DomowaSzukajDomowa

                              

Ustaw stronę redakcji Opiekuna jako domową. Dodaj stronę  redakcji Opiekuna do "Ulubionych". Prześlij adres tej strony znajomym. Napisz do nas. Wydrukuj.
 Opiekun edycja internetowa

 Dziś

Spis

Piszą u nas
Pod naszym patronatem
Rekolekcje z Opiekunem
Diecezja w Internecie

 

Rekolekcje wielkopostne z Opiekunem

Kościół znakiem jedności (1)

Zazwyczaj celem rekolekcji jest odnowienie naszej osobistej relacji do Jezusa Chrystusa. W tegorocznych rozważaniach wielkopostnych na łamach Opiekuna, chciałbym jednak zaprosić czytelników do zastanowienia się nad swoją relacją do Kościoła. Czyniąc to nie zostawiamy Jezusa „na boku”. Jako chrześcijanie wierzymy, że Kościół i Chrystus stanowią jedność. Tradycyjna teologia naucza, że Chrystus cały to Głowa i Jego Ciało, czyli Kościół. Kiedy w XV wieku sędziowie przesłuchiwali Joannę d’Arc chcąc jej przez różne zawiłe i podchwytliwe pytania dowieść herezji, ona miała powiedzieć: „Uważam, że Jezus Chrystus i Kościół stanowią jedno, i nie należy robić z tego trudności”. O tej jedności przypomniał także ostatni Sobór, kiedy na początku Konstytucji o Kościele stwierdza, iż bardzo pragnie „oświecić wszystkich ludzi Jego (Chrystusa) jasnością promieniującą na obliczu Kościoła...” (KK 1) Kościół nie ma innego światła jak światło Chrystusa. Kościół nie ma innego życia poza Jezusem.

 

Ks. Rajmund GruszkaDo tych rozważań skłania także to, że w czasie Wielkiego Postu przezywać będziemy dziesiątą rocznicę ustanowienia diecezji kaliskiej – naszego Kościoła lokalnego.

W II wieku n.e. jedni z pierwszych świadków wiary Hermas i św. Justyna jednomyślnie mówią w swoich pismach: Świat został stworzony ze względu na Kościół.

Czy to stwierdzenie nas nie szokuje? Czy wierzymy, że Kościół, nawet jeśli wielcy tego świata starają się zepchnąć go na margines, nie jest tylko jakimś dodatkiem do świata, ale jest jego celem? Czy nie jest tak, że my sami zbyt często patrzymy na Kościół jako na pewne stowarzyszenie czy grupę zajmującą się sprawami religijnymi? Ale to nie jest prawda. Kościół jest o wiele większą tajemnicą. Tak wielką, że gdy zaczynamy się w nią zagłębiać, aż dech zapiera na myśl, w czym nam słabym dano uczestniczyć.

Słowo ekklesia, od którego pochodzi polskie słowo Kościół, oznacza zwołanie.

Bóg stwarzając człowieka wezwał go - zawołał, aby żył w sposób pełny. Nie można tej pełni osiągnąć samemu – człowiek potrzebuje innych, potrzebuje drugiego. Aby się w rozwinąć, wzrosnąć potrzebuje pełnej miłości relacji nie tylko do Boga, ale także do człowieka. Nasze osobiste doświadczenie potwierdza prawdę tych słów. I dlatego Bóg chciał, aby człowiek żył we wspólnocie, wspólnocie miłości i pokoju, czyli - aby żył w Kościele.

Grzech poważnie zniszczył ten zamysł. Zburzył jedność i pokój z Bogiem, ale także wspólnotę między ludźmi. Pismo święte ukazuje skutki tego zniszczenia we wzajemnych oskarżeniach Adama i Ewy; w historii Kaina i Abla oraz w obrazie pomieszania języków i niemożliwości porozumienia się przy budowie wieży Babel. (Warto przy okazji zauważyć, że zawsze, kiedy motorem ludzkiego postępowania będzie pycha i odrzucenia Boga, wcześniej czy później dojdzie do poplątania i pomieszania między ludźmi. Obserwacja chociażby życia politycznego daje wiele takich przykładów).

Bóg jednak nie zostawił człowieka, postanowił odnowić to, co człowiek zniszczył. W historii Izraela, widać, jak Bóg przygotowuje i zapowiada pojednanie człowieka z Sobą i z braćmi. W pełni nastąpiło to w życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa - Syna Bożego. Jezus pojednał człowieka z Bogiem, ale także z bliźnim (zburzył rozdzielający ludzi mur wrogości) i dlatego jednym z Jego czynów było powołanie na nowo prawdziwej wspólnoty między ludźmi czyli właśnie Kościoła. Tych, których zgromadził wokół siebie nauczył nowego sposobu postępowania (kto by chciał być pierwszym między wami niech będzie waszym sługą) i nowej modlitwy – nowego odniesienia do Boga (Ojcze, Abba). Ta wspólnota, która na początku była małą trzódką, składała się ze słabych, poranionych grzechem ludzi, ale jej mocą stał się całkowity dar Jezusa, który dał im siebie na drzewie krzyża. I chociaż większość pierwszych uczniów w tym momencie stchórzyła i uciekła to jednak Zmartwychwstały Jezus zwołał ich na nowo i tchnął w nich, słabych i grzesznych swego Ducha. I posłał ich, aby szli, głosili, jednali, aby w ich wzajemnych relacjach było widać nową ziemię i nowe niebo.

Kościoła więc chciał i chce Bóg. Nie jest on wymysłem ludzi, nie jest dziełem Piotra czy Pawła. Kościoła chce Bóg, ponieważ On pragnie, aby ludzie żyli w pokoju ze sobą. I Kościół tej jedności ma być znakiem. Poprzez Kościół świat ma zobaczyć, jak mogą wyglądać relacje między ludźmi: że nie ma już podziału na wolnych i niewolników, na mężczyzn i nie mających praw kobiet, na lepszych i gorszych. W Kościele ma być widocznym, że dzięki Bogu i otwarciu na Jego miłość nie musimy ze sobą walczyć, ale nosić swoje brzemiona i tak właśnie stać się bardziej ludźmi.

Drogi Czytelniku – Ty także należysz do tej wspólnoty, jesteś jednym z tych, których zawołał Bóg. Ty jesteś z innymi Kościołem. Co uczyniłeś i co czynisz, aby w Kościele było widać jeszcze bardziej oblicze Chrystusa. Co jeszcze uczynisz?

ks. Rajmund Gruszka

Opiekun nr 4 (98) 02


 

Kościół znakiem jedności (2)

 

W czasie tegorocznych rekolekcji na łamach Opiekuna chcemy zagłębić się w tajemnicę Kościoła. Zagłębić, wejść chociaż troszeczkę, rzucić kilka promieni, kilka myśli... Tajemnica tej rzeczywistości, którą nazywamy Kościołem jest zbyt wielka by ją mogło pomieścić tych niewiele słów. Te rekolekcje są tylko muśnięciem głębi. I także teraz zapraszam do przeczytania tych kilku, może trochę luźno ze sobą powiązanych, myśli.

Przejawem tego, że Kościół jest tajemnicą jest stwierdzenie, że jest on święty – Boży, a jednocześnie grzeszny i potrzebujący stałego nawracania się.

Dla ludzi stających z boku jest to, wydaje się jednym z większych problemów w rozumieniu i ocenie jego działalności. Nie mogą pojąć dlaczego ta wspólnota grzesznych ludzi rości sobie pretensje do przemawiania w imieniu Boga i głęboko wierzy, że ostatecznie nie skruszą jej żadne potęgi. Próbują nieraz ci ludzie, nie rozumiejąc natury Kościoła, traktować go jak każdą inną instytucję i nie rozumieją, dlaczego Kościół nie chce w te ramy się wtłoczyć.

Ludzie wierzący w tym stwierdzeniu: Kościół zarazem święty i grzeszny, widzą tajemnicę Boga, która tak bardzo kocha człowieka, że przychodzi do niego, czyni go swoim przyjacielem, choć dobrze wie, kim człowiek tak naprawdę jest. Ale i dla nich czasami to napięcie (święty – grzeszny) rodzi trudności. Widać to szczególnie wtedy, gdy słabość i grzeszność Kościoła zaczynają szczególnie mocno się przejawiać i wymaga to przeprowadzenia reformy. W jaki sposób reformować Kościół? Co zrobić, aby bardziej była widoczna jego świętość, czyli był widoczny sam Jezus? Te pytania wiele razy w historii były stawiane i dawano na nie różnego rodzaju odpowiedzi.

Jednym z okresów, kiedy to pytanie mocno stawiano był XII i XIII wiek. Ówczesny Kościół, który uczynił bardzo wiele dla zbudowania cywilizacji zachodniej Europy, przeżywał kryzys. Władza duchowna była często bardzo mocno związana z władzą świecką i to prowadziło do nadużyć. Wielu biskupów było bardziej wodzami czy właścicielami olbrzymich majątków niż pasterzami. Szczególnie mocno uderzało bogactwo i splendor Kościoła. Ten stan nie był dobry, wielu chrześcijan było zaniepokojonych i pragnęło reformy – powrotu do życia bliższego Ewangelii. Różnymi drogami próbowano jednak tę reformę wprowadzić. Wielu po prostu odrzuciło instytucję Kościoła, zaczęło budować Kościół według swojego własnego pomysłu. Inni chcąc wrócić do pierwotnej surowości i prostoty popadali w różne dziwactwa. Niektórzy zaczęli głosić własne interpretacje nauki Jezusa. Te reformy prowadziły jednak do dalszego osłabienia i podziałów w Kościele. W tym zamęcie pojawiło się dwóch ciekawych ludzi: w Italii Pietro Bernardone znany jako Franciszek z Asyżu i Dominik Guzman, który choć pochodził z Portugalii większość swego życia spędził na południu Francji i we Włoszech. I to właśnie oni, poprzez założone przez siebie zakony franciszkanów i dominikanów, przyczynili się do prawdziwej reformy Kościoła. Co zrobili? Najprościej rzecz ujmując, zamiast reformować innych zaczęli reformować siebie i swoim osobistym przykładem pociągnęli innych do naśladowania. Dobrze wiedzieli o słabościach Kościoła i nieraz cierpieli od jego przedstawicieli, ale ciągle Kościół kochali. Głęboko wierzyli, ze tego Kościoła chciał Jezus Chrystus. Reformowali Kościół przez osobistą świętość i pomaganie innym na drodze świętości. Reformując z nikim nie walczyli, ale nawracali się, aby w nich coraz bardziej widoczny był Chrystus.

Przykład ich życia jest ciągle aktualny. Oni, jak i my, żyli w czasach rodzenia się nowego sposobu życia, nowej wizji świata. Takie czasy nie są łatwe. Także Kościół szuka wtedy nowych dróg swej działalności. Nieraz, jako, że składa się ze słabych ludzi nie od razu wybiera najlepszą drogę, nieraz na jaw wychodzą jego grzechy. I pojawiają się wtedy ludzie, którzy chcą reformy, zmiany. I dobrze, byleby była to reforma, której celem jest większa miłość i świętość. Kościół zawsze potrzebuje reformy i my też jesteśmy do tej reformy zaproszeni. Zacznijmy od siebie, aby było więcej miłości w nas i pomiędzy nami.

ks. Rajmund Gruszka

Opiekun nr 5 (99) 02


Kościół znakiem jedności (3)

 

W Już po raz trzeci zapraszam Ciebie, drogi Czytelniku, do spojrzenia na tajemnicę Kościoła. Zapewne na co dzień widzisz Kościół, ale nieraz to codzienne spojrzenie jest trochę powierzchowne: czasami ograniczone jedynie do oficjalnych przedstawicieli Kościoła, jak biskupi czy księża; czasami jest dokonywane jedynie przez pryzmat wizyty w biurze parafialnym... A przecież Kościół to coś więcej. I do takiego spojrzenia, trochę szerszego, a może głębszego, zapraszam.

To ostatnie rozważanie będzie najbardziej osobiste, gdyż chciałem w nim powiedzieć o tym, czym Kościół jest dla mnie. Posłużę się myślami, które nie są moje. Gdzieś tam je usłyszałem, ale stały się dla mnie światłem na drogę.

Pierwsza myśl to gdzieś przeczytana definicja: “Kościół to drugi dom, w którym będę mógł zamieszkać wtedy, kiedy rozpadnie się mój dom doczesny”. Z pewnością chodzi tu także o to, co się będzie działo ze mną po śmierci, kiedy wszystko co doczesne się skończy. Ale może nie tylko? Może chodzi też o tych wszystkich, którzy rozwalili już na długo przed śmiercią fizyczną, choćby tylko częściowo, swoje domy doczesne: tych którzy te domy stracili, tych, których domy nie są piękne... Może i oni powinni dom znaleźć właśnie w Kościele. Przecież do nich przyszedł Jezus. To się w jakiś sposób już dzieje. Zauważmy choćby, że wielu starszych ludzi z chęcią przesiaduje w Kościele. W ich domach doczesnych są nieraz na marginesie, niezauważeni a nieraz niechciani, a tutaj w Kościele znajdują nadal swój dom i zawsze są ważni. Są ważni choć dosięgła ich skleroza, nie są ładni i się często mylą... I dobrze, że tak się dzieje. Ale jednocześnie jeszcze wiele nam trzeba zrobić, aby Kościół był takim domem. Uczestniczyłem w rekolekcjach, gdzie misjonarz zauważył, że będąc wiernym Ewangelii, trzeba stwierdzić, że na przykład człowiek wierzący, który musi sprzedawać w sklepie rzeczy niemoralne, powinien zrezygnować z pracy. I zadał wtedy pytanie: czy gdyby tak się stało, wspólnota wzięła by odpowiedzialność za niego i jego rodzinę. Może ktoś powie, że jest to przesada, ale czy naprawdę?

I druga myśl, która się wiąże z tym, o czym mówimy. Niedawno przeczytałem wykład, jaki wygłosił jeden z hierarchów Kościoła katolickiego z racji przyznania mu tytułu doktora honoris causa. Stwierdzał on, że dziś wielu ludzi, aby coś przyjąć, uznać a także uwierzyć w coś, chce najpierw doświadczyć. Możemy z tego się śmiać, możemy wykazywać, że przecież doświadczenie nie jest najważniejsze a prawda. Możemy... ale i tak nie zmienimy tego, że ludzie wokół nas będą chcieli doświadczyć. W Liście do Filipian czytamy, że “Jezus istniejąc w postaci Bożej uniżył samego siebie” i autor Listu dodaje, że to pragnienie (uniżania się dla innych) powinno także przenikać nas, ludzi wierzących (por. Flp 2, 5-6). Może więc trzeba się uniżyć z wyżyn teologii i dać ludziom doświadczyć, aby uwierzyli. W jaki sposób? Autor wspomnianego wykładu czyni pewne porównanie. Tak jak w trzynastym wieku zrodził się kult eucharystyczny i zaczęły powstawać monstrancje, w których ukazywano ludziom Chrystusa, tak i teraz są potrzebne monstrancje, ale nie z materiału. Tą monstrancją ma być wspólnota Kościoła i wspólnoty w Kościele. Monstrancje ze szlachetnych kruszców z Jezusem ukrytym pod postacią chleba będą nadal przemawiały, ale tylko do ludzi już wierzących. Do niewierzących, czy wierzących pozornie (a takich jest większość) taka monstrancja nic nie będzie mówić. Oni mogą zobaczyć Jezusa w ludziach, w chrześcijanach i w tym jak się do siebie odnoszą. Jezus zapowiedział, że będzie obecny w postaciach eucharystycznych, ale także będzie tam, gdzie dwóch, albo trzech jest zgromadzonych w Jego imię. Wspólnota chrześcijan jest także monstrancją, w której inni powinni zobaczyć Chrystusa. Czy tak jest? Chyba pytanie jest niepotrzebne. Z pewnością należy zrobić jeszcze wiele w nas samych, w relacjach pomiędzy ludźmi w Kościele (zarówno w wymiarze poziomym, między poszczególnymi ludźmi, jak i w wymiarze pionowym, czyli w stosunku do pełniących władzę w Kościele), aby oblicze Chrystusa było jeszcze bardziej widoczne. Przecież Kościół ma to oblicze ukazywać. Ukazuje je poprzez sprawowanie sakramentów, ale może czynić to jeszcze bardziej poprzez wzajemną miłość, zaufanie i mądre otwarcie się na drugiego człowieka.

ks. Rajmund Gruszka

Opiekun nr 6 (100) 02

Copyright 2004 KrisPlo