TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Danuty, Daniela, Juliany 16 Lutego 2019, 20:52
Dziś 0°C
Jutro 9°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień XV

Camino de Santiago -  Dzień XV 

La Vega - Sebrayo

camino

Dzisiaj zacznę trochę od końca: jest późne popołudnie i w oczekiwaniu na kolację w Villaviciosa (pamiętacie, że w Hiszpanii jest praktycznie niemożliwe zjedzenie kolacji w barze czy restauracji przed 20.) leżymy w kilka osób na trawniku. Wszyscy jesteśmy już po prysznicu i teoretycznie mamy na sobie w miarę czyste ubrania, choć tutaj też należy się Wam pewne wyjaśnienie: otóż na Camino, mniej więcej od drugiego dnia, nie ma czystych ubrań, są w najlepszym wypadku ubrania wyprane i w tym wypadku wyprane chyba raczej nie pokrywa się z czystym: nasze koszulki wielokrotnie „wymoczone“ ręcznie w zimnej wodzie, nigdy nie prasowane i suszone na słońcu zdecydowanie odbiegają od standardów. Wzbudzamy więc ciekawość przechodzących ludzi, którzy robią sobie zdjęcie znajdującej się obok nas nowoczesnej rzeźby. Właśnie wtedy Juan opowiada nam jak w Portugalete, podczas gdy stał w kolejce w aptece, podeszło do niego jakieś małe dziecko i patrząc na jego ubranie, plecak i wiszące na nim skarpetki zapytało, czy jest bezdomny. Śmiejemy się do rozpuku z Juana, ale potem chyba każdy z nas na chwilę milknie w zamyśleniu. Coś w tym jest. Camino jest w pewnym sensie porzuceniem domu, porzuceniem pewności zamieszkania i posiłku. Nigdy nie wiemy, czy uda nam się znaleźć miejsce w albergue i w sumie każdy jest jakoś przygotowany na spędzenie nocy pod gwiazdami. No i nosimy ze sobą cały dobytek: „tyle wszystkiego co z sobą miał, Majster Bieda“ – śpiewała kiedyś Wolna Grupa Bukowina i tak to jest dla nas. Dopiero tutaj, z tym skromnym dobytkiem, który przecież jest wystarczający, zdajemy sobie sprawę, ile rzeczy zupełnie zbędnych kumulujemy w codziennym życiu i jak to wszystko nas obciąża: domy, samochody, komputery, telewizory, ubrania, za które płacimy, o które się martwimy, które ubezpieczamy, przez które się zadłużamy, które kończymy spłacać, kiedy straciły już połowę albo i całą wartość. Na Camino nie ma takich zmartwień: wystarczy znaleźć nocleg, wziąć prysznic i wyprać (patrz wyżej) bieliznę i koszulkę, zjeść coś, może opatrzyć rany i to wszystko. Wolność. Przyznam się, że to doświadczenie nawet komuś takiemu jak ja, który „wychował się“ na piosence Bukowiny „A jeśli dom będę miał“, która jest marzeniem o wspaniałym, otwartym i gościnnym domu, pomaga w końcu zrozumieć, dlaczego istnieją ludzie, którzy wybierają bezdomność, choć nie są do niej zmuszeni sytuacją życiową. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak jest.

Zanim jednak mogliśmy się „pobyczyć“ na trawniku również dzisiaj trzeba było przejść około 27 kilometrów. Jest 11 lipca  2010 r., data, której żaden szanujący się Hiszpan nie zapomni nigdy ;-) ale o tym za chwilę. Piętnasty dzień mojego pielgrzymowania, więc jeśli całe Camino ma trwać 28 dni łatwo policzyć, że od dzisiaj jest „z górki“. Akurat! Te marne 27 kilometrów były dla mnie najgorszą udręką za sprawą bólu lewej łydki, który zaczął się już wczoraj, a dzisiaj towarzyszył mi przez cały dzień. Co z tego, że trasa była piękna, najpierw wzdłuż morza, a później przez lasy, skoro prysnął mit, że jak się już „rozchodzę“ to po pierwszych dziesięciu dniach będę szedł „jak przeciąg“, bo mój organizm będzie wytrenowany jak dobrze naoliwiona maszyna. Niestety tak nie jest. Ból chwilowo jest tak silny, że chcę się poddać. W tych momentach dobrze jest, jeśli gdzieś w pobliżu pielgrzymuje jakaś kobieta, bo wtedy po prostu wstyd „wymięknąć“ i jakoś człowiek zaciska zęby i idzie dalej.

Tak to, po raz pierwszy naprawdę solidnie cierpiąc, dochodzę do Sebrayo, gdzie jest sympatyczne albergue na 14 osób i są jeszcze wolne miejsca. Przez chwilę zastanawiamy się, czy nie iść jeszcze 6 km do Villaviciosa, bo w Sebrayo, jak mówi nam pani opiekująca się albergue, mieszka więcej psów niż ludzi i nie ma żadnego baru, gdzie można obejrzeć wieczorny finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej z Hiszpanią w jednej z głównych ról. Ostatecznie jednak zostajemy w Sebrayo, a na kolację i finał podjeżdżamy taksówką. Była to decyzja iście salomonowa, najlepsza z możliwych. Bo kiedy już pobyczyliśmy się na trawniku, zjedliśmy kolację – zaszaleliśmy: trzydaniowe menu peregrino ze znakomitą zupą rybną i winem za 9 euro, obejrzeliśmy finał i przez kilka minut po meczu razem z Hiszpanami pokrzyczeliśmy z radości (to dlatego żaden Hiszpan nie powinien zapomnieć tej daty – są mistrzami świata – Campeones del mundo ;-), później mogliśmy wrócić do naszej spokojnej wioseczki i… wyspać się jak Pan Bóg przykazał, co nie było dane tym, którzy mieszkali w Villaviciosa i w jakiejkolwiek innej większej miejscowości Hiszpanii, która świętowała całą noc. I wszyscy bez wyjątku śpiewali przyśpiewkę z refrenem: „jestem Hiszpanem“, choć na co dzień podkreślają, że są Baskami, Katalończykami itd. Tej nocy wszyscy czuli się Hiszpanami ;-) i krzyczeli to na całe gardło. Na szczęście, my ich nie słyszeliśmy ;-) Jeszcze jedna refleksja: cztery lata temu mieszkałem w Italii i mistrzem świata zostali Włosi, w tym roku jestem w Hiszpanii i mistrzem świata jest… Hiszpania! Czyli, jeśli za cztery lata zamiast włóczyć się po świecie podczas mistrzostw świata będę siedział w Polsce, to Mistrzem będzie… Akurat!

Pielgrzym

 


 

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!