Autorzy Archiwum Galeria Polecane Kontakt Ogłoszenia

2011-05-13 11:45:47

Kochana Mamo!

Dziś mija mój piąty dzień na obozie. Jest fantastycznie! Pogoda dopisuje, świeci słońce. W górach wieje lekki wiaterek, który przynosi ulgę podczas długich wędrówek w upalne dni. Podzielono nas na kilka mniejszych grup, w których pracujemy na popołudniowych zajęciach lub pełnimy dyżury np. przy zmywaniu. 

Każda grupa ma innego opiekuna. Ja trafiłam do grupy pani Hani. Jest bardzo sympatyczna. W mojej grupie jest także Klaudia, Tomek, Zosia, Andrzej, Oliwia, Kacper i Jola. Zdążyliśmy już się poznać. Lubię spędzać z nimi czas. Zosia jest jednak bardzo cicha i sprawia wrażenie nieśmiałej. Nie jest ponura, ale spokojna. Wiedziałam, że mieszka w Kaliszu. Nie rozmawiałam z nią zbyt dużo. Aż do pewnej przygody, która przytrafiła mi się dwa dni temu...

Tego dnia nie wchodziliśmy pieszo na Czarną Górę, tylko wjeżdżaliśmy wyciągiem. Chciałam pojechać nim z Jolą, ale ona usiadła z Tomkiem. Zauważyłam, że Zosia nie ma pary, więc zapytałam, czy chce pojechać ze mną. Nic nie odpowiedziała, tylko skinęła głową. Starałam się ją zagadnąć:

- Ale tu wysoko, prawda?

- Tak - odpowiedziała krótko.

Kiedy byłam mała i jeździłam z rodzicami na narty, bałam się, że wypadnę...

- Ja się nie boję - jej odpowiedzi nie zachęcały mnie do dalszej wymiany zdań. Poza tym Zośka tak mi odpowiedziała, że poczułam się, jakbym powiedziała coś złego. Widząc, że zbliżamy się do stacji skupiłam się na wysiadaniu z wyciągu. Już miałam podejść do pozostałych, gdy Zosia mnie zawołała:

- Poczekaj - odwróciłam się zaciekawiona.

Widząc moją reakcję dziewczyna się zmieszała: - Może pójdziesz ze mną?

- W porządku - odpowiedziałam - myślałam, że nie chcesz ze mną gadać.

- Nie o to chodzi, jestem po prostu bardzo nieśmiała. Trudno mi się przełamać... - przyznała się. I tak zaczęłyśmy rozmawiać. Początkowo o naszych szkołach, o naszych zainteresowaniach. Następnie wymieniłyśmy się spostrzeżeniami dotyczącymi obozowiczów. Aż temat niespodziewanie zszedł na rodzinę. Byłam właśnie w trakcie opowiadania anegdotki o rodzinnych zjazdach, kiedy zauważyłam, że Zosia ucichła i patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.

- Coś się stało...? - zapytałam, ale dalej szłyśmy już w milczeniu.

Wieczorem mieliśmy zaplanowane ognisko. Przyszłam jak zwykle spóźniona i spostrzegłam Zosię siedzącą samą. Jej ciągłe zmiany nastroju zaczynały działać mi na nerwy... Dlatego postanowiłam to wyjaśnić. Usiadłam obok niej i już miałam zapytać prosto z mostu, o co jej chodzi, kiedy spojrzała na mnie i rzuciła - Zazdroszczę Ci. 

Wyrazu mojej twarzy chyba nie dało się opisać w żaden sposób. Byłam zdezorientowana. Zazdrości mi? Czego?

- Zazdroszczę Ci rodziny. Kiedy opowiadasz mi o Waszych wspólnych wyjazdach, wspólnie spędzonych świętach...

Nadal nie mogłam wykrztusić ani słowa. Przecież nasza rodzina jest całkiem mała, nie mam rodzeństwa...

- Och, daj spokój, przecież u Ciebie pewnie jest podobnie... - zaczęłam.

- Nie - przerwała mi - Ja nie mam rodziny.

Na takie słowa nie byłam przygotowana. Patrzyłam na nią, byłam cała czerwona ze wstydu. - Ja... ja przepraszam. Nie wiedziałam... Nic nie mówiłaś....

- Nie przejmuj się. Skąd mogłaś wiedzieć - uśmiechnęła się smutno pod nosem. Nie miałam śmiałości pytać o szczegóły, chociaż byłam ciekawa. Nie chciałam być wścibska. Ale ona sama podjęła temat: - Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miałam 5 lat. Moi dziadkowie już dawno nie żyją, więc nie miał się mną kto zająć. Wtedy przygarnął mnie wujek Jacek z Kalisza. Wychowuje mnie ze swoją żoną Dorotą. Nie mają własnych dzieci, więc pokochali mnie, tak jakbym była ich prawdziwą córką. Na początku wakacji ciocia zaszła w ciążę. Jak bardzo się cieszyli! Po tylu latach, będą mieli swoje upragnione dziecko. A ja? To głupie, ale poczułam się niepotrzebna. A przecież wiem, że nie przestaną mnie kochać. Ale to będzie ich dziecko, rozumiesz? ICH. A ja czyja jestem...?

To wyznanie mnie zszokowało. Nie znałam wcześniej nikogo, kto byłby w takiej sytuacji. Nie wiedziałam, jak mam zareagować.

- Po prostu, kiedy Ty opowiadałaś mi o swojej rodzinie, poczułam, jak bardzo brakuje mi moich rodziców. Chociaż nie pamiętam zbyt wiele. Chciałabym, żeby przy mnie byli. Zwłaszcza mama. Twoja musi być niesamowita, skoro o niej tak dużo mówisz.

- Wybacz - powiedziałam - nie zdawałam sobie sprawy. 

- Nie masz za co przepraszać. To ja przepraszam za moje milczenie. Wtedy dużo myślałam. I wtedy, kiedy mówiłam, że się nie boję. Chciałam dodać, że nie lękam się, bo mama mnie kocha. Jestem pewna, że patrzy na mnie z nieba i chroni mnie. Pod jej czujnym okiem nie może mi się przytrafić nic złego. Jej zwierzenia niesamowicie mnie wzruszyły. Później rozmawiałyśmy jeszcze długo.. Zaprzyjaźniłyśmy się. Teraz jesteśmy nierozłączne. Powiedziałam jej, że jeśli wujek jej pozwoli, to ma nas odwiedzić w te wakacje. Mam nadzieję, że się zgodzisz? Obiecuję Ci, że ją polubisz tak, jak ja.

Muszę już kończyć, bo za chwilkę mamy kolację. Nie martwcie się o mnie, wszystko jest w najlepszym porządku!

Twoja córka Joasia

P.S.: Wzięłam przykład z Zosi i też się nie boję. Bo wiem, że moja mama mnie kocha!

List Joanny z Pleszewa do mamy zdobył pierwsze miejsce w ramach konkursu „Nie lękam się, moja mama mnie kocha” zorganizowanego przez Wydział Duszpasterstwa Rodzin Diecezji Kaliskiej.

(Zamieszczamy fragmenty)



 

Dziękuję Ci bardzo, że mnie urodziłaś, że mnie ochrzciłaś i wykarmiłaś swoją matczyną piersią. Urodziłaś nas siedmioro i wszystkich jednakowo przytulałaś czule do swojego serca.

Lata pięćdziesiąte były trudne, ponieważ były to czasy powojenne. Starsze rodzeństwo niekiedy musiało podczas nieobecności rodziców, którzy szli do pracy, dopilnować młodszych braci lub sióstr. Trzeba było nakarmić, przewinąć i uśpić, a w międzyczasie posprzątać, ziemniaków obrać i ugotować na obiad. Ja, chociaż miałem zaledwie pięć lat lubiłem tę pracę, a dla Ciebie, Mamo zawsze na stole stały w wazonie świeże kwiaty z ogródka. Wieczorem siadałaś przy maszynie do szycia, żeby nam uszyć jakieś ubranka. Dziękuję Ci Mamo, że byłaś przy mnie, przy nas, bo dzięki Tobie czuliśmy się zawsze bezpiecznie. Dorastałem pod Twoim czułym Sercem, bo zawsze byłaś przy nas. Lata szybko minęły, dumnie na pewno chodziłaś, ale też się o nas martwiłaś – jak tam Twoi trzej synowie w jednym czasie służyli Ojczyźnie, byli w wojsku. Jeden był czołgistą, drugi marynarzem, a trzeci komandosem. Przyjeżdżałaś w odwiedziny do Ustki i Gdańska nie tylko pocieszyć, ale i przytulić swojego syna marynarza, podnieść na duchu, bo to była trudna służba. „Grudzień 70”, rozruchy na wybrzeżu, stan wyjątkowy. Pomagaliśmy wszystkim jednostkom handlowym stojącym na redzie i w dzień, i nocy. Pytałaś po cichu i delikatnie, czy ty synu, aby do kościoła chodzisz. Tak Mamo – odpowiadałem stanowczo, gdy wychodzę na przepustkę pierwsze moje kroki kieruję do bazyliki Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku, byliśmy tam razem.

Na pewno martwiłaś się, że taki młody dwudziestoletni chłopak, gdzieś z południowej Wielkopolski wypłynie na dalekie morza i się zagubi. Ale nie Mamo, Wizerunek Matki Bożej Gostyczyńskiej, który podarował mi proboszcz tej parafii śp. ks. major Barański, były kapelan w okresie II wojny światowej, na zakończenie szkoły podstawowej, zawsze mnie prowadził. Wizerunek ten nosiłem na sercu i modliłem się zawsze i wszędzie. Przed spaniem, i na wachcie, i na morzu tak, jak mnie nauczyłaś za młodych lat. Gdy przyjechałem po roku, na pierwszy urlop i z Ostrowa Wlkp. o trzeciej rano pieszo wracałem do domu, to czułem, jak mnie wiatr na skrzydłach niósł do Ciebie, Mamo. Piękne to było i serce Ci się radowało, jak w kościele na Sumie dwaj synowie w mundurach służyli do Mszy Świętej jako ministranci – były to inne czasy. Ogarniałaś nas wszystkich matczyną troską. W ciągu kilku następnych lat pozakładaliśmy rodziny, przyszły pierwsze wnuki, a masz ich sporo, bo aż dwudziestu. Piękne to były dni, miesiące i lata, kiedy nasze dzieci, a Twoje wnuki dorastały otoczone Miłością, bo wszystkich czule przytulałaś. Ale przeszły nad naszą rodziną również czarne chmury, które przyniosły nam smutek i żal w sercu. Zmarła Twoja mama i nasza babcia, a potem nasz Ojciec, a Twój mąż, ale nie na długo zajaśniało nam Niebo. Po niedługim czasie odeszła do Domu Ojca Twoja ukochana synowa, a moja żona. Świat mi się załamał całkowicie, a Ty Mamo byłaś przy mnie i dzięki Tobie zdołałem przetrwać nie tylko te, trudne chwile. Bo Twoje Matczyne Serce przytulało mnie do siebie i jakoś postawiło na nogi, ale pocieszałaś moje dzieci i starałaś się zastąpić ich brakującą mamę. Mamo kochana – Ty zawsze jesteś przy nas. Dziękujemy niebu za to, że jesteś z nami. Modlimy się o Twoje zdrowie, abyś jak najdłużej była z nami i ogarniała nas wszystkich Swoim dobrym Sercem. Byłaś i jesteś przy mnie w szczęściu i w nieszczęściu, w zdrowiu i w chorobie. Proszę również Rodzinę, przytulajmy się do serc, bo wtedy nić szczerości i Miłości tworzy się i rozwija. Przepraszajmy, kochajmy, twórzmy lepszy świat, zapomnijmy o błędach przeszłości, uśmiechajmy się do każdego, ogłaszajmy całemu światu nie tylko dobre myśli, ale czyny również. Mówmy głośno o naszym Szczęściu, a wtedy bardziej zauważymy otaczające nas piękno, które stworzył sam Bóg.

A dniu Waszego pięknego święta niech nie zabraknie Wam na stołach pięknych świeżych kwiatów. Życząc swojej kochanej i kochającej Mamie oraz wszystkim mamom na świecie, aby żyły długo w zdrowiu i szczęściu, aby ta nić przyjaźni i miłości się nigdy nie zerwała, zapewniam o swoim oddaniu. A nasza Święta Matka Boża w niebie niech nam błogosławi i pozwala się cieszyć niebiańską miłością i nadzieją, że nasze  dzieci budują ziemski raj.

Marynarz

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, prosimy o przepisanie wyrazów z obrazka. Wyrazy muszą być oddzielone spacją.

Artykuły

Pozostałe kategorie
komentarz redaktora
w słowie bożym
prawo kanoniczne
meandry czwartej wladzy
sacrum w muzyce
nauka spoleczna kosciola
okladka 25

Opiekun nr 25(512) od 3 grudnia 2017

Zapytaj w parafii o nowego "Opiekuna", a w nim m.in. rozmowa z kustoszem kaliskiego sanktuarium ks. prałatem Jackiem Plotą, który opowiedział o swojej osobistej relacji z Patriarchą z Nazaretu i o radościach posługi w sanktuarium.

Zamów prenumeratę

 

baner
banner
figazmakiem
Drewniane kościólki Jasna i ta druga strona 25 lat diecezji

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Więcej