TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Alfa, Leonii, Tytusa 19 Kwietnia 2019, 10:32
Dziś 19°C
Jutro 16°C
Szukaj w serwisie

Akcja – inspiracja

Akcja – inspiracja

Powiem tak, nie znam jej. Nie było okazji się spotkać, po prostu. A już zdążyła mnie zaintrygować... co robić? W końcu nie każda kobieta nazywa się Ellen Stofan.

W słowach dyrektor Muzeum Lotnictwa i Astronautyki bądź co bądź jednak dźwięczy pewien autorytet. I to nie tylko dlatego, że niniejszy budynek stoi w Waszyngtonie. Wolne popołudnie, pogoda typu „cisza przed burzą”; w ręce wpada mi jeden z numerów polskiej edycji czasopisma „Scientific American”. Miła pamiątka po szalonych młodzieńczych latach, notabene. A tam niedługi wywiad z wyżej wymienioną panią. Dlaczego przyciąga uwagę? Bo przyciąga i to zdrowo. Co ma w sobie takiego osobliwego? Kwestia jednego pytania, prawie banału…, a mianowicie – czy robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby zainspirować następne pokolenie odkrywców? Czy wykorzystujemy pełnię możliwości w tym kierunku? No, właśnie. Przez chwilę pomyślałam sobie w dość niewybredny i jednocześnie całkiem klasyczny sposób: a co mnie to. Niech każdy się martwi o siebie, a nie o przedstawicieli nieistniejących (jeszcze!) pokoleń. Zaraz, zaraz, jak to szło? „Wszystko, co było do wynalezienia, zostało już wynalezione”? To słowa Charles’a Duell’a z 1899 roku. Wystarczy mi reklama smartłocza albo innego bajeru z cyberrodziny i nagle moje stuprocentowe pewniki gubią gdzieś kilkadziesiąt procent. A dżentelmen był biurem amerykańskiego biura patentowego. Każdemu się może zdarzyć.
Niedawno byłam świadkiem takiej rozmowy: akurat święto, podwójne; i kościelne, i państwowe. Tak się złożyło. Jak to bywa przy podobnych okazjach – dorośli mają wolne, a mniej dorośli wakacje, jest zastawiony stół w dużym pokoju, cała wataha bliższych i dalszych krewnych. Nie wykręcisz się, nie. Niby gaworzenie o niczym, ale atmosfera niespodziewanie tężeje. I od słowa do słowa dyskusja zaczyna zjeżdżać na poważniejsze tory. Głowa rodziny zadaje pytanie w kulminacyjnym momencie posiłku (czemu przed deserem?). Ale odpowiedź niestety nie brzmi zgodnie z oczekiwaniami. Właściwie, ona w ogóle nie brzmi. Nie pada. A dzieci powinny przecież znać historię, ojczystą szczególnie. Owszem, powinny. Tylko czy ktoś najpierw nie powinien ich jej nauczyć…? Ciekawe, skąd dziewięciolatek czerpie wiedzę o taktykach wojsk bolszewickich z 1920 roku. Zaryzykuję stwierdzenie, że znikąd. Tymczasem niejeden pełnoletni delikwent nie pamięta kto z kim, ani co gorsza – dlaczego. W każdym razie potencjalni odkrywcy zachętę do pogłębiania historycznej wiedzy otrzymali fachową. Nie ma co.
Nie jestem rodzicem. We wspomnianym gronie nie dysponowałam przywilejem upominania kogokolwiek. Bierny widz bez praw do głosowania; nie ma się czym chwalić. Z pomieszczenia wyszłam z pewnie widoczną ulgą. Ciążył mi jakiś niezręczny niesmak. I tym razem nie miał on nic wspólnego z niestrawnością. Niemniej jednak przypomniały mi się słowa dyrektor Stofan. I wiesz? Zrobiło mi się naprawdę smutno.

Oliwia Wachna

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!