|
Zazwyczaj celem rekolekcji jest odnowienie naszej osobistej relacji
do Jezusa Chrystusa. W tegorocznych rozważaniach wielkopostnych na łamach
Opiekuna, chciałbym jednak zaprosić czytelników do zastanowienia się nad
swoją relacją do Kościoła. Czyniąc to nie zostawiamy Jezusa „na boku”.
Jako chrześcijanie wierzymy, że Kościół i Chrystus stanowią jedność.
Tradycyjna teologia naucza, że Chrystus cały to Głowa i Jego Ciało, czyli
Kościół. Kiedy w XV wieku sędziowie przesłuchiwali Joannę d’Arc chcąc jej
przez różne zawiłe i podchwytliwe pytania dowieść herezji, ona miała
powiedzieć: „Uważam, że Jezus Chrystus i Kościół stanowią jedno, i nie
należy robić z tego trudności”. O tej jedności przypomniał także ostatni
Sobór, kiedy na początku Konstytucji o Kościele stwierdza, iż bardzo
pragnie „oświecić wszystkich ludzi Jego (Chrystusa) jasnością
promieniującą na obliczu Kościoła...” (KK 1) Kościół nie ma innego
światła jak światło Chrystusa. Kościół nie ma innego życia poza Jezusem.
Do tych rozważań skłania także to, że w czasie Wielkiego Postu przezywać
będziemy dziesiątą rocznicę ustanowienia diecezji kaliskiej – naszego
Kościoła lokalnego.
W II wieku n.e. jedni z pierwszych świadków wiary Hermas i św. Justyna
jednomyślnie mówią w swoich pismach: Świat został stworzony ze względu
na Kościół.
Czy to stwierdzenie nas nie szokuje? Czy wierzymy, że Kościół, nawet
jeśli wielcy tego świata starają się zepchnąć go na margines, nie jest
tylko jakimś dodatkiem do świata, ale jest jego celem? Czy nie jest tak,
że my sami zbyt często patrzymy na Kościół jako na pewne stowarzyszenie
czy grupę zajmującą się sprawami religijnymi? Ale to nie jest prawda.
Kościół jest o wiele większą tajemnicą. Tak wielką, że gdy zaczynamy się
w nią zagłębiać, aż dech zapiera na myśl, w czym nam słabym dano
uczestniczyć.
Słowo ekklesia, od którego pochodzi polskie słowo Kościół, oznacza
zwołanie.
Bóg stwarzając człowieka wezwał go - zawołał, aby żył w sposób pełny. Nie
można tej pełni osiągnąć samemu – człowiek potrzebuje innych, potrzebuje
drugiego. Aby się w rozwinąć, wzrosnąć potrzebuje pełnej miłości relacji
nie tylko do Boga, ale także do człowieka. Nasze osobiste doświadczenie
potwierdza prawdę tych słów. I dlatego Bóg chciał, aby człowiek żył we
wspólnocie, wspólnocie miłości i pokoju, czyli - aby żył w Kościele.
Grzech poważnie zniszczył ten zamysł. Zburzył jedność i pokój z Bogiem,
ale także wspólnotę między ludźmi. Pismo święte ukazuje skutki tego
zniszczenia we wzajemnych oskarżeniach Adama i Ewy; w historii Kaina i
Abla oraz w obrazie pomieszania języków i niemożliwości porozumienia się
przy budowie wieży Babel. (Warto przy okazji zauważyć, że zawsze, kiedy
motorem ludzkiego postępowania będzie pycha i odrzucenia Boga, wcześniej
czy później dojdzie do poplątania i pomieszania między ludźmi. Obserwacja
chociażby życia politycznego daje wiele takich przykładów).
Bóg jednak nie zostawił człowieka, postanowił odnowić to, co człowiek
zniszczył. W historii Izraela, widać, jak Bóg przygotowuje i zapowiada
pojednanie człowieka z Sobą i z braćmi. W pełni nastąpiło to w życiu,
śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa - Syna Bożego. Jezus pojednał człowieka
z Bogiem, ale także z bliźnim (zburzył rozdzielający ludzi mur
wrogości) i dlatego jednym z Jego czynów było powołanie na nowo
prawdziwej wspólnoty między ludźmi czyli właśnie Kościoła. Tych, których
zgromadził wokół siebie nauczył nowego sposobu postępowania (kto by
chciał być pierwszym między wami niech będzie waszym sługą) i nowej
modlitwy – nowego odniesienia do Boga (Ojcze, Abba). Ta wspólnota,
która na początku była małą trzódką, składała się ze słabych, poranionych
grzechem ludzi, ale jej mocą stał się całkowity dar Jezusa, który dał im
siebie na drzewie krzyża. I chociaż większość pierwszych uczniów w tym
momencie stchórzyła i uciekła to jednak Zmartwychwstały Jezus zwołał ich
na nowo i tchnął w nich, słabych i grzesznych swego Ducha. I posłał ich,
aby szli, głosili, jednali, aby w ich wzajemnych relacjach było widać
nową ziemię i nowe niebo.
Kościoła więc chciał i chce Bóg. Nie jest on wymysłem ludzi, nie jest
dziełem Piotra czy Pawła. Kościoła chce Bóg, ponieważ On pragnie, aby
ludzie żyli w pokoju ze sobą. I Kościół tej jedności ma być znakiem.
Poprzez Kościół świat ma zobaczyć, jak mogą wyglądać relacje między
ludźmi: że nie ma już podziału na wolnych i niewolników, na mężczyzn i
nie mających praw kobiet, na lepszych i gorszych. W Kościele ma być
widocznym, że dzięki Bogu i otwarciu na Jego miłość nie musimy ze sobą
walczyć, ale nosić swoje brzemiona i tak właśnie stać się bardziej
ludźmi.
Drogi Czytelniku – Ty także należysz do tej wspólnoty, jesteś jednym z
tych, których zawołał Bóg. Ty jesteś z innymi Kościołem. Co uczyniłeś i
co czynisz, aby w Kościele było widać jeszcze bardziej oblicze Chrystusa.
Co jeszcze uczynisz?
ks. Rajmund Gruszka
Opiekun nr 4 (98) 02
Kościół znakiem jedności (2)
W czasie tegorocznych rekolekcji na łamach Opiekuna chcemy zagłębić
się w tajemnicę Kościoła. Zagłębić, wejść chociaż troszeczkę, rzucić
kilka promieni, kilka myśli... Tajemnica tej rzeczywistości, którą
nazywamy Kościołem jest zbyt wielka by ją mogło pomieścić tych niewiele
słów. Te rekolekcje są tylko muśnięciem głębi. I także teraz zapraszam do
przeczytania tych kilku, może trochę luźno ze sobą powiązanych, myśli.
Przejawem tego, że Kościół jest tajemnicą jest stwierdzenie, że jest on
święty – Boży, a jednocześnie grzeszny i potrzebujący stałego nawracania
się.
Dla ludzi stających z boku jest to, wydaje się jednym z większych
problemów w rozumieniu i ocenie jego działalności. Nie mogą pojąć
dlaczego ta wspólnota grzesznych ludzi rości sobie pretensje do
przemawiania w imieniu Boga i głęboko wierzy, że ostatecznie nie skruszą
jej żadne potęgi. Próbują nieraz ci ludzie, nie rozumiejąc natury
Kościoła, traktować go jak każdą inną instytucję i nie rozumieją,
dlaczego Kościół nie chce w te ramy się wtłoczyć.
Ludzie wierzący w tym stwierdzeniu: Kościół zarazem święty i grzeszny,
widzą tajemnicę Boga, która tak bardzo kocha człowieka, że przychodzi do
niego, czyni go swoim przyjacielem, choć dobrze wie, kim człowiek tak
naprawdę jest. Ale i dla nich czasami to napięcie (święty – grzeszny)
rodzi trudności. Widać to szczególnie wtedy, gdy słabość i grzeszność
Kościoła zaczynają szczególnie mocno się przejawiać i wymaga to
przeprowadzenia reformy. W jaki sposób reformować Kościół? Co zrobić, aby
bardziej była widoczna jego świętość, czyli był widoczny sam Jezus? Te
pytania wiele razy w historii były stawiane i dawano na nie różnego
rodzaju odpowiedzi.
Jednym z okresów, kiedy to pytanie mocno stawiano był XII i XIII wiek.
Ówczesny Kościół, który uczynił bardzo wiele dla zbudowania cywilizacji
zachodniej Europy, przeżywał kryzys. Władza duchowna była często bardzo
mocno związana z władzą świecką i to prowadziło do nadużyć. Wielu
biskupów było bardziej wodzami czy właścicielami olbrzymich majątków niż
pasterzami. Szczególnie mocno uderzało bogactwo i splendor Kościoła. Ten
stan nie był dobry, wielu chrześcijan było zaniepokojonych i pragnęło
reformy – powrotu do życia bliższego Ewangelii. Różnymi drogami próbowano
jednak tę reformę wprowadzić. Wielu po prostu odrzuciło instytucję
Kościoła, zaczęło budować Kościół według swojego własnego pomysłu. Inni
chcąc wrócić do pierwotnej surowości i prostoty popadali w różne
dziwactwa. Niektórzy zaczęli głosić własne interpretacje nauki Jezusa. Te
reformy prowadziły jednak do dalszego osłabienia i podziałów w Kościele.
W tym zamęcie pojawiło się dwóch ciekawych ludzi: w Italii Pietro
Bernardone znany jako Franciszek z Asyżu i Dominik Guzman, który choć
pochodził z Portugalii większość swego życia spędził na południu Francji
i we Włoszech. I to właśnie oni, poprzez założone przez siebie zakony
franciszkanów i dominikanów, przyczynili się do prawdziwej reformy
Kościoła. Co zrobili? Najprościej rzecz ujmując, zamiast reformować
innych zaczęli reformować siebie i swoim osobistym przykładem pociągnęli
innych do naśladowania. Dobrze wiedzieli o słabościach Kościoła i nieraz
cierpieli od jego przedstawicieli, ale ciągle Kościół kochali. Głęboko
wierzyli, ze tego Kościoła chciał Jezus Chrystus. Reformowali Kościół
przez osobistą świętość i pomaganie innym na drodze świętości. Reformując
z nikim nie walczyli, ale nawracali się, aby w nich coraz bardziej
widoczny był Chrystus.
Przykład ich życia jest ciągle aktualny. Oni, jak i my, żyli w czasach
rodzenia się nowego sposobu życia, nowej wizji świata. Takie czasy nie są
łatwe. Także Kościół szuka wtedy nowych dróg swej działalności. Nieraz,
jako, że składa się ze słabych ludzi nie od razu wybiera najlepszą drogę,
nieraz na jaw wychodzą jego grzechy. I pojawiają się wtedy ludzie, którzy
chcą reformy, zmiany. I dobrze, byleby była to reforma, której celem jest
większa miłość i świętość. Kościół zawsze potrzebuje reformy i my też
jesteśmy do tej reformy zaproszeni. Zacznijmy od siebie, aby było więcej
miłości w nas i pomiędzy nami.
ks. Rajmund Gruszka
Opiekun nr 5 (99) 02
Kościół znakiem jedności (3)
W Już po raz trzeci zapraszam Ciebie, drogi Czytelniku, do
spojrzenia na tajemnicę Kościoła. Zapewne na co dzień widzisz Kościół,
ale nieraz to codzienne spojrzenie jest trochę powierzchowne: czasami
ograniczone jedynie do oficjalnych przedstawicieli Kościoła, jak biskupi
czy księża; czasami jest dokonywane jedynie przez pryzmat wizyty w biurze
parafialnym... A przecież Kościół to coś więcej. I do takiego spojrzenia,
trochę szerszego, a może głębszego, zapraszam.
To ostatnie rozważanie będzie najbardziej osobiste, gdyż chciałem w nim
powiedzieć o tym, czym Kościół jest dla mnie. Posłużę się myślami, które
nie są moje. Gdzieś tam je usłyszałem, ale stały się dla mnie światłem na
drogę.
Pierwsza myśl to gdzieś przeczytana definicja: “Kościół to drugi dom, w
którym będę mógł zamieszkać wtedy, kiedy rozpadnie się mój dom doczesny”.
Z pewnością chodzi tu także o to, co się będzie działo ze mną po śmierci,
kiedy wszystko co doczesne się skończy. Ale może nie tylko? Może chodzi
też o tych wszystkich, którzy rozwalili już na długo przed śmiercią
fizyczną, choćby tylko częściowo, swoje domy doczesne: tych którzy te
domy stracili, tych, których domy nie są piękne... Może i oni powinni dom
znaleźć właśnie w Kościele. Przecież do nich przyszedł Jezus. To się w
jakiś sposób już dzieje. Zauważmy choćby, że wielu starszych ludzi z
chęcią przesiaduje w Kościele. W ich domach doczesnych są nieraz na
marginesie, niezauważeni a nieraz niechciani, a tutaj w Kościele znajdują
nadal swój dom i zawsze są ważni. Są ważni choć dosięgła ich skleroza,
nie są ładni i się często mylą... I dobrze, że tak się dzieje. Ale
jednocześnie jeszcze wiele nam trzeba zrobić, aby Kościół był takim
domem. Uczestniczyłem w rekolekcjach, gdzie misjonarz zauważył, że będąc
wiernym Ewangelii, trzeba stwierdzić, że na przykład człowiek wierzący,
który musi sprzedawać w sklepie rzeczy niemoralne, powinien zrezygnować z
pracy. I zadał wtedy pytanie: czy gdyby tak się stało, wspólnota wzięła
by odpowiedzialność za niego i jego rodzinę. Może ktoś powie, że jest to
przesada, ale czy naprawdę?
I druga myśl, która się wiąże z tym, o czym mówimy. Niedawno przeczytałem
wykład, jaki wygłosił jeden z hierarchów Kościoła katolickiego z racji
przyznania mu tytułu doktora honoris causa. Stwierdzał on, że dziś wielu
ludzi, aby coś przyjąć, uznać a także uwierzyć w coś, chce najpierw
doświadczyć. Możemy z tego się śmiać, możemy wykazywać, że przecież
doświadczenie nie jest najważniejsze a prawda. Możemy... ale i tak nie
zmienimy tego, że ludzie wokół nas będą chcieli doświadczyć. W Liście do
Filipian czytamy, że “Jezus istniejąc w postaci Bożej uniżył samego
siebie” i autor Listu dodaje, że to pragnienie (uniżania się dla innych)
powinno także przenikać nas, ludzi wierzących (por. Flp 2, 5-6). Może
więc trzeba się uniżyć z wyżyn teologii i dać ludziom doświadczyć, aby
uwierzyli. W jaki sposób? Autor wspomnianego wykładu czyni pewne
porównanie. Tak jak w trzynastym wieku zrodził się kult eucharystyczny i
zaczęły powstawać monstrancje, w których ukazywano ludziom Chrystusa, tak
i teraz są potrzebne monstrancje, ale nie z materiału. Tą monstrancją ma
być wspólnota Kościoła i wspólnoty w Kościele. Monstrancje ze
szlachetnych kruszców z Jezusem ukrytym pod postacią chleba będą nadal
przemawiały, ale tylko do ludzi już wierzących. Do niewierzących, czy
wierzących pozornie (a takich jest większość) taka monstrancja nic nie
będzie mówić. Oni mogą zobaczyć Jezusa w ludziach, w chrześcijanach i w
tym jak się do siebie odnoszą. Jezus zapowiedział, że będzie obecny w
postaciach eucharystycznych, ale także będzie tam, gdzie dwóch, albo
trzech jest zgromadzonych w Jego imię. Wspólnota chrześcijan jest także
monstrancją, w której inni powinni zobaczyć Chrystusa. Czy tak jest?
Chyba pytanie jest niepotrzebne. Z pewnością należy zrobić jeszcze wiele
w nas samych, w relacjach pomiędzy ludźmi w Kościele (zarówno w wymiarze
poziomym, między poszczególnymi ludźmi, jak i w wymiarze pionowym, czyli
w stosunku do pełniących władzę w Kościele), aby oblicze Chrystusa było
jeszcze bardziej widoczne. Przecież Kościół ma to oblicze ukazywać.
Ukazuje je poprzez sprawowanie sakramentów, ale może czynić to jeszcze
bardziej poprzez wzajemną miłość, zaufanie i mądre otwarcie się na
drugiego człowieka.
ks. Rajmund Gruszka
Opiekun nr 6 (100) 02
|