TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Klaudyny, Romana, Tomasza 18 Listopada 2018, 13:21
Dziś 5°C
Jutro 2°C
Szukaj w serwisie

Doświadczenie Kościoła misyjnego

Doświadczenie Kościoła misyjnego

Przedostatnia niedziela października obchodzona jest w całym Kościele katolickim jako Niedziela Misyjna. W tym roku data ta zbiega się z jubileuszem 40-lecia Pontyfikatu Ojca Świętego Jana Pawła II - największego misjonarza współczesnego świata.

W ostatnich dniach w kilku parafiach naszej diecezji gościł ks. Krzysztof Stachowiak, misjonarz pracujący w Papui Nowej Gwinei, który podczas Mszy św. dzielił się świadectwem życia w kraju, gdzie religia zdominowana jest przez chrześcijaństwo, jednak część społeczeństwa nadal praktykuje tradycyjne wierzenia plemienne, magię i czary.

Arleta Wencwel: Księże Krzysztofie, proszę na początek powiedzieć, jak to się stało, że Ksiądz wybrał pracę duszpasterską na misjach?
Ks. Krzysztof Stachowiak: Nie od razu wybrałem drogę kapłaństwa, najpierw ukończyłem technikum. Pracowałem trzy lata w zawodzie, ale czułem, że to nie to, że chcę innego życia. Mimo, że ojciec był wojskowym, w domu zawsze była modlitwa. Mama zawsze wpajała mi wiarę i uczyła modlitwy. Jako syn wojskowego nie byłem niestety ministrantem, ani nie należałem do żadnych grup przy kościele. A do I Komunii przystąpiłem w tajemnicy u babci na wiosce.
Wracając do czasów wyborów drogi życiowej. Ukończyłem seminarium duchowne i w 1989 roku przyjąłem święcenia kapłańskie w Poznaniu. Na pierwszą parafię trafiłem do Krotoszyna, do parafii pw. Andrzeja Boboli. Byłem tam dwa lata, gdzie pracowałem m. in. z głuchoniemymi. Drugą parafią były Szamotuły, gdzie pracowałem kolejnych 6 lat. Głównie z młodzieżą i dziećmi. Uczyłem religii, z czego bardzo się cieszę, bo z wieloma uczniami mam kontakt do dziś. Mimo wszystko, czułem, że to jeszcze nie to, ciągnęło mnie, by pojechać na misje. W 10 roku kapłaństwa przeniosłem się do Zgromadzenia Świętej Rodziny z Nazaretu i tam odbyłem nowicjat w najstarszym sanktuarium maryjnym w Polsce, w Górce Klasztornej. Przez 4 lata jeździłem po kraju i głosiłem rekolekcje. Jednak myśl, by wyjechać na misje nie dawała mi spokoju. Celem Zgromadzenia jest praca na misjach i ku mojej radości, któregoś dnia spełniło się moje marzenie. Zgromadzenie potrzebowało kogoś do pracy w Papui Nowej Gwinei. Odbyłem kurs językowy i wyjechałem. I tak od 13 lat pracuję w Diecezji Goroka w górskiej parafii Namta. Jest tam 7 kościołów i 18 miejsc do spotkań modlitewnych.

Jak wygląda praca kapłana w tak diametralnie innym kulturowo i mentalnie Kościele?
Misje w Papui Nowej Gwinei rozpoczęły się w połowie XIX w. W 1889 roku utworzono tam pierwszy wikariat apostolski. Diecezja Goroka, do której zostałem posłany, jest stosunkowo młodą, została utworzona w 1959 roku, dokładnie 18 czerwca. Na jej terenie mieszka ok. 530 tys. osób, w tym 16 tys. katolików, którym posługuje 11 kapłanów. Ale czy to pracując w Kościele w Polsce, czy w Papui czuję, że przynależę do Kościoła powszechnego. I choć ludzie tam tak bardzo się różnią kulturowo, to wszyscy mamy to samo pragnienie nieba. Powiem więcej - tam, wśród, jak to mówi się potocznie dzikich ludów, czuję się chyba bliżej Kościoła, niż będąc w Polsce. Przede wszystkim ludzie są tam niesamowicie otwarci i są bardzo blisko księdza. Jeśli się kogoś zapyta o Kościół, nikt nie mówi o kapłanie tylko o Chrystusie. Dla nich Kościół to Bóg, Chrystus i Maryja. A tutaj w Polsce często się zapomina o tym, kto tak naprawdę jest w tabernakulum, kto jest w centrum Kościoła. Co więcej, tam Pismo Święte żyje. I ludzie pragną żyć Słowem.

Dwie trzecie z 5,5 mln ludności Papui Nowej Gwinei stanowią chrześcijanie, a jedna trzecia wyznaje religie tradycyjne. Katolicy natomiast stanowią 22% społeczeństwa. Jak wygląda ich religijność i przynależność do Kościoła?
W mojej diecezji Goroka jest tylko 2 % katolików. Diecezja jest jak dekanat, 9 parafii, ale obszar jest duży. Chciałbym powiedzieć, że cieszę się, że są inne kościoły, bo wszędzie bym nie dotarł. Problemem dla mnie jest to, że 30 % ludności nigdzie nie należy. Ale ci, którzy są w Kościele katolickim, to są całym sobą, oddani. Prawie w każdym kościele jest obraz Jezusa Miłosiernego. Niemal każdy tam zna Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Od 1 października przez cały miesiąc w mojej parafii odbywa się wędrówka figurki Matki Bożej od domu do domu, by wspólnie modlić się z rodzinami na Różańcu. Pokonuję niejednokrotnie wielkie odległości, by dotrzeć do swoich owieczek, ale pomimo różnic terytorialnych, czy kulturowych, wszędzie tam sprawuję tę samą Eucharystię, z tymi samym modlitwami, z tymi samymi czytaniami, z tym samym porządkiem i w końcu z tym samym Jezusem, co u nas w Polsce. Owszem często w innych sztach. Czasami jestem przystrojony w pióropusze, przybieram ich odzienie i ozdoby. Oni przygotowują procesje na wejście, w czasie Mszy św. i na wyjście. I to nie takie zwykłe, ale jest to piękny taniec. Zdarza się, że ze słowem Bożym idę nawet do miejsc oddalonych o 300 km, bo tam mieszkają moi parafianie. A trzeba pamiętać, że Papua Nowa Gwinea to rejon w dużej mierze górzysty i do niektórych wiernych mogę dotrzeć tylko na pieszo. Nigdy nie wiadomo, co mnie spotka po drodze, co się wydarzy, bo często wszystko uzależnione jest od natury. Drogi się nieraz urywają, bo miejscowi rozbierają drewniane mostki, by palić ogniska. Czasami rolę szosy spełnia płytka rzeka, prawie zawsze korytarze wyjeżdżone w gęstym buszu. Kiedyś jeździłem samochodem, ale dziś chodzę pieszo w ten sposób poznaję bliżej moich parafian.

Czyli zadania duszpasterskie, jakie podejmuje Ksiądz na misjach nie różnią się niczym od tych, które znamy z naszych parafii?
Nie. A powiem więcej, ludzie tam jakby bardziej żyją wiarą. Jak wspomniałem wcześniej bardzo gorliwie uczestniczą we Mszy św., dekorują kościół, przygotowują czytania, śpiewy. Posługując wśród Papuasów głoszę także rekolekcje, udzielam sakramentów. Odwiedzam starszych Papuasów z sakramentem namaszczenia chorych. Większość z nich nie ma pojęcia, ile ma lat i nigdy nie chodziła do szkoły. Jedyne co, to jest mało ślubów, gdyż nadal jest powszechna poligamia, można mieć kilka żon. Pogrzeby też odprawiają raczej według swoich wierzeń. Nie istnieje wśród nich pamięć o zmarłych, zapominają o miejscach pochówku. Dawniej kobiety na znak żałoby albo innych nieszczęść obcinały sobie palce. Mało która ze starszych parafianek ma wszystkie palce, brakuje im nawet po kilka. Obchodzą wszystkie święta, odpusty itd. Na Boże Narodzenie budowali szopkę, jakby konstruowali swój własny dom, ale samo święto to tylko Pasterka i na tym koniec. Jeśli chodzi o Wielkanoc, to przeżywają oczywiście całe Triduum. Moi poprzednicy wprowadzili wiele tradycji. I mogę się pochwalić, że przez cały rok wierni czynnie uczestniczą w życiu Kościoła. W styczniu mamy adorację Najświętszego Sakramentu, w lutym i marcu Drogi krzyżowe po górach, kwiecień to oczywiście Wielkanoc, maj Litania do Matki Bożej, a czerwiec do Serca Jezusowego i odmawiamy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W lipcu Różaniec i siedem tajemnic radosnych Matki Bożej. Sierpień przeżywamy jako miesiąc biblijny i normalny Różaniec, zaś we wrześniu Różaniec i siedem boleści Matki Bożej oraz czytanie katechizmu. W październiku wędrujemy z figurką Matki Bożej od chałupy do chałupy. Listopad tradycyjnie modlitwa za zmarłych, grudzień Roraty i Boże Narodzenie. Święta w słońcu, w cieple, w krótkich portkach. Za święta państwowe uznawane są: Wielki Piątek, Poniedziałek Wielkanocny i Boże Narodzenie.

A jak wygląda szkolnictwo i tym samym nauka religii w szkołach w tak różnorodnym kraju pod względem języka, narodowości i religii plemiennych?
Papua Nowa Gwinea znajduje się, patrząc na globus, pomiędzy Azją a Australią, zajmuje wschodnią część wyspy Nowa Gwinea i około 600 pomniejszych wysp i wysepek. Jest państwem należącym do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, głową państwa jest królowa angielska, którą reprezentuje gubernator. Językiem urzędowym jest angielski, bo rdzenną ludność stanowią plemiona Papuasów, którzy używają ponad 700 języków. Rok szkolny tam trwa od 1 lutego do 1 grudnia. A grudzień i styczeń to czas wakacji. Klasy od 0 do 2, to szkoła elementarna, szkoła podstawowa to od 3 do 8. A potem oczywiście szkoła średnia i studia itd. Jeśli chodzi o katechizację, to rząd papuaski chce żeby była godzina dla Pana Boga w szkole. Gdyż oni mocno akcentuacją, w zdrowym ciele zdrowy duch. A jeśli chodzi o wiek, w którym zaczynają szkolę to trudno określić, bo sami często nie znają swojego wieku. Oczywiście z katolikami nie ma problemu, bo są księgi chrzcielne. Edukacja wygląda tak, że np. jeżeli nauczyciel prowadzi klasę siódmą, to naucza wszystkich przedmiotów, a także religii. Religia jest obowiązkowa, nie wolno opuszczać lekcji. Nie ma religii, nie ma życia wewnętrznego. Religio z języka łacińskiego oznacza więź. I chodzi o to, by była więź między nami. Ja także uczę religii. Od samego początku Kościół stawiał tu na różnego rodzaju pomoc socjalną, zdrowotną i edukację. Nieprzypadkowo najlepszymi szkołami są tu najczęściej katolickie szkoły.

Czy Kościół w Papui Nowej Gwinei ma swojego świętego?
Kościół w Papui nadal jest młodym Kościołem, który liczy nieco ponad 100 lat. I ma swojego rodzimego świętego. Ale zacznę od tego, że Jan Paweł II odwiedził ten kraj dwukrotnie: w 1984 i w 1995 roku i raz jeszcze jako kardynał. W Papua mamy jednego błogosławionego Piotra To Rot. Żył on w części zwanej Rabau, w Papui dzieci otrzymują imię, a nazwiskiem staje się imię ojca. Był bardzo wierzący w Pana Boga. Dla Papuasów jest on świętym. Został on beatyfikowany właśnie przez papieża Jana Pawła II, 17 stycznia 1995 w Port Moresby. Mając 18 lat zapisał się do szkoły św. Pawła dla katechistów, skoczył ją z wyróżnieniem. Potem wrócił do rodzinnej wioski, został katechistą. W wieku 24 lat ożenił się Paolą La Varpit, miał z nią kilkoro dzieci. W czasie II wojny światowej chrzcił dzieci i udzielał schronienia. W końcu został aresztowany przez japońskiego okupanta, ale nigdy nie wyrzekł się wiary. W kwietniu 1945 roku został zabity zastrzykiem z trucizną, miał 33 lata. Warto tutaj przypomnieć, że w niespełna dwa lata po odzyskaniu przez Papuę Nową Gwineę niepodległości, w 1978 roku Jan Paweł II przychylił się do prośby biskupa stolicy nowo powstałego kraju, Port Moresby: Hermana To Paivu, aby patronem Papui ogłosić św. Michała Archanioła.

Czego rodzina papuaska może nauczyć nas europejczyków i czy potrzebni są tam misjonarze?
Przede wszystkim tego, żeby Pan Bóg był na pierwszym miejscu. I tego, że trzeba mówić o Panu Jezusie. Udział katolików w życiu Kościoła jest ogromny, wszyscy chcą czuć się jego częścią, chcą uczestniczyć w nabożeństwach. Kościół jest bardzo żywy. Pomimo, iż jest to już lokalny, i dobrze zakorzeniony, to jest on zarazem wciąż misyjny. I dlatego wciąż potrzeba tam misjonarzy, z powodu braku lokalnych duchownych. W Papui Nowej Gwinei pracuje wielu misjonarzy z Polski. Jest nawet trzech biskupów z Polski, w tym jeden już emerytowany. Dla mnie osobiście jest to miejsce, które wskazał mi Pan Bóg.

Rozmawiała Arleta Wencwel
Zdjęcia ks. Sławomir Nowak

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!