|
Kiedy chodziłem do szkoły, a potem na studiach i w seminarium, pierwszą
rzeczą, jaką zwykle robiłem po rozpoczęciu roku szkolnego, było
przygotowanie specjalnego kalendarza. Miał kształt krawieckiej miary, a
każdy centymetr oznaczał jeden dzień. Zapożyczonym z wojska zwyczajem,
im bliżej do wakacji, a zwłaszcza w czerwcu, w moim seminaryjnym pokoju
zbierało się wieczorami wielu kolegów i z wielką nadzieją i
utęsknieniem odcinaliśmy każdy kolejny dzień. Na ścianach wieszaliśmy
mapy górskich okolic i zdjęcia z ubiegłorocznych wędrówek, w kącie stał
plecak, który pieczołowicie dopakowywaliśmy niezbędnym ekwipunkiem.
Wakacje z dnia na dzień stawały się coraz bliższe, a nasza radość
większa. Bo choć nauka nauką, a obowiązek obowiązkiem, to jednak
wakacje w życiu i dojrzewaniu człowieka odgrywają rolę szczególną i
niezastąpioną. Aby jednak wykorzystać ich twórczy walor, trzeba posiąść
umiejętność dobrego przeżywania wakacji, by stały się prawdziwą sztuką;
trzeba kogoś, kto nas w nią wprowadzi i nauczy dobrze przeżyć wolny
czas. Wtedy wakacje mogą stać się wielką szansą osobistego rozwoju.
Co ciągnie ludzi młodych duchem na górskie wertepy, kajakowe spływy, w
leśne ostępy czy nad jeziora?
Przede wszystkim piękno natury i życia: piękno, które można osobiście
odkryć i doświadczyć tylko na wakacjach. Tam kontakt z przyrodą jest
bliski, żywy i spontaniczny, pozbawiony całorocznej schematyczności i
monotonii, przypisanej niejako do szkolnej mordęgi i stałego miejsca
zamieszkania. Samo wyrwanie się z domu, spod oka rodziców i
nauczycieli, już niesie cudowny i obiecujący zapach wolności. Ale też i
odpowiedzialności. Bo na wakacjach wszystko trzeba robić samemu. I
chętnie się robi, bo każdy widzi sens i konieczność okopania namiotu,
utrzymywania porządku w plecaku, dyżurów w kuchni, zakupów, zbierania
chrustu i przygotowania zabaw na wieczorne ognisko. Każdy zaniedbany
obowiązek mści się bowiem szybko i bezpośrednio na niedbałych, a to
uczy życia o wiele skuteczniej niż rodzicielskie „kazania” czy szkolne
regulaminy.
Wakacje to także świetna szkoła życia społecznego. Komfort i dobra
atmosfera we wspólnocie jest bowiem zależna od każdego z uczestników:
od umiejętności współpracy i podziału zadań, wkładu swojego poczucia
humoru, wspólnej woli rozwiązywania konfliktów, dyscypliny i
punktualności. Stąd też w naturalny sposób odkrywa się, że na jakość
życia we wspólnocie wielki wpływ ma osobisty wkład każdego, że to
wspólne dobro nie przychodzi samo z zewnątrz, lecz musi być tworzone
wzajemnym wysiłkiem i zaangażowaniem każdego.
Dlatego czas wakacyjny to miniaturka i trening dorosłego życia, to
jakby połączenie poligonu z laboratorium, gdzie w zagęszczeniu
czasowym, z dużą intensywnością, a zarazem w poczuciu bezpieczeństwa i
pod dobrą opieką, można się zetknąć z różnorodnymi sytuacjami życia.
Młody człowiek w krótkim czasie i z możliwością wycofania się z błędu,
ma okazję przetestować wiele sytuacji, które później są ciągłym i
nieuchronnym udziałem każdego człowieka.
I właśnie dlatego wakacje stwarzają wspaniałą szansę wychowawczą, którą
warto wszechstronnie wykorzystać. Kiedyś dawno robiło to tylko skautowe
harcerstwo, ale już od dziesiątków lat dołączyły do nich duszpasterstwa
akademickie (jednym z pionierów takich wakacji był Ks. Karol Wojtyła),
rekolekcje oazowe czy rozmaite grupy duszpasterskie z księdzem. Dla
takich duszpasterzy to jednak nie są tylko wakacje, lecz praca, choć
inna niż w roku szkolnym. I dlatego w planie rocznych zajęć i
obowiązków duszpasterskich każdego księdza pracującego z młodzieżą,
warto uwzględnić kilkanaście dni na wakacyjny wyjazd z grupą. I to
niekoniecznie tylko w ramach własnego urlopu. Wtedy bowiem
duszpasterstwo wakacyjne staje się jakby prywatnym hobby księdza, na
które poświęca swój wolny czas, podczas gdy powinno być ono istotnym,
wręcz obowiązkowym dopełnieniem pracy katechetycznej i formacyjnej.
Skoro tyle wysiłku wkładamy organizacje i kontrolę pracy
duszpasterskiej w roku szkolnym, może warto zainwestować też w pracę
wychowawczą w czasie wakacji.
Oczywiście duszpasterstwo wakacyjne wymaga specjalnego charyzmatu:
chyba nie każdy ksiądz się w tym odnajdzie i poradzi sobie. Ale tym
bardziej należy wspomóc tych, którzy potrafią i lubią to robić, np.
skierowując ich na dwutygodniowy obóz z młodzieżą. Na pewno będzie to
dla nich większy wysiłek i utrudzenie, niż „dyżurowanie” w opustoszałej
parafii w sezonie urlopowym. A pożytek i owoce tej pracy będą na pewno
niepomiernie większe.
Ks. Mariusz Pohl
Opiekun nr 3 (123) 2003
|