Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2011-08-18 10:44:51

Pożegnanie z Afryką

Zakopane, czy też może Kraków,

świat jest pełen tajemniczych, dziwnych znaków.

Bardzo dużo cnego w nim przykładu 

dużo ładu i pouczeń i dyktatu.

Trzeba uciec, albo to wybadać,

aby potem opowiadać, szyku zadać.

Europy wiemy jaki powab,

ale czemu nie ma dobry być i Nomad?

 

Bo na plażach Zanzibaru, kiedy nadmiar wód,

taki nadmiar wód obszaru dla chwil paru.

Gdzie powietrza woń nektaru, a nie baru,

ach, na plażach, być na plażach Zanzibaru.

 

Tak, przyznam, że Zanzibar kojarzył mi się ostatnio głównie z cytowaną piosenką Grzegorza Turnaua śpiewaną do spółki z Zakopowerem, ale osobiście nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem plaż i akurat nie plaże Zanzibaru były moim marzeniem. Dość powiedzieć, że osiem lat mieszkałem nad Morzem Tyreńskim i na plażę wybierałem się średnio dwa razy w roku i to głównie poza sezonem letnim, najczęściej przymuszony przez żądnych słonecznych i morskich kąpieli przyjeżdżających z Polski przyjaciół. Głównym celem naszej wyprawy na Czarny Ląd (mam nadzieję, że nie łamię tutaj żadnej konwencji poprawności i nikogo nie obrażam) było oczywiście Kilimanjaro, możliwość wspinaczki aż na „dach“ Afryki, a przy okazji spojrzenie na rzeczywistość tego kontynentu od środka, bez mediacji. Kiedy jednak decydujesz się na zorganizowaną wyprawę bierzesz cały pakiet. A nasz pakiet zawierał również trzydniowy pobyt na Zanzibarze, ale o tym za chwilę.

 

Nie zmarnować wolności

Kiedy już zdobyliśmy Kilimanjaro, a konkretnie jego najwyższy punkt, który nazywa się Uhuru Peak, dwa dni zajęło nam zejście do bram Parku Narodowego, gdzie rozpoczęliśmy naszą przygodę. Te dwa dni posłużyły mi jeszcze bardziej do obserwacji miejscowej ludności. Wiadomo, kiedy się jest w drodze na szczyt, jest się tak podekscytowanym, że pewne fakty mogą umknąć naszej uwadze. W drodze powrotnej zdałem sobie sprawę z wielu rzeczy. Raz jeszcze powrócę do wspaniałej postawy wspomagających nas ludzi pod wodzą Faustina. Budzili nas codziennie kawą i herbatą przyniesioną do domków, w których nocowaliśmy (naprawdę!), następnie przynosili nam gorącą wodę i miski do mycia (oczywiście nie było pryszniców), przygotowywali nam obiad po drodze, podwieczorek na miejscu noclegu (między innymi popcorn, serio!) i kolację wieczorem. Wszystko to oczywiście musieli wcześniej wnieść na własnych plecach. Za każdym razem, kiedy na trasie mijaliśmy jakiegoś tragarza witał nas uśmiechem i radosnym „Jambo!“ („Cześć“). Jeszcze jedna rzecz wszystkim nam rzuciła się w oczy: jeśli któryś z naszych przewodników widział jakiś papier, czy inny śmieć na ziemi, natychmiast schylał się i chował go do kieszeni! Oni naprawdę dbają o swoje dobro narodowe, jakim są ich parki natury. Uhuru w nazwie najwyższego szczytu znaczy „wolność“. Tanzańczycy niedawno odzyskali swoją wolność, ale widać, że sobie ją cenią i próbują jak najlepiej wykorzystać. Bardzo nas też zadziwiła zaskakująco dobra jakość przynajmniej głównych dróg łączących wielkie miasta, momentami myśleliśmy: jak to jest, że nam w Polsce nie udaje się domknąć choćby tych głównych tras wschód-zachód, północ-południe i kto tu jest czterdzieści lat za… kim. Może odpowiedź leży w fakcie, że w Tanzanii Tusker to marka piwa, a nie… no może już wystarczy.

 

Fotograficzne polowanie

Zanim przeprawiliśmy się, nie bez przygód, na Zanzibar, czekało nas jeszcze dwudniowe safari, oczywiście fotograficzne, bo nie potrafiłbym strzelać do zwierzyny. Przyznam, że również na nie ostrzyłem sobie zęby, wszak od kiedy byłem dzieckiem nie lubiłem ogrodów zoologicznych: żal było patrzeć na te zwierzaki za kratami, smutne i obojętne. Co innego zobaczyć je na wolności, w ich naturalnym habitat, gdzie jeepy pełne turystów z aparatami fotograficznymi są dla zwierząt po prostu takimi większymi, dziwacznymi zwierzakami, niegroźnymi i niegodnymi uwagi. Odwiedziliśmy najpierw Lake Manyara Park, który jest dżunglą rosnącą u brzegów jeziora Manyara, i właśnie dzięki wodom tegoż jeziora mnóstwo tu zwierząt, które nigdy nie muszą emigrować w poszukiwaniu wody. Ale zdecydowanie większe wrażenie zrobił na mnie park Ngorongoro. Jest to jedno z najsłynniejszych miejsc Tanzanii. Wygląda jak potężny krater o średnicy 18 kilometrów z otaczającymi go dookoła wysokimi górami i tak rzeczywiście jest nazywane, krater Ngorongoro, ale tak naprawdę chodzi tutaj o kalderę, czyli wielką dziurę w ziemi powstałą w wyniku erupcji gigantycznego wulkanu wiele milionów lat temu. Dzisiaj nie ma tu żadnego wulkanu. Faustin opowiadał mi, że kiedyś musiała tu być potężna góra, wyższa niż Mount Everest, która po prostu zapadła się i tak powstało Ngorongoro. Również tutaj, przez cały rok jest woda, w związku z tym jest tu cała masa zwierząt, że wymienię tylko: lwy, hieny, zebry, antylopy, słonie. Czego nie ma? Żyraf, bo nie ma tu akacji, która jest ulubionym przysmakiem tych potężnych zwierząt, ale żyrafę (niestety tylko jedną) widzieliśmy już w Lake Manyara Park. Fantastyczne było krążenie po potężnym kraterze pośród tych różnych zwierząt, które nic sobie nie robiły z naszej obecności. Kiedy się wjeżdżało na pewne tereny, można było zauważyć, że nagle robiło się zupełnie pusto, nic, żadnych antylop, czy innych zwierząt, których wszędzie było pełno. Był to jasny znak, że wjeżdżamy na teren lwów, gdzie nikt inny nie śmie się pojawiać. I rzeczywiście, aż dwa razy spotkaliśmy takie miejsca, a w nich majestatyczne lwy, znudzone i wylegujące się w słońcu. Nic sobie nie robiły z naszej obecności, najwyraźniej nie były głodne. 

 

W wiosce Masajów

Po zakończeniu safari, zanim udamy się na miejsce naszego ostatniego noclegu przed wyprawą na Zanzibar, mamy okazję odwiedzić wioskę Masajów i jest to też ze wszech miar ciekawe przeżycie. Aby móc wejść do wioski i uzyskać pozwolenie na fotografowanie nasz przewodnik prowadzi najpierw pertraktacje. Po uzgodnieniu i uiszczeniu odpowiedniej sumy (jak mi tłumaczy później jedyny obecny na miejscu mężczyzna, te pieniądze mają posłużyć między innymi na doprowadzenie wody, więc absolutnie nie żałujemy tych pieniędzy, pamiętając, że straszna susza doskwiera Afryce Wschodniej w ostatnich miesiącach) wchodzimy do wioski, a Masajki prezentują dla nas specjalny taniec i śpiew. Również wszystkie dzieci grzecznie siedzą i pozwalają się fotografować, by potem z radością oglądać na wyświetlaczach naszych aparatów swoje zdjęcia. W wiosce są same kobiety i dzieci, bo mężczyźni są w pracy, głównie wypasają bydło. Rzecz ciekawa, wszystkie obecne kobiety są żonami… jednego mężczyzny.  Jak nam tłumaczy jedyny obecny młodzieniec, każda wioska masajska to właściwie jeden mężczyzna i jego żony i dzieci. Każda żona ma swój domek i tam mieszka ze swoimi dziećmi. Masajowie niegdyś żywili się tylko mlekiem, krwią i mięsem, ale myślę, że dzisiaj ich dieta jest bardziej zróżnicowana. Trzeba jednak przyznać, że Masajów łatwo rozpoznać, ponieważ starają się podtrzymać swoje zwyczaje, mają charakterystyczne stroje, ich kobiety są wysokie i szczupłe, a mężczyźni i chłopcy nigdy nie wychodzą z domu bez kija (powinni również mieć przy sobie spory nóż i dzidę, ale te widzi się coraz rzadziej, natomiast rzeczywiście nie widzieliśmy ani jednego Masaja bez kija).

 

Mało śpią i się boją

Jak już pisałem wcześniej podczas safari widzieliśmy zaledwie jedną żyrafę i to z daleka. Trochę mi było przykro, ponieważ obiecałem mojej japońskiej przyjaciółce zdjęcie tego jej ulubionego zwierzaka. I akurat żyrafie nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia, co za pech! Jakież było nasze zaskoczenie, gdy nagle tuż przy drodze ujrzeliśmy potężną majestatyczną żyrafę skubiącą listki akacji. Nasz busik oczywiście się zatrzymał, a ja zapytałem naszego kierowcy, czy żyrafa jest niebezpieczna. Odpowiedział że nie. Podczas safari nie wolno było opuszczać samochodu, ale tu byliśmy już poza parkiem, więc natychmiast wyskakuję z auta i biegnę do żyrafy, pstrykając ile wlezie. I wtedy ta potężna żyrafa dostojnym krokiem… uciekła na mój widok. I nie wiem, czy chodziło znowu o tę moją bandycką twarz, czy żyrafy zawsze uciekają przed ludźmi… W każdym razie mam świetne zdjęcia dla Miyuki. A może była po prostu zmęczona? Żyrafy śpią zaledwie kilkadziesiąt minut na dobę, nawet piętnaście minut głębokiego snu im wystarcza. Tak, na pewno była zmęczona.

Później widzimy jeszcze kolejne grupki żyraf poruszające się tym swoim nonszalanckim i lekkim krokiem, ale za nimi już nie biegłem. Co je będę straszył…

 

I wreszcie Zanzibar

Jak wspomniałem nie bez przygód, ponieważ spóźniliśmy się na prom. Ale nie ma tego złego… i ostatecznie na Zanzibar lecimy małym samolotem, jest to Csesna zwana Caravanem. Czy Wam się to z czymś kojarzy? Jest tylko jeden pilot, na miejscu drugiego pilota siada Zbyszek, nikt nam nie każe zapiąć pasów i nie instruuje jak się zachować, gdyby imię samolotu okazało się przepowiednią, ale co tam, nie okazało się. Dolatujemy szczęśliwie. Mieszkamy w Stone Town więc mamy okazję zobaczyć jak naprawdę żyją ludzie na Zanzibarze, i nie jest to raj na ziemi. Kiedyś ta wyspa była centrum handlu niewolnikami, dzisiaj oczywiście tak nie jest, ale wielu ludzi żyje tutaj w biedzie. Tak to już niestety jest, że najpiękniejsze, najbardziej malownicze miejsca na świecie koncentrują na małym obszarze super luksusowe hotele dla bogatych turystów i wielką biedę miejscowej ludności. Na przykład Josepha, ma 32 lata, kilkuletnie dziecko, którego ojciec zniknął gdy się dowiedział, że jego dziewczyna jest w ciąży, od 12 lat pracuje na plaży jako masażystka. Startuje zawsze z wyższą ceną, ale zwykle kończy się na 5 dolarach za półgodzinny masaż. Dziecko jest z dziadkami w Tanzanii, a Josepha mieszka na Zanzibarze z bratanicą. Część jej zarobków pochłania wynajęcie pokoju, resztę wysyła do rodziców, bo to właśnie ona utrzymuje całą rodzinę. Swoją córeczkę widzi raz w roku. Jest katoliczką i kiedy jej mówię, że jestem księdzem, opowiada mi, że kiedy była w szkole została wybrana na spotkanie z Janem Pawłem II, który zrobił jej krzyżyk na czole.

- Byłam taka szczęśliwa – opowiada.

- A teraz jesteś szczęśliwa? – pytam.

- Dopóki mogę pomagać rodzicom i mojej córce…

Natomiast Neema ma 26 lat i jest kelnerką. Jest w stanie zarobić do 80 dolarów na miesiąc, ale pieniądze, które jej zostaną po zapłaceniu za pokój wysyła do domu do Marangu koło Kilimanjaro. Również ona utrzymuje rodziców i szóstkę rodzeństwa. Żartując mówimy:

- Jedź z nami do Polski.

- W kilka dni nie dam rady wszystkiego załatwić – odpowiada ku naszemu zaskoczeniu, - ale gdybym mogła wyjechałabym natychmiast.

- A nie bałabyś się, z obcymi ludźmi, przecież nas nie znasz – dziwimy się.

- Tutaj tylko cierpię, nie ma żadnych perspektyw, wierzę w Boga, ufam Bogu i gdybym miała okazję stąd wyjechać, nie wahałabym się ani chwili – odpowiada Neema z pełną determinacją.

To tylko dwa przykłady. Tak, są ludzie, którzy na Zanzibar jadą jak do raju, ale jest wielu takich, którzy z tego raju chętnie by uciekli. Niemniej dla turystów to piękne miejsce. Nie odwiedziliśmy raczej tych najpiękniejszych plaż dla bogatych turystów, ale te, które widzieliśmy, trochę zaniedbane i puste, były rzeczywiście prześliczne. I ten niesamowity kolor wody Oceanu Indyjskiego. To chyba najlepsze pożegnanie z Afryką, bo widać tu jej piękno i jej biedę. Czy rzeczywiście Afryka jest taka pociągająca? Absolutnie tak. Jest tu jakaś świeżość, której nam w Europie już brakuje. Radość z małych rzeczy. Radość, którą widziałem u naszych tragarzy kiedy dowiedzieli się, że dostaną po 30 dolarów za sześciodniową, ciężką pracę. Radość setek dzieci biegnących rano w swoich mundurkach do szkoły, czy wracających po lekcjach do swoich biednych domów, zawsze biegiem i ze śmiechem. No i gorącego krajobrazu Afryki się nie zapomina.

A tymczasem w Polsce znowu Zakopower modny, tym razem z inną piosenką, która po afrykańskiej przygodzie przemawia do mnie jakby głębiej.

 

I dopiero gdy zawoła Bóg

To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów

Pójdę boso

Pójdę boso

Pójdę boso

Pójdę boso

Zamkną za mną drzwi

Nie zabiorę nic

Tekst i foto ks. Andrzej Antoni Klimek


Galeria fotografii

Przeglądaj galerię wersji Flash

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

M, 2011-08-24 22:04:04

Interesująca i barwna relacja z niezwykłego wyjazdu... Można pozazdrościć ale ja wolę podziękować :)

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka

Opiekun nr 21(508) od 8 października 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z postulatorką służebnicy Bożej z diecezji kaliskiej s. Włodzimiry.

Zamów prenumeratę

 

kwartlanik

Kwartalnik "Opiekuna" -
Okno Wiary 2(10) 2017

w którym pragniemy rozmawiać z naszymi Czytelnikami o wierze, Kościele, rodzinie i historii.
W najnowszym numerze o św. Józefie

ARCHIWUM KWARTALNIKA

banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej