Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2011-08-31 11:30:14

Moje wspomnienia z wybuchu II wojny światowej

Zaledwie kilka dni temu wspominaliśmy kolejną rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wielu z nas nie pamięta osobiście tych strasznych wydarzeń, tym chętniej wsłuchujemy się w opowieści tych, którzy byli ich świadkami. 

Po ukończeniu szkoły podstawowej w 1939 roku, zostałem przyjęty do pracy w zakładzie piekarskim, u pana Łukasza Karpika w Błaszkach. W sierpniu wojsko polskie przemieszczało się ku granicy zachodniej. Z drogi na Kalisz zaraz za miastem wojsko skręcało na Grabów. 

1 września, w piątek 1939 roku majster zbudził mnie rano do roznoszenia chleba po sklepach. Wtedy radio ogłosiło, że Niemcy napadli na Polskę. Około godziny 10. pułkownik Dąbek wygłosił przemówienie, zapamiętałem, że mówił ,,żołnierze, wróg napada na Polskę, strzelajcie powoli a celnie. Po południu zaczęli się pokazywać pierwsi uciekinierzy od granicy, od strony Krotoszyna. Z daleka widziałem walkę powietrzną samolotów.

 

Wojsko na rynku

W sobotę, 2 września, uciekinierzy zaczęli się pojawiać już masowo, widziałem pierwszych polskich, rannych żołnierzy. Około południa motocyklem z koszem przywieziono niemieckiego pilota. Miał około 30 lat i blond włosy. Odwieziono go chyba na posterunek policji, gdzie był komendant niemieckiego pochodzenia. Kiedy Niemcy zajęli Błaszki w niedługim czasie ów pilot został komendantem niemieckiej policji.

Niedzielnym porankiem, 3 września rynek zapełnił się wojskiem polskim (głównie rowerzystami). Majstrowa z rodziną zapakowała wóz i wyjechali za rzekę Wartę. Ludzie mówili, że Niemców puszczą tylko do Warty. Majster został. Powiedział do mnie ,,Stasiu, my oba zostaniemy, ja wezmę karabin i będę strzelał”. Około 11. poszedłem do kuchni coś zjeść i w tym momencie nastąpił potężny wybuch. Skoczyłem do okna i zobaczyłem, jak majster uciekał na rowerze. Dokończyłem śniadanie, a potem wyszedłem przed dom zobaczyć, co się stało. Doszedłem do ulicy Kaliskiej i zobaczyłem wysadzony most na strudze Pokrzywnica. Około 12. przyjechały dwa wozy z żołnierzami polskimi, a ponieważ mostu nie było porucznik nakazał zrzucić plecaki, odpiąć konie i przeprowadzić przez strugę. Ja też, co mogłem to przenosiłem przez wodę. Chciałem też wziąć karabin i przenieść, ale żołnierz mi go odebrał, a porucznik tylko położył rękę na ramieniu i pocałował w czoło. Niedługo potem nadjechał ostatni patrol polskich żołnierzy, było ich może dziewięciu. Żołnierze oświadczyli, że Niemcy zbliżają się już na motocyklach. Jeden z nich leżał w rowie, bo został zastrzelony przez polskiego żołnierza. Wszyscy odsunęli się pod Błaszkowiankę, gdzie stał karabin maszynowy wycelowany w ulicę Kaliską. Około 13. zaczęła się straszna strzelanina. W naszym podwórku na dachu znalazło sobie stanowiska kilku polskich żołnierzy. Kule niemieckie trafiały w ściany naszego domu, a nasi żołnierze zeszli do mieszkania z dachu, podczas gdy strzelanina szalała coraz bardziej. Rynek i całe miasto opustoszało. Około 16. poszedłem pod Błaszkowiankę zobaczyć, co robią żołnierze obsługi CKM-u. W tym momencie podszedł do mnie pan kapitan i poprosił, by pokazać żołnierzom kierunek na magistrat i polecić, by strzelali z granatników. Za ogrodem koło magistratu nikogo nie spotkałem, więc poszedłem na linię frontu z myślą, że spotkam tam żołnierzy obsługujących granatniki. Idąc w kierunku południowym widziałem naszych żołnierzy strzelających w kierunku zachodnim. Doszedłem niedaleko cmentarza i nikt mnie nie zatrzymał. W końcu jeden z żołnierzy krzyknął do mnie ,,Gdzie ty idziesz?! Uciekaj, bo cię Niemcy zastrzelą!” Wracałem więc tą samą drogą, którą przyszedłem. Wzdłuż Pokrzywnicy jest wyżyna, a za nią nizina. Z tej wyżyny widziałem palące się ognie, być może obiekty podpalone przez Niemców, wszystko to wyglądało strasznie. Potem spotkałem żołnierza, któremu przekazałem, co mówił kapitan i o co chodzi z granatnikami, więc kiedy zgłosiłem kapitanowi moje przybycie był zadowolony i znowu poklepał mnie po ramieniu. 

 

Tułaczka w nieznane

Mogła być godzina 17. kiedy jeden pracownik z piekarni i pewien Żyd powiedzieli mi, że uciekają, bo strzelanina coraz bliższa i coraz głośniejsza. Posłuchałem chłopaków i poszedłem z nimi za rzekę Wartę. Za miastem Wartą dogonił nas wóz z rodziną żydowską i żydowskiego chłopaka wzięli ze sobą, a ja z pracownikiem piekarni za nimi w nocy doszedłem do miejscowości Dobra. Traf chciał, że Żyd skręcił w podwórko, gdzie była majstrowa z rodziną. Jak mnie zobaczyła to się dziwiła, że wszystko zostawiłem i aż tu przyszedłem. 

Rano zjedliśmy i wyruszyliśmy drogą na Uniejów. Po drodze razem z nami wycofywało się wojsko, szli cywile. Droga była zajęta na całej długości i szerokości. W Uniejowie tłok straszny, posterunki wojskowe i tylko poganiali, żeby dalej i szybciej opuszczać miasto. Majstrowa chciała zarządzić odpoczynek, ale powiedziałem, żebyśmy jechali dalej to będziemy bezpieczni. Nie ujechaliśmy więcej niż kilometr za miasto, kiedy nadleciały samoloty i zaczęło się bombardowanie i strzelanie z karabinów maszynowych. Zaobserwowałem jeden samolot, który poleciał nad kościół i zrzucił bombę, ale kościół nie runął. Pilot zrobił okrążenie i nadleciał nad kościół drugi raz i zrzucił bombę, która wybuchła, widoczny był słup dymu, ale kościół stał niewzruszony. Inny pilot nadleciał nad rów, w którym ukrywali się uciekinierzy i strzelał do ludzi może z wysokości 100 metrów. Przycisnąłem się do skarpy rowu, obok mnie leżał żołnierz, który dostał trzy kule, jedną w nogę, drugą w biodro i trzecią w głowę. Po nalocie zabrano tego żołnierza na nasz wóz i pojechaliśmy w kierunku wschodnim, już nie szosą, ale boczną drogą. W nocy zostawiono gdzieś rannego, a my udaliśmy się dalej na wschód. Rano znaleźliśmy się w Łęczycy. Przejechaliśmy miasto i spotkaliśmy chłopa, którego majstrowa zapytała, czy nie przyjąłby nas na kwaterę, żebyśmy odpoczęli. On wskazał nam gospodarstwo, gdzie zatrzymaliśmy się. Było to niedaleko rzeki Bzury. Kiedy gospodarz w środę był w Łęczycy przyniósł wiadomość, że są tam już Niemcy i jadą na Łowicz i Warszawę. Był to szósty dzień wojny. Tego samego dnia przyszedł do wsi Witaszewice patrol polski i powiedzieli mi i synowi majstrowej, żebyśmy poszli na szosę zobaczyć, co się dzieje. Wieś bowiem, w której się zatrzymaliśmy była podzielona wzgórzem i ze wsi nie widać było, co się dzieje na szosie, a z szosy, co się dzieje we wsi. Poszliśmy do wsi Marynki, usiedliśmy na rowie i przyglądaliśmy się, jak Niemcy idą na wschód. 

W piątek na drodze na Łowicz i Warszawę był duży ruch. O ile dobrze pamiętam, za rzeką Bzurą stały pułki poznańskie, od rzeki przybyło dużo naszego wojska do wsi Witaszewice. Ludzie karmili żołnierzy, czym kto mógł. Potem wojsko nasze ruszyło z północy w kierunku wsi Marynki i uderzyło Niemców z boku. Rozpoczęła się straszna bitwa, Polacy doszli aż do Strykowa. W poniedziałek poszedłem z synem majstrowej na pobojowisko, wieś Marynki była cała spalona. Doszliśmy do miejscowości Tum, gdzie jest najstarszy kościół romański. Tam weszliśmy do jednej stodoły, a po obu stronach, na klepiskach leżeli ranni Niemcy, a na polu za stodołami wielu Niemców widziałem zabitych. Po kilku dniach spokoju Niemcy się zorganizowali i powstała chaotyczna strzelanina z armat. Majstrowa zarządziła przeniesienie się za rzekę Bzurę, tam zatrzymaliśmy się w jakiejś wsi na kilka dni. Potem ruszyliśmy w nieznanym kierunku, ale udało nam się dotrzeć do Kutna, Koła, Turku, Koźminka, Liskowa i Błaszek. Tak zatoczyliśmy koło. 

27 września padła Warszawa, a w Błaszkach Niemcy rozstawili orkiestrę i głosili swoje zwycięstwo nad Polską. Rozwieszali plakaty z rozbitej polskiej armii z podpisami ,,Anglio, oto twoje dzieło”. Nastąpiły lata okupacji, najpierw wszystkich Żydów wywieziono do Łodzi. Tak minął pierwszy miesiąc wojny. 

Stanisław Machała

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej