|
Ostatnio w Brazylii przebywał papież Benedykt XVI...
Oczywiście moi parafianie, chociaż mieszkają z dala od wielkich
miast, wiedzieli o Jego wizycie. Informowaliśmy o niej w kościołach,
modliliśmy się, umieściliśmy zdjęcia Ojca św. Papież w Brazylii
mówił do młodzieży, społeczeństwa o wierności małżeńskiej, czystości
przedmałżeńskiej, o ważności rodziny... Z tego, co wiem i widziałem
był bardzo radośnie przyjęty. Ogłosił również pierwszego świętego
brazylijskiego, ojca Galvao. Wizyta Ojca Świętego była bowiem czymś
ważnym dla umocnienia w wierze chrześcijańskiej i katolickiej całego
narodu. Obecność sekt w Brazylii jest bardzo silna i niestety wielu
zostawia nasz Kościół, przechodząc do sekt. Papież rozpoczął również
obrady V Konferencji Biskupów Ameryki Południowej i Centralnej –
CELAM. Jego obecność wśród setek biskupów była manifestacją
wspólnoty wiary. Biskupi razem z Papieżem zebrali się, aby mówić o
radościach i troskach Kościoła Ameryki Południowej i Centralnej.
Od niedawna rozpoczął Ksiądz pracę w Amazonii.
Już od wielu lat myślałem o pracy misyjnej w dżungli amazońskiej. W
ciągu moich wakacji wiele razy jeździłem na 2-3 tygodnie do różnych
miejsc puszczy amazońskiej, aby poznać lepiej tą rzeczywistość. Pięć
lat temu napisałem list do księdza biskupa Nap ierały
prosząc o jego opinię na temat mojego wyjazdu do Amazonii.
Odpowiedział mi, że decyzja należy wyłącznie do mnie, a w Brazylii
mogę pozostać jak długo będę chciał. Mogę również pracować w
Amazonii. W końcu zdecydowałem się. Moja decyzja była przemyślana i
omodlona. Nie była pochopna. Kiedy zostawiałem diecezję Luziânia w
stanie Goiás, w centrum Brazylii, moje serce było bardzo podzielone,
z jednej strony płakałem, ale z drugiej strony wiedziałem i czułem,
że Bóg chce tego ode mnie. Na początku roku, dokładnie 7 stycznia,
przypłynąłem do miasta Tefé w stanie Amazonas. Moje miasto jest
oddalone od Manaus: 44 godziny drogi statkiem liniowym, 14 godzin
szybką łodzią, w której jedzie około 80 pasażerów albo od 3 tygodni,
samolotem – 1 godzina lotu. Prałatura Tefé ma około 280.000 km
kwadratowych, a więc prawie obszar Polski (312.000). Na terytorium
prefektury mieszka około 300.000 ludzi, bardzo rozproszonych na tym
obszarze. Największe miasto to Tefé. To miasto, gdzie mieszka
biskup, ma około 70.000 ludzi. 12 parafii znajduje się na wielkich
rzekach Solimes, Japurá, Juruá. Moja parafia znajduje się na brzegu
jeziora zwanego Tefé. Mam do odwiedzenia 46 osad na rzekach Tefé,
Curumita i Bauana i na samym jeziorze Tefé. Na terenie parafii
mieszka około 15.000 ludzi, tj. około 6.000 w mieście i około 6.000
na wyspie Abial. Także około 3.000 na 3 rzekach. Do parafii należy 1
osada Indian Ticuna.
A więc w parafii mieszkają Indianie?
Tak. W naszej prałaturze mieszka wiele plemion Indian, z których
zdecydowana większość ma kontakt z białym człowiekiem. Są
chrześcijanami. Niektóre grupy są naszymi przyjaciółmi, ale są
również szczepy, które mieszkają w głębi dżungli i nie chcą kontaktu
z białym człowiekiem. Rozumiem ich. Od tych, którzy biją, uciekamy…
Indianie ucierpieli bardzo z powodu białych. Być może pewnego dnia
zrozumieją, że chcemy być ich przyjaciółmi.
Na czym polega Księdza praca?
Jest inna od mojej pracy w Goiás, jeżeli chodzi o kwestię
budowania. Mam tutaj w mieście już wybudowany kościół, dom
parafialny, dom duszpasterski. Będziemy budować małe kapliczki w
głębi
dżungli. Jest bardzo ważne, aby każda osada miała swoją kapliczkę.
Napewno nie uda mi się zrobić tego we wszystkich osadach, ale myślę,
że chociaż w tych największych.
Jeżeli chodzi o pracę w mieście, to jest podobna trochę do pracy w
Goiás. Od poniedziałku do soboty od 8.00 do 11.30 urzduję w
sekretariacie parafialnym. Zawsze ktoś się pojawi. Po południu we
wtorek odwiedzam rodziny. Tak poprostu pukam do drzwi, przedstawiam
się i pytam, czy nie chcieliby ze mną porozmawiać. Poznajemy się,
pytam o ich rodzinę, zapraszam do uczestnictwa we Mszy św., do
ochrzczenia siebie i dzieci. Zachęcam do posyłania na lekcje religii
dzieci i młodzież. Jest to również okazja, aby zobaczyć, jakie są
ich potrzeby. Czasami zapisuję nazwisko rodziny. Potem przychodzę,
aby pomóc w wyżywieniu. W środę popołudniu odwiedzam chorych, a w
czwartek - więźniów w miejscowym więzieniu. W piątek przygotowuję
kazanie na niedzielę i załatwiam inne sprawy parafialne. W sobotę
mam spotkania, kursy formacyjne albo katechezę z dziećmi i
młodzieżą. Wieczorami mam, od czasu do czasu, jakieś spotkania itd…
Codzienne odprawiam Mszę św. i słucham spowiedzi, chociaż bardzo
mało ludzi czuje potrzebę spowiedzi. Tak byli wychowani. Niedziela
to trzy Msze św., spowiedzi, spotkania duszpasterstw... Oczywiście
zawsze w tygodniu pojawi się jakiś pogrzeb itd.
A w dżunglii?
Praca w głębi dżungli różni się od pracy w mieście. Dwa razy w roku
muszę odwiedzić te wspólnoty katolickie, a jak już mówiłem mam ich
46. Jest to możliwe tylko w czasie, kiedy jest wysoka woda, tzn. od
grudnia do końca czerwca. Takie podróże trwają około 2-3 tygodni. I
wtedy moim domem staje się barka. W tym roku udało mi się odwiedzić
tylko część wspólnot. Zawsze płynie ze mną grupa ludzi,
kierowca-mechanik barki, przewodnik, który zna region odwiedzany,
czasami jakaś siostra zakonna. Podróż w głąb dżungli samemu byłaby
niemożliwa i bardzo niebezpieczna. Kiedy przyjeżdżamy do osady
odwiedzam rodziny, chorych, zapraszam do uczestnictwa we Mszy św.,
mamy spotkania z mieszkańcami osady. To forma wymiany doświadczeń,
dzielenia się radościami i smutkami, pewna forma ewangelizacji i
katechizacji. Oczywiście chrzczę dzieci, błogosławię małżeństwa,
spowiadam i odprawiam Msze św. Rozmawiam również z miejscowym
katechistą, który jest odpowiedzialny za katechezę, przygotowanie do
ślubu i organizowanie Nabożeństwa słowa Bożego w każdą niedzielę. Od
tych ludzi zależy bardzo wiele, żeby nie powiedzieć prawie wszystko
w życiu chrześcijańskim wspólnoty-osady podczas bardzo długich
miesięcy nieobecności księdza lub siostry zakonnej.
Z perspektywy czasu, czy mógłby Ksiądz porównać pracę
duszpasterską w Polsce i Brazylii?
Upłynęło 11 lat, od kiedy przyjechałem do Brazylii i napewno wiele
już się zmieniło w Polsce w myśleniu ludzi i księży. Można by bardzo
wiele mówić, ale chciałbym się ograniczyć do jednej bardzo
charakterystycznej sprawy - odpowiedzialność za Kościół. Kościół w
Brazylii to Kościół ogromnego zaangażowania ludzi świeckich w pracę
ew angelizacyjną
i duszpasterską. Mamy bardzo wiele duszpasterstw, grup, ruchów
religijnych. Oczywiście bycie chrześcijaninem nie jest związane z
działalnością w tych grupach. Ktoś może być wspaniałym
chrześcijaninem, uczestnicząc tylko we Mszy św. niedzielnej,
spowiadając się, wychowując religijnie dzieci itp… Ale widzę, że
wielu ludzi angażuje się bardziej w różne prace parafialne i czują
się bardzo odpowiedzialni za swoją parafię. Bardzo wielu rozumie, że
parafia jest sprawą wszystkich, a nie tylko księdza, że wszyscy są
za nią odpowiedzialni. Być może coś się w Polsce zmieniło. My mamy
nasze uwarunkowania historyczne, które rozumiem.
Ciekawe jest, że wielu katolików „opodatkowuje się”. Sami,
spontanicznie część ze swoich zarobków co miesiąc systematycznie
przekazują parafii. Rada Ekonomiczna parafii przyjmuje te pieniądze
i razem z proboszczem, nimi administruje. Księża pracujący otrzymują
wynagrodzenie od parafii. W swojej wysokości nikogo ono nie dziwi i
„nie gorszy”. Oczywiście nie wszystkie parafie w Amazonii mogą
płacić takie wynagrodzenie swoim księżom. Płacą często połowę tej
wypłaty ze względu na brak funduszy. Przecież w każdej parafii są
różne stałe wydatki. Ta praktyka nazywa się „dziesięciną”, ponieważ
wielu z nich 10% swojego dochodu przekazuje parafii. Wielu ludzi
przekazuje 5% lub 3%. Ciekawe, że ja również, będąc członkiem
konkretnej parafii przekazuję część mojej pensji, tzn. 10% „na
Kościół”. W ten sposób czuję się częścią tej wspólnoty wiary, a nie
tylko jej administratorem.
Czy są jakieś różnice w liturgii?
Jest kilka elementów. Napewno Msze św. w Brazylii są o wiele
„radośniejsze” z powodu śpiewów, gestykulacji, klaskania, rytmów,
zaangażowania świeckich. Dla nas Polaków Msza św., obecność
Chrystusa na Eucharystii jest motywem kontemplacji, podczas gdy dla
Brazyliczyków motywem radości. Ta sama prawda wiary, ale różne formy
jej przeżycia.
Znak pokoju jest wyrażany w sposób miejscowy tzn. uścisk dłoni z
uśmiechem i radością na twarzy. Czasami to prowadzi do chaosu w
kościele i musimy walczyć z pewnymi nadużyciami. Szczerze mówiąc, do
dnia dzisiejszego nie rozumiem tego naszego polskiego „kiwania”
głową. Uścisk dłoni należy do naszej polskiej kultury i ma swoje
ogromne znaczenie.
Żaden ksiądz nie zbiera składki w czasie Mszy św. Byłoby to nie
zrozumiałe. Kto więc zbiera składkę? Ministranci, a w większości
wypadków sami ludzie niosą dary do ołtarza. W czasie ofiarowania
formuje się procesja i wierni niosą swój dar, składając go u stóp
ołtarza, do koszyczka. To jest piękne! Ludzie sami idą i gwarantuję,
że ksiądz chodząc z koszyczkiem nie zebrałby więcej. Wiem, że w
Polsce mamy kilka kieszeni, zależy czy idzie proboszcz, wikariusz,
kościelny czy ministrant. Tam w Brazylii tego nie ma. Bo to jest dar
dla Jezusa i Kościoła, a nie dla księdza…
Myślę, że nasze śpiewy odpowiadają bardziej akcji liturgicznej.
Nikt nie śpiewa w czasie ofiarowania albo Komunii św. pieśni o Matce
Bożej. To jest moment dla Jezusa Eucharystycznego.
Problemy Kościoła w Tefé?
Pierwszy to brak kleru lokalnego. Nie mamy jeszcze miejscowych
księży. Wszyscy są z zewnątrz, kilku obcokrajowców i Brazylijczycy z
południa. Obecnie mamy już w seminarium 15 kleryków, ale ilu z nich
przyjmie święcenia kapłańskie? Księża, którzy tutaj przyjeżdżają,
zostają około 3 lat i wracają do swoich diecezji.
Drugim problemem jest wielka ilość sekt, które niszczą wspólnotę
życia w rodzinach i osadach. Wielu katechistów ma trudności z
czytaniem i pisaniem, albo po prostu nie umie ani czytać ani pisać.
Brak katechistów w niektórych osadach uniemożliwia realizację
Nabożeństwa słowa Bożego w niedziele i rozpanoszenie się sekt.
Tefé nie jest diecezją, lecz prałaturą terytorialną, tzn. że nie ma
możliwości materialnych, finansowych, aby funkcjonować bez pomocy z
zewnątrz. Nasze parafie funkcjonują dzięki pomocy z zewnątrz, którą
otrzymujemy. A więc następny nasz problem to brak środków
finansowych potrzebnych do duszpasterstwa. Podróże wgłąb dżungli są
bardzo drogie. Taka 3-tygodniowa podróż kosztuje około 2.500-3.000
złotych. Utrzymanie barki jest bardzo kosztowne. To ogromny ciężar
finansowy dla każdej parafii.
Jak my możemy pomoc misjom?
Nasze działanie jest konsekwencją naszego spotkania z Bogiem, które
dokonuje się na modlitwie i jest również manifestacją miłości do
Niego. A więc modlitwa, więź z Bogiem, rodzi działanie. 25 lipca
jest realizowana na terenie Polski akcja nazwana „Św. Krzysztof”.
Akcja ta polega na ofiarowaniu na cel misji 1 grosza za każdy
przejechany kilometr w ciągu roku. Jeśli ktoś przejechał 1000 km w
ciągu roku - daje 10 złotych. Te pieniądze są przekazane do MIVA
POLSKA, która znajduje się w Warszawie, w Centrum Misyjnym. Celem
organizacji jest pomoc misjonarzom w zakupie środków lokomocji
takich jak samochód, motor albo barka. To bardzo ważne, aby nasze
parafie były uwrażliwione na akcje misyjne.
W tym roku, wizytując różne parafie będę zbierał ofiary na pracę
duszpasterską, podróże do dżungli, do oddalonych osad. Myślę o
kupnie Pisma Świętego dla każdego katechisty poza miastem, w
dżungli. Oni są bardzo biedni. Większość z nich ma ogromne trudności
z kupieniem Biblii. Praca duszpasterska wymaga funduszy, musimy
przygotować dobrze naszych katechistów, a to trochę kosztuje. Taki
kurs to ogromny wydatek: materiał dydaktyczny, książki, ksero,
jedzenie, ropa do naszej barki i łodzi uczestników. W tym roku
zaczynamy w mieście remont i wymianę dachu na kościele, na który
będziemy musieli zorganizować pieniądze. Taka pomoc dla pracy w
dżungli, poza miastem byłaby czymś bardzo wielkim. Jeśli coś z tych
ofiar zostanie, pomożemy jednej ze wspólnot umieszczonych na
jeziorze Tefé w budowie kaplicy.
Wykorzystując okazję, pragnę podziękować za pomoc, której
doświadczyłem 2 lata temu, szczególnie parafianom z parafii pw. św.
Marcina w Jarocinie oraz św. Piotra i Pawla w Sycowie, jak również
wielu indywidualnym osobom. W sposób szczególny pewnej pani z Kępna,
która bardzo mi pomogła w budowie domu parafialnego. Dziękuję także
ks. Antoniemu Tofilowi ze Słupska z parafii pw. św. Jana Kantego.
Jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuje księżom biskupom
Stanisławowi i Teofilowi za okazaną mi życzliwość i pomoc,
pracownikom i mieszkańcom Kurii, jak również wszystkim, którzy się
za mnie modlą i pomagają w różny sposób misjom.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała Joanna Walczak
|