TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny 25 Maja 2019, 19:01
Dziś 16°C
Jutro 18°C
Szukaj w serwisie

Cień ojca chrzestnego

Cień ojca chrzestnego

Czytając pisma, zwłaszcza dwa tomy „Pamiętników”, przywódcy galicyjskich socjalistów Ignacego Daszyńskiego przychodzi nam na myśl Vitto Corleone z powieści Mario Puzo „Ojciec chrzestny”.

Kiedy chcemy kogoś bliżej poznać, a osobiste spotkanie nie jest możliwe, staramy się choćby obejrzeć wizerunki takiego człowieka. Jest to szczególnie ważne w przypadku nieżyjących już postaci historycznych, zwłaszcza tych niejednoznacznych w ocenie. Tak przygotowani, zapoznajemy się z pismami i działalnością tej osoby. Bo prawdziwe jest przysłowie: „jak cię widzą, tak cię piszą”. Oczywiście nasze nastawienie w miarę pogłębiania wiedzy o badanych postaciach może ulegać zmianie, ale tym większe jest wówczas nasze zdziwienie, jak bardzo wizerunek potrafi mylić. Przychodzą wówczas na myśl słowa znanej kabaretowej piosenki: „czy te oczy mogą kłamać?”. Takie właśnie pytanie kołatało mi się w głowie podczas przygotowywania tego artykułu.

Kiedy bowiem oglądamy jakże liczne zdjęcia Ignacego Daszyńskiego, widzimy atrakcyjnego mężczyznę, o pięknej w młodości, a potem wciąż szlachetnej twarzy, szczupłego, wysokiego, z włosem niekiedy romantycznie rozwianym, o przenikliwym i inteligentnym spojrzeniu. Takie twarze określa się mianem rasowych, co zwykle kojarzy się ze starym szlacheckim rodem, o długiej patriotycznej tradycji. A jednak czytając pisma, a zwłaszcza dwa tomy „Pamiętników” przywódcy galicyjskich socjalistów, przychodzi nam raczej na myśl nie żaden Sapieha, Potocki, Zamoyski czy Tarnowski, choć ich przodkowie też bywali na bakier z prawem i porządkiem, ale sam Vitto Corleone z powieści Mario Puzo „Ojciec chrzestny!” (...)

Brak ojca

Ignacy Ewaryst Daszyński przyszedł na świat w Zbarażu, 26 października 1866 roku, jako czwarty syn urzędnika miejscowego starostwa, Ferdynanda Daszyńskiego i jego drugiej, młodszej o 18 lat żony, Kamili z Mierzeńskich. Miał jeszcze Ignacy młodszą o pięć lat siostrę Zofię i przyrodnie, dorosłe rodzeństwo, z którym nie utrzymywał żadnych kontaktów.

Pierwsze lata życia upływały młodym Daszyńskim wśród historycznych krajobrazów dawnych posiadłości kniaziów Wiśniowieckich, z ruinami zamku, lipową aleją i pozostałościami fosy, w postaci stawu, gdzie starsi bracia metodą „ratuj się, kto może”, nauczyli Ignacego pływać.

Jako sześciolatek został uczniem miejscowej szkoły ojców bernardynów, gdzie był prymusem. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Ignacego i jego starszego brata Feliksa, gdyby w św. Mikołaja 1875 roku nie stało się nieszczęście. Była nim śmierć nie starego jeszcze, bo 59-letniego ojca. Matka wkrótce po pogrzebie, wraz z trójką najmłodszych dzieci, przeniosła się do Stanisławowa, gdzie starszy Feliks poszedł do szkoły realnej, a niespełna 10-letni Ignacy do miejscowego gimnazjum. (...)

Ogromny wpływ na stanisławowską młodzież, w tym braci Daszyńskich, wywierała wówczas pewna mieszkająca za miastem rodzina, określana w „Pamiętnikach” jako państwo D., wraz z krótką informacją, że mieszkali przez jakiś czas w Paryżu, gdzie związani byli z kręgiem Towiańskiego, znali Mickiewicza i brali udział w rewolucji 1848 roku, której hasła, bardziej niż hasła Powstania Styczniowego, wlewali w umysły swoich młodych gości. Jak pisze sam Ignacy, po takim przygotowaniu: „Na szkołę patrzyliśmy jako na instytucję, wychowującą marnych serwilistów. Przedmiotem naszej nienawiści byli obaj katecheci.(...) Z góry też patrzyliśmy na „tromtadrację” i kłamliwy patriotyzm kołtunów, noszących podczas różnych występów konfederatki i kontusze”.

Pod wpływem państwa D., pozbawieni ojca bracia Daszyńscy wzrastali w nienawiści do Habsburgów, akurat w czasie, gdy dynastia szukała zgody z galicyjską szlachtą, cesarz obiecał odbudować Wawel i planował objazd swoich polskich ziem (1880 roku). 17-letni Feliks napisał więc „patriotyczny” wiersz, protestujący przeciw wkładaniu „korony Chrobrych” na skroń niemieckiej dynastii, a 14-letni Ignacy dzieło odhektografował, co umożliwiło rozrzucenie go na cmentarzu podczas zaduszkowych, corocznych uroczystości. Wynikło z tego poważne śledztwo, które nam pamiętnikarz szczegółowo opisuje, zapominając jednak podać, kto mu umożliwił dostęp do hektografu, raczej nie należącego do zwyczajnych sprzętów domowych. Ostatecznie chłopcy zostali uniewinnieni, co utwierdziło ich w przekonaniu, że dobrą drogę wybrali. (...)

Działania koła

Kilka miesięcy później młodzież z kręgów państwa Dzwonkowskich radośnie świętowała zamach na cara Aleksandra II (1 marca 1881), ciesząc się, że zabójcą był Polak Hryniewiecki. Swoje patriotyczne uczucia wyrażali m. in. strojąc pomnik Franciszka I, na dziedzińcu gimnazjum, w stare kalesony i szlafmycę, a odkryte części posągu i berło malując farbą w brunatno - żółtym kolorze. Znów bezkarni, tym razem z powodu nie wykrycia sprawcy. W ramach patriotycznego kółka pod egidą państwa Dzwonkowskich, zacieśniali też więzy przyjaźni ze studentami ukraińskimi, śpiewając pieśni, łamiąc się chlebem jak opłatkiem, ściskając i całując, dla przypieczętowania braterstwa. Towarzyszyła temu specyficzna klasyfikacja narodów i przekonanie o starosłowiańskiej wspólnocie. Tak pisze o tym Ignacy Daszyński: „Nie cierpieliśmy Niemców, natomiast sympatią naszą darzyliśmy Celtów (sic!).(...) Kochaliśmy Hindusów, mieszkańców Kaukazu, Albańczyków, Basków i południowych Słowian. Gmina słowiańska miała odrodzić cały świat i dać mu prawdziwe braterstwo”. Jak widać ciekawe poglądy wpajali swoim gościom państwo Dzwonkowscy! A tow. Ignacy, pisząc swoje pamiętniki sześć lat po Wielkiej Wojnie, jako doświadczony polityk i mężczyzna prawie 60-letni, tłumaczy takie spojrzenie na świat młodzieńczą naiwnością, galicyjską nędzą i nieznajomością prawdziwego socjalizmu, nie zastanawiając się nawet przez chwilę, komu mogło to służyć i dla kogo rodzina D. pracowała.

Dalsza działalność agitacyjna kółka, rozszerzana na rusińskich słuchaczy seminarium nauczycielskiego, a za ich pośrednictwem na chłopów, miała wkrótce na młodych Daszyńskich sprowadzić poważne komplikacje. W 1882 roku, pod zarzutem udziału w tajnym stowarzyszeniu, aresztowano kilku członków koła. W wyniku procesu najwyższą karę sześciu tygodni więzienia dostał Feliks Daszyński, a Ignacego wyrzucono z gimnazjum. Wbrew intencjom władz, wkrótce, według własnych słów naszego pamiętnikarza, „wyznawcy słowiańskiego komunizmu”, stali się prawdziwymi socjalistami. Ktoś bowiem podpowiedział im, aby wysłać emisariuszy z misją agitacyjną do Krakowa (!), celem nawrócenia na program kółka „najwybitniejszych socjalistów”. Pojechali: Feliks Daszyński i jeden z braci Dzwonkowskich. Nie pisze tow. Ignacy z kim się kontaktowali, za to z satysfakcją wobec głupich władz, informuje, że wrócili obładowani socjalistyczną bibułą, ze znajomością słów i melodii Czerwonego Sztandaru. I odtąd już z drogi socjalistycznej nie zboczyli.

Sam Ignacy Daszyński po relegowaniu ze szkoły, wyjechał z bratem, matką i siostrą do Lwowa, gdzie całymi miesiącami zajmował się lekturą Darwina, Spencera, Ribota i polskich pozytywistów, potem pojechali do Drohobycza, bo matka bezskutecznie próbowała umieścić niesfornego syna w tamtejszym gimnazjum. Kiedy to się nie powiodło, zatrudnił się młody socjalista jako pomocnik adwokata i natychmiast rzucił w wir agitacji, we współpracy z Iwanem Franko, którego rzekomo dopiero wtedy poznał (...). Chcąc podnieść poziom umysłowy biednych robotników naftowych, wynajął tow. Ignacy za swoje pieniądze pokoik na przedmieściu, gdzie zorganizował czytelnię. Nie pisze tylko, skąd brał udostępnianą tam literaturę. W Drohobyczu zaczął też pisać artykuły do gazet, zwłaszcza lewicowej „Gazety Naddniestrzańskiej”, która choć zamieszczała tajne ponoć i zdobywane drogą przekupstwa tygodniowe rejestry śmiertelnych ofiar borysławskiego przemysłu naftowego, nie miała kłopotów z cenzurą. I nawet mafia żydowskich kapitalistów nie była w stanie jej zaszkodzić. Tak nam to przedstawia do wierzenia tow. Daszyński.

W 1883 roku Ignacy znów wyjechał do Lwowa, do przebywającego tam Feliksa i utrzymywał się z pracy korepetytora, prowadząc równocześnie działalność agitacyjną wśród młodzieży gimnazjalnej (Feliks wśród studentów politechniki). W tym czasie szlifował swój niemiecki i nauczył się rosyjskiego. Wcześniej już swobodnie mówił po ukraińsku. Znajomość języków, zwłaszcza niemieckiego, przyda mu się potem w pracy sejmowej. Po trzech latach, w 1886 roku wyjechał na Podole, jako korepetytor dzieci we dworze pewnej samotnej wdowy. Feliks zaś udał się na studia do Zurichu.

Tekst Jolanta Gancarz
Fragmenty artykułu pochodzą z najnowszego numeru kwartalnika „Okno wiary” nr 4(16)

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!