|
Od czasu do czasu któryś z polskich lub polskojęzycznych kanałów
telewizyjnych karmi nas filmem o amerykańskiej szkole. Czasem jest to
opowieść o szkole ekskluzywnej, tylko dla bogaczy; najczęściej są to
jednak filmy z pogranicza „kina akcji”, o szkołach z zakazanych dzielnic.
Fabuła zwykle jest podobna. Do „trudnej młodzieży” przybywa nowy
nauczyciel lub nauczycielka. Początkowo bohater (bohaterka) przeżywa
wiele porażek i gorzkich rozczarowań. Dokonuje jednak nadludzkich czynów,
stosuje niekonwencjonalne metody wychowawcze. Oczywiście przynosi to
pozytywne rezultaty. Już mniej więcej w siedemdziesiątej minucie trwania
filmu (jeśli film jest telewizyjny, to oczywiście prędzej) dotychczasowi
kandydaci na bandytów i morderców zamieniają się w gromadę super
dzieciaków, z którymi „można konie kraść”. Wszystko dobrze się kończy
(jak to zwykle w amerykańskich filmach), a potem już tylko szczęście i
idylla.
Ciekawe w tych opowiastkach są krajobrazy z tamtej rzeczywistości.
Budynki szkolne zdewastowane do granic możliwości, opisane jakimś
obrzydliwym „graffiti”. Sale lekcyjne ciemne, ponure. Lekcje prowadzone
przez innych, niż główny bohater, nauczycieli rozpaczliwie nudne.
Młodzież w dziwnych strojach, z fryzurami jak ze złego snu, wulgarna do
granic możliwości i w słownictwie, i w zachowaniu. To tylko szkic,
oczywiście. Bardziej zainteresowanych zachęcam do oglądania.
Zapyta ktoś, dlaczego tak się rozpisałem o tej zdegenerowanej
amerykańskiej szkole, którą uzdrawiać muszą spec - komandosi lub
pozytywnie nawiedzone „psycholożki”. Otóż jeszcze kilka lat temu
patrzyłem na te filmy jak na fantastykę, niekoniecznie naukową. Ale od
pewnego czasu jakby zaczęło być znajomo... I powiało grozą. Oczywiście, w
naszych szkołach jeszcze nie jest tak źle, ale to dopiero początek drogi.
Co będzie za najbliższym zakrętem?
Powoli wydają owoce takie eksperymenty jak tzw. bezstresowe wychowywanie
dzieci, rozumiane najczęściej jako absolutny brak wymagań i uleganie
wszelkim dziecięcym zachciankom; obrona PRAW dziecka czy ucznia, przy
całkowitym zapomnieniu, że młode pokolenie ma też OBOWIĄZKI. Inne ciekawe
doświadczenia to zohydzanie, gdzie tylko się da, wszelkich autorytetów,
brak zrozumienia i współpracy między Rodziną, Szkołą i Kościołem, częste
przeciwstawianie sobie tych trzech instytucji, tak ogromnie ważnych w
wychowaniu młodego pokolenia. Do tego wszystkiego dochodzi manipulowanie
przy prawie, którego skutkiem jest jego całkowita bezradność wobec
straszliwych zdarzeń i ich młodocianych sprawców. To tylko kolejny w tym
rozważaniu zarys sytuacji, który absolutnie nie rości sobie pretensji do
wyczerpania tematu. To tylko szkic rzeczywistości, która nieuchronnie
prowadzi do tego, że wiele naszych, polskich szkół już wygląda, lub
niedługo będzie wyglądać tak, jak te z amerykańskich filmów. I nie ma się
co łudzić, życie to nie fabuła. Tak szybko nie znajdziemy armii dzielnych
komandosów lub pań z nadzwyczajnymi umiejętnościami, którzy to
bohaterowie zdołają szybko i skutecznie odmienić naszych milusińskich.
Wielu Czytelników powie, że to co powyżej napisałem, to gruba przesada,
że wcale nie jest u nas tak źle. Oby mieli rację oni, a nie ja. Niestety,
przyglądam się od prawie dwunastu lat z bliska Szkole i jej wysiłkom. I
widzę to i owo. Widzę jak coraz trudniej pracuje się nauczycielom. Jak
zmienia się, powoli, ale nieustannie, stosunek uczniów do nich. I to
wcale nie na lepsze, niestety. Powiedzieć dzisiaj o nauczycielce głośno,
publicznie, w jej obecności, że jest „kurwą” lub „dziwką” to nic
nadzwyczajnego, i to już dla ucznia końca podstawówki czy gimnazjum. O
groźbach, próbach zastraszania nie wspominam. Wiemy doskonale z doniesień
prasowych czy telewizyjnych, że na słowach się nie kończy. Na razie są to
wypadki sporadyczne. Na razie.
ks. Janusz Giera
Opiekun nr (89) 2001 |