TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Antonii, Ignacego, Wiktora 17 Października 2018, 03:48
Dziś 12°C
Jutro 20°C
Szukaj w serwisie

Dojść do samego siebie

Dojść do samego siebie

gory

To jeden z paradoksów życia. Czasem trzeba przejść dazóry w końcu stał się pielgrzymem i po wielu latach poszukiwań dotarł do najważniejszego ze swoich życiowych celów.

Przyznam, że na rozmowę słynnego podróżnika i filozofa z Joanną Podsadecką wydaną przez Wydawnictwo WAM natrafiłam na poczcie podczas jednego z wakacyjnych wyjazdów, kiedy kupowaliśmy znaczki potrzebne do wysłania bliskim pocztówek z pozdrowieniami. Do zajrzenia do niej przekonał mnie nie tylko tytuł „Idź własną drogą”. Marek Kamiński opowiedział w niej, co go w życiu inspiruje i skąd czerpie siłę. Rozmawiał o swojej najważniejszej podróży, a właściwie pielgrzymce, kiedy uczył się pokory i odnalazł drogę do Boga i samego siebie, o medytacji i ćwiczeniach św. Ignacego Loyoli. Zauważył, że we wszystkim trzeba być po prostu i aż sobą.

Porażki i sukcesy
Marek Kamiński przekonuje już na początku, że od nas zależy, co zrobimy z sukcesami i porażkami, bo wbrew pozorom sukces może zmienić się w porażkę i odwrotnie - porażka w sukces. Pułapki zaczynają się wtedy, kiedy przywiązujemy się do sukcesów, koncentrujemy się tylko na nich. Gdy marzymy, by światła reflektorów nigdy nie zgasły. Kiedy żyje się jedynie tym, co zdarzyło się w przeszłości, życie zmienia się w groteskę. Ja dodam jeszcze słowa jednego z moich przyjaciół, który twierdzi, że najważniejsza jest chwila, która właśnie trwa. „Zdobycie obu biegunów Ziemi w 1995 roku to dziś dla mnie abstrakcja. Jeżeli już do niego wracam myślami, to staram się to doświadczenie odczytywać na nowo, znaleźć jego sens w moim aktualnym życiu. Tyle rzeczy z tamtej wyprawy wniknęło. (…) Bieguny uświadomiły mi, że więcej zawdzięczam Bogu niż sobie. Te wyprawy były tak ciężkim doświadczeniem, że gdybym przypisywał je swojej nadludzkiej sile, byłoby to kłamstwem. Ja tam na końcu świata uczyłem się pokory” - twierdzi Marek Kamiński.

Podróż w głąb
Dwadzieścia lat po dotarciu do biegunów północnego i południowego wyruszył do bieguna duchowego podczas pielgrzymki do św. Jakuba. Szedł wiele kilometrów aż z Kaliningradu do Santiago de Compostela i mając wcześniejsze doświadczenie podróży stał się pielgrzymem.
Według niego pielgrzym różni się od podróżnika, bo jego droga jest drogą duchową. Dla podróżnika istotniejsza jest rzeczywistość kulturowa i geograficzna. Choć na pewno w czasie takich wypraw ma miejsce introspekcja, podróż w głąb siebie. Pielgrzym odziera się z tego świata, przechodzi przez „ciemną noc duszy”, różne zwątpienia. „Gdy byłem podróżnikiem, miałem cel, do którego dążyłem. W drodze do niego podróżowałem, ale nie pojawiło się tyle myśli o Bogu, co w drodze do Santiago. Przez wyprawy stałem się kimś: zdobywcą biegunów czy zdobywcą pustyni. A przez bycie pielgrzymem odarłem się z kostiumu zdobywcy” - podkreśla podróżnik.
Na Camino bywały takie chwile, że wszystko wydawało mu się bez sensu, tak był zmęczony. Sądził nawet, że dojście do celu jest ponad jego siły. Przetrwać to wszystko pomogła mu akceptacja tego, co jest. Nie wyrzucał sobie i Panu Bogu wszystkiego, z czym sobie nie radził, co nie przebiegało według planu. Czasami trzeba zaufać, że będzie to, co ma być, i że dobrze jest tak, jak jest. Przyznaje, że założył sobie wcześniej, że po drodze będzie rozmawiał z ludźmi, uprawiał medytację i ćwiczenia duchowe, wznosił się coraz wyżej. „Nawet nie zdążyłem się wznieść, a już spadłem z tego wyobrażenia. To było starcie ego na miazgę. Okazało się, że cały czas jest wyczerpujący marsz - po 50 kilometrów dziennie, przez znaczną część drogi nikt nie zamierza ze mną konwersować, jestem sam. Pierwszego pielgrzyma spotkałem daleko za Paryżem” - opowiada Kamiński. Taka droga przewartościowuje wiele rzeczy. Ciężko rozstać się  ze starym wyobrażeniem o życiu. Wcześniej Marek Kamiński odkrył, że zdobył w życiu wiele, ale nie samego siebie. Dopiero na Camino zobaczył siebie i świat innymi oczami. To paradoks - tyle już wcześniej zdobył i zobaczył, a dopiero teraz zrozumiał, kim jest i dokąd w życiu idzie.

Zen i medytacja
Polarnik zdradza też, że w 2013 roku trafił do klasztoru zen w San Francisco, ale w proponowanej tam medytacji buddyjskiej czegoś mu brakowało. Po powrocie, w Gdańsku trafił na medytację do klasztoru dominikanów. Zrozumiał, że w medytacji pustki brakowało mu obecności Boga. „Poczułem, że Jezus jest drogą, którą można iść dzięki tej medytacji. Wszystko poukładało mi się w jedną całość. Potem Agnieszka zapytała, czy nie chciałbym mieć kierownika duchowego. Nie wiedziałem, że można kogoś takiego mieć. Poleciła mi przełożonego tego klasztoru. Zacząłem z nim rozmawiać o różnych swoich wątpliwościach i odkryłem zupełnie inny rodzaj duchowości” - wyznaje Marek Kamiński. Potem w jego życiu pojawiły się rekolekcje ignacjańskie. Zaczął interesować się św. Ignacym Loyolą, św. Janem od Krzyża. Zrozumiał, że religia ma nie tylko masowy charakter, ale istnieją różne możliwości kontemplacji. Dostrzegł, że elementy Mszy św. łączą się ze sobą i nie są przypadkowe. Liturgia nabrała dla niego znaczenia. „W czasie dalekich i niebezpiecznych wypraw wiele razy czułem rękę Boga, wiem, że On jest i był ze mną. Zawsze uważałem, że rozmowa z Bogiem jest czymś bardziej pierwotnym, ważniejszym niż uczestnictwo w liturgii Mszy św. Ale nagle ta liturgia przestała być dla mnie pusta, stała się rozmową” - podkreśla podróżnik.

Najwięcej dobrych słów na gram wagi
Marek Kamiński na wyprawy zawsze zabierał Biblię i książki Tolkiena. Przyznaje, że lubi medytować Pismo Święto rano, o wschodzie słońca. „Nie żebym był szczególnie religijny. Po prostu czułem, że chcę. Gdy jechałem do Meksyku i każdy kilogram był ważny, albo jak szedłem na biegun, to nie brałem rzeczy niepotrzebnych. Biblia ma najwięcej dobrych słów na gram wagi. Do żadnej książki nie wracam tak często” - mówi podróżnik. Jego życie zmieniła też inna książka „Twierdza” Saint-Exupery’ego. Zdania z tej książki pomogły mu uwierzyć, że jego samotność na studiach, marzenia, by opłynąć świat, zmienić swoje życie - mają sens. Saint-Exupery napisał w niej: „Szalony, kto sądzi, że ludzkiego szczęścia trzeba szukać w zaspokajaniu pragnień, przekonany, że dla idących liczy się przede wszystkim iść do kresu, a kresu przecież nigdy nie ma”.

Poczuć świat
Podróżnik mówi ludziom: „Będziesz miał to, na co się odważysz”. Według niego ludzi najczęściej blokują wymówki, dlaczego nie mogą zacząć spełniać marzeń już dziś. Jeśli to nie jest teraz, to nigdy nie będzie teraz. To znaczy, że jakaś idea nie jest dla nas priorytetem. Życie nie jest tak skomplikowane, jak nauczyliśmy się o nim myśleć. „Zastanawiasz się, rozważasz za i przeciw i podejmujesz decyzję. Tyle wystarczy” - podkreśla. „W odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie realizujesz swoich marzeń, najczęściej słyszę, bo mam pracę, rodzinę, obowiązki. Jedno nie musi wykluczać drugiego. Można znaleźć pracę, którą uda się pogodzić z marzeniami, przekonać rodzinę, aby zaakceptowała nas takimi, jakimi jesteśmy” - dodaje.
Przyznaje też, że drugą rzeczą, która nas hamuje w realizacji marzeń, to brak wiary we własne siły, przekonanie, że wyzwania są dla wyjątkowych. Tymczasem każdy jest wyjątkowy, każdy może. Tu pojawia się kolejny paradoks - czasem łatwiej zaufać innym niż sobie. Kamiński jest też zdania, że to również najbliżsi ludzie i szkoła często zajmują się „przystrzyganiem” osobowości. Nie uczą, jak być sobą. Dobrze by było, gdyby szkoła wspomagała proces odnajdywania siebie, wykształciła umiejętność radzenia sobie z porażką, podążania za marzeniami i osiągania celu. W życiu nie chodzi tylko o „wchłanianie” wiedzy. Świat trzeba poczuć i znaleźć w nim własną drogę. Ważna jest też praca nad sobą.

Wbrew obiegowym opiniom, podróżnika sporo nauczyły go również porażki. Tylko lepiej je traktować jak nauczyciela, a nie przeciwnika. Cierpienie powoduje, że zwracamy uwagę nie tylko na siebie. „Wydaje mi się, że najwięcej zawdzięczamy porażkom z okresu, kiedy uczymy się życia - z dzieciństwa, młodości” - podkreśla w „Idź własną drogą” Marek Kamiński, który swoje wykłady kończy zdaniem Stanisława Lema wyrytym na jego grobie: „Zrobiłem, co mogłem. Jeżeli potrafisz, zrób lepiej”.

Tekst Renata Jurowicz


Marek Kamiński, polarnik, podróżnik, filozof i przedsiębiorca o sobie na www.marekkaminski.com

Wędruję od ponad 35 lat. Pierwszą samodzielną podróż, z rodzimego Gdańska do Łodzi odbyłem, gdy miałem osiem lat. Odkąd pamiętam lubiłem poznawać świat. W liceum zapragnąłem wybrać się w dłuższą trasę - rejs frachtowcem do Danii i udało się. Rok później podobnym statkiem dopłynąłem do Maroka. Ogromne emocje i zachłyśnięcie się różnorodnością świata. Od tego czasu wyprawy stały się ważną częścią mojego życia. Kolejne lata to nowe wyzwania - wyprawy do Meksyku i na Spitsbergen. Studia na Uniwersytecie Warszawskim. Założenie własnej firmy, która działa do dziś.

Podczas wyprawy na Antarktydę z Wojtkiem Moskalem w 1993 roku zaczęliśmy myśleć o zdobyciu bieguna północnego. Wcześniej nie dotarł tam żaden Polak. Wyruszyliśmy na wiosnę 1995 roku. Po 72 dniach wyczerpującego marszu osiągnęliśmy nasz cel. Kilka miesięcy później dotarłem samotnie na biegun południowy. Zostałem pierwszą osobą, która zdobyła oba krańce Ziemi w jednym roku. Brałem udział w rejsie dookoła Atlantyku, dotarłem i zbadałem źródła Amazonki, przeszedłem pustynię Gibsona. Próbowałem dokonać trawersu Antarktydy. Nie powiodło się, ale to również było cenne doświadczenie. Lubię uczyć się nowych rzeczy, przeżywać kolejne przygody. Uważam, że stawianie sobie kolejnych celów w życiu jest bardzo ważne. Swoją wiedzą i doświadczeniem zdobytymi podczas wypraw chcę się dzielić z innymi. W 1996 roku założyłem Fundację Marka Kamińskiego. Jej zadaniem jest m.in. pomoc osobom potrzebującym i niepełnosprawnym oraz tworzenie programów edukacyjnych. Dzięki fundacji poznałem Janka Melę, niepełnosprawnego chłopca z Malborka, który chciał dotrzeć na biegun. Zorganizowaliśmy wspólną wyprawę. Janek został pierwszą niepełnosprawną osobą na świecie, która zdobyła oba bieguny.

Na co dzień zajmuję się pracą w fundacji, wykładami, piszę książki, prowadzę wyprawy w różne części świata. Należę również do kilku organizacji, m.in.: Polskiej Rady Biznesu AA, Związku Literatów Polskich, Komitetu Badań Polarnych Polskiej Akademii Nauk (członek honorowy) oraz Sopockiego Klubu Żeglarskiego.

Mam rodzinę, żonę i dwójkę dzieci - Polę i Kaya. Przede mną nowe pomysły i wyzwania: kontynuowanie cyklu wypraw z rodziną „Z Polą przez świat”, nauka kolejnych języków, następne podróże, kto wie, może wyprawa w kosmos.

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!