z różnymi ludźmi i kulturami różnych krajów. Chciałem pogłębić swoją wiedzę na temat otaczającego nas świata i podszkolić mój angielski. Miałem szczęście, że mój pracodawca zgodził się na taką formę szkolenia języka i dostałem tyle urlopu (oczywiście bezpłatnego), że mogłem wyruszyć na 7 miesięcy na podbój świata. Miałem zakupiony jedynie bilet na samolot do Niemiec, a stamtąd do Stanów Zjednoczonych. Odwiedziłem wiele krajów, których nawet wcześniej nie miałem w planach. Po drodze spotkałem wielu życzliwych ludzi, nawiązałem przyjaźnie i wielu z nich zapraszało mnie potem do siebie. Trafiłem w ten sposób na Alaskę. Tam też spotkało mnie coś niezwykłego, można powiedzieć, że był to nawet jakiś znak na moją dalszą drogę życia. Pewnego dnia, właściwie z nudów, poprosiłem znajomych, by zorientowali się, gdzie jest kościół katolicki i pojechałem tam. Pamiętam, że do Mszy św. było jeszcze sporo czasu. Zauważyłem wtedy jakąś staruszkę odgarniającą śnieg, podszedłem chcąc pomóc, a ona mi odpowiedziała, że ma tylko jedną łopatę. Po Mszy św. dla wszystkich zgromadzonych było przygotowane wspólne śniadanie. Spodobało mi się takie budowanie wspólnoty. To mnie nauczyło innego spojrzenia na wspólnotę, która nie kończy się na Eucharystii, tylko rozwija się w innej formie.

Czyli na Alasce nauczył się Ojciec czegoś nowego o chrześcijaństwie...

Tak. A kolejny znak, który dał mi do myślenia miał miejsce w Guadalupe. Uklęknąłem przed cudownym wizerunkiem i zatrzymałem się na odmawianiu słów: ,,Oto ja służebnica Pańska”. Wcześniej odmawiałem tę modlitwę  automatycznie, ale wtedy coś zatrzymało mnie na tych słowach. Powiedziałem: no dobra, Panie, Ty wiesz, co jest dla mnie najlepsze. Zawsze mi pomagasz. Niech się dzieje wola Twoja, Twego Ojca. Coś się we mnie zmieniło i myślę, że poczułem powołanie do kapłaństwa, że Jezus mnie wzywa, abym był bliżej Niego i pełnił wolę Ojca. Nigdy wcześniej nie myślałem o kapłaństwie, a wręcz modliłem się o dobrą dziewczynę, o dobrą żonę. Modliłem się na różańcu, ale chyba ta modlitwa popłynęła w drugą stronę. Jeszcze w Indonezji poczułem potrzebę mówienia ludziom o Bogu. 

Wyruszył Ojciec w podróż, aby się nauczyć języka, a odkrył powołanie kapłańskie?

Wróciłem do Polski, o ile pamiętam, pod koniec lipca. Toczyła się we mnie walka, zacząłem zagłuszać sumienie wysyłając datki na misje i spotykając się z osobami niepełnosprawnymi. Myślałem, że bycie misjonarzem świeckim załatwi sprawę. Jednak głos w sercu mówił, że to nie to. Któregoś razu gdy włączyłem telewizor, nadawano program o pracy misyjnej o. Mariana Żelazka i jego posłudze wśród trędowatych w Indiach. Stwierdziłem wtedy, że są jeszcze prawdziwi świadkowie Jezusa. To spowodowało, że złożyłem podanie o przyjęcie do Werbistów. Ale powiem szczerze, że liczyłem się z odmową. Właściwie robiłem wszystko by ją dostać. 

Żeby powiedzieć, że Kościół nie potwierdził głosu, który czułem w sercu?

Pomyślałem wówczas, mam już 30 lat to może mnie nie przyjmą, że już za stary. Przyszła jednak  odpowiedź, że bardzo chętnie i żebym napisał podanie. Ok, tylko co ja mam napisać? W ostateczności napisałem, że jestem pyszny i leniwy, ale chciałbym się przyłączyć do waszego zgromadzenia. A oni odpisali, że to dobrze, że wiem w którym miejscu jestem i zapraszają na rozmowę do najbliższego domu misyjnego. Okazało się, że najbliższy dom był w Chludowie, niecałe 15 km od Poznania. W tym momencie uświadomiłem sobie, że szukałem jak ten koziołek z Pacanowa po całym świecie tego, co jest bardzo blisko, 15 km od domu... Nie wiedziałem co robić, postanowiłem wsiąść na rower i w zwykłej koszulce i krótkich portkach pojechałem na rozmowę. Byłem pewny, że mnie nie przyjmą. Ku mojemu zaskoczeniu przyjęli mnie bardzo życzliwie i powiedzieli, że sami nie są świętymi i mnie zapraszają. Wstępując do zgromadzenia myślałem, że to będzie jakieś wielkie poświęcenie, ale szybko odkryłem, że miałem czas na to co lubiłem, na czytanie Pisma Świętego, wspólny sport, granie w piłkę czy  jazdę na rowerze. A przede wszystkim na wzrost duchowy i modlitwę. Bardzo mi to pasowało. 

Pan Bóg zwyciężył, przyjęto Ojca. Czy były jakieś szczególne momenty podczas formacji?

Po nowicjacie i filozofii w Polsce wyjechałem do Chicago na studia teologii i odbywałem tam służbę przy różnych programach związanych z bezdomnymi, chorymi na AIDS i ludźmi z problemami mentalnymi. Później przez trzy lata uczyłem się życia misyjnego od „starych misjonarzy” w Togo i na Madagaskarze. Były to ciekawe lata i doświadczenia. Na Madagaskarze mieliśmy główną stację i 72 poboczne, do których tylko niekiedy się docierało. Wtedy był tam jeden kapłan i ja, nie mogliśmy dotrzeć wszędzie. Niekiedy szliśmy przez trzy, a nawet dziewięć dni. Ludzie byli życzliwi i bardzo wdzięczni za wizytę. 

Ojca wujek jest księdzem diecezjalnym, a Ojciec misjonarzem. Przeważyła podróżnicza natura czy jednak chęć pomagania najbiedniejszym i dalekim od cywilizacji?

Nigdy nie sądziłem, że w Polsce brakuje księży, wydawało mi się, że na misjach jest większa potrzeba. Wcześniej mówiłem o tym, że był tylko jeden kapłan na 72 placówki oddalone od siebie, a patrząc na to, jak jest w Polsce, nie ma wątpliwości, gdzie i kogo brakuje. Tam jest ogromna potrzeba i dlatego zakony misyjne mają swoją przyszłość. Co ciekawe, tam gdzie zaczynaliśmy posługę misyjną jako werbiści, m.in w Indonezji, dzisiaj jest najwięcej powołań. Dla przykładu, nasze zgromadzenie liczy około 6 tysięcy osób, jeśli chodzi o zgromadzenie męskie, z tego ponad tysiąc pochodzi z Indonezji. Polaków jest około sześciuset. Widać, że praca na misjach daje owoce i ci ludzie z rejonów misyjnych, gdzie docierało się z pomocą teraz sami pomagają innym rejonom. Możliwe, że za jakiś czas w Polsce nie będzie wystarczająco powołań i to z Indozezji czy Afryki będą przyjeżdżać do nas. 

Mógł Ojciec wybrać miejsce swojej pierwszej kapłańskiej i misyjnej posługi? 

Każdy z nas  musiał napisać tzw. petycję misyjną wskazując trzy kraje albo trzy rejony, do których chciałby jechać. W tym czasie pojawiła się nowa misja w Sudanie Południowym, państwie, które powstało dwa lata temu. O takiej misji myślałem od początku. więc wyraziłem gotowość posługi w tym regionie. Otwarcie  pierwszej placówki, parafii pod wezwaniem Świętej Rodziny miało miejsce 30 grudnia w ubiegłym roku. Spośród trzech wymienionych dostałem zgodę właśnie na Sudan. Co ciekawe obrazki prymicyjne, które wcześniej zaprojektowałem ukazują Świętą Rodzinę. Byłem z tego bardzo zadowolony. Obecnie jest już tam trzech misjonarzy, z Indii, Indonezji i Kongo. W tym roku dotrę ja i jeszcze jeden ojciec, który był święcony w Indiach. Choć miejsce jest oddalone od stolicy Sudanu Południowego o około 100 km, to potrzeba około 5-6 godzin na dojazd. Wokół tego centrum mamy 33 placówki poboczne.

Obrazki prymicyjne ze Świętą Rodziną to nie jedyny „zbieg okoliczności”...

Nie. Święcenia przyjąłem 25 maja 2013 roku w Chicago (Techny), w przeddzień 50. rocznicy kapłaństwa mojego wujka (jedynego brata mojej Mamy) ks. Jerzego Adamczaka, który był obecny na moich święceniach. A gdy chodzi o „zbiegi okoliczności”: udzielającym święceń był biskup John Barwa z Indii, z kraju misyjnego o. Mariana Żelazka. Być może jest on jednym z jego wychowanków z Orissy. Tak więc historia zatoczyła koło i moja podróż życiowa znalazła przystań.

Serdecznie dziękuję za rozmowę i mamy nadzieję usłyszeć wkrótce od Ojca o pierwszych wrażeniach z Sudanu. Szczęść Boże!

Rozmawiała Arleta Wencwel


Galeria fotografii

Przeglądaj galerię wersji Flash

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej