|
W jaki sposób Siostra znalazła się na misjach w
Kambodży?
Od dzieciństwa moim największym pragnieniem było, żeby wyjechać
na misje, szczególnie tam gdzie
jest
największa bieda. Pierwotnie chciałam wyjechać jako osoba świecka,
nie myślałam o wstąpieniu do zakonu. Z czasem odkryłam powołanie i
wstąpiłam do Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki, założonego
przez księdza Jana Bosko, które jest zgromadzeniem misyjnym, a jego
głównym charyzmatem jest ewangelizacja dzieci i młodzieży poprzez
edukację i wychowanie. Moje pragnienie wyjazdu na misje wyraziłam od
razu przy wstąpieniu do zgromadzenia.
Kiedy kończyłam studia, zostałam zaproszona do Rzymu na roczny kurs
misjologiczny. W czasie jego trwania matka generalna pytała nas, czy
mamy jakieś konkretne pragnienie, miejsce gdzie chciałybyśmy
pojechać. Ja odpowiedziałam, że jestem gotowa pojechać wszędzie
gdzie mogę się przydać, ale zwłaszcza tam gdzie są ludzie
najbiedniejsi. Powiedziałam też, że bardzo marzyłam o Chinach.
Podczas kolejnej rozmowy usłyszałam, że siostry chcą mnie wysłać do
Kambodży, na co bez wahania się zgodziłam, jeśli taka jest wola
Boża.
Jakie były pierwsze wrażenia Siostry po przyjeździe do Kambodży?
Najpierw przeżyłam wielki szok. Kiedy przyjechałam był początek
października, pora deszczowa, wielka wilgotność powietrza, która
wręcz utrudniała oddychanie. Inna kultura i inaczej wyglądający
ludzie, inna przyroda. Drogi pełne śmieci i wyrw po minach A przede
wszystkim rzucała się w oczy porażająca bieda, domy wyglądające jak
lepianki. To wszystko było bardzo trudne. Jednak w momencie kiedy
poznałam nasze wychowanki, ich otwartość, serdeczność i zadowolenie,
że ktoś z innego kraju przyjechał, aby być z nimi, to szybko wróciła
radość. Po miesiącu czułam się już jak w domu.
Gdzie Siostra trafiła?
Do Battabang. Jest to drugie co do wielkości miasto w Kambodży,
liczące około 80 tysięcy mieszkańców, oddalone 300 km od stolicy, W
tym mieście nasze zgromadzenie rozpoczęło działalność w roku 2002
roku na zaproszenie hiszpańskiego biskupa Kike Figare da.
Zaprosił on siostry salezjanki ponieważ w tym okręgu jest bardzo
dużo dziewcząt zagrożonych prostytucją, jest to miasto graniczące z
Tajlandią. Dziewczęta często są sprzedawane przez własne rodziny, by
miały one środki do życia.
W Battabang prowadzimy szkołę dla dziewcząt z internatem, gdzie pracują 4
siostry z trzech różnych kontynentów. Obecnie w szkole jest 70
dziewcząt w wieku od 16 do 25 lat, które nie miały wcześniej
możliwości uczenia się. Skończyły trzy lub cztery klasy szkoły
podstawowej i właściwie przez całe swoje życie pracowały wspierając
rodziny. Dziewczęta są z nami 24 godziny na dobę. Jest to formacja
całościowa. Przez połowę dnia uczą się języka khmerskiego,
matematyki, biologii, geografii, historii i higieny. W drugiej
części dnia uczą się kroju i szycia, by kiedyś zarobić na siebie i
swoje rodziny. Otrzymują też solidną formację moralną.
Wśród naszych dziewcząt spotykamy się z wieloma problemami natury
emocjonalnej, prawie każda z nich ma za sobą tragiczną sytuację
rodzinną. Bywa tak, że musimy je odkupywać od rodziców, czy nawet
wykradać, gdyż rodzice chcieli je sprzedać do hoteli, gdzie
zajmowałyby się prostytucją. Wiele z nich jest załamanych, w
depresji. Na całą klasę, liczącą 30 osób, tylko cztery nie próbowały
popełnić samobójstwa.. Chętnie przyjmują wszystko, co się do nich
mówi. Po pewnym czasie zaczynają mówić o odnajdywanym sensie życia;
mówią, że życie, choć trudne, może być piękne.
Wiele z nich wyraża chęć uczenia się katechizmu i przyjęcia chrztu.
Na to jednak potrzebują zgodę rodziców. Jeśli taka jest, bardzo
chętnie je uczymy. W ubiegłym roku taką wolę wyraziło 40 dziewcząt.
Uczęszczały one na katechezę do kościoła. Mamy już dwa roczniki
absolwentek naszej szkoły, które zaczęły samodzielne życie. Udało
nam się od jednej z organizacji hiszpańskich uzyskać pomoc i
mogłyśmy dla każdej z nich kupić maszynę do szycia i materiały
potrzebne do założenia własnego małego warsztatu.
Czym się Siostra zajmuje na co dzień?
Swoją pracę w Kambodży rozpoczęłam w październiku 2003 roku. Moim
głównym obowiązkiem jest administracja i ekonomiczna strona
działalności naszego ośrodka. Troszczę się o utrzymanie domu, o
zakupy. Poza tym nasze dziewczęta uczę angielskiego.
Moja praca nie ogranicza się jednak do samego ośrodka. W tej chwili
ludzie w Kambodży mają do nas bardzo wielkie zaufanie, przychodzą ze
swymi problemami, czasami z bardzo dziwnymi czy wręcz śmiesznymi.
Był przypadek, że kobieta, która urodziła dziecko nie miała pokarmu,
nie wiedziała co ma robić. Wzięłyśmy ją do lekarza, gdzie uzyskała
konkretną pomoc.
Najczęściej udzielamy pomocy medycznej, rozdajemy leki, płacimy za
pobyt w szpitalach. Bardzo często jest to pomoc żywnościowa. Czasami
wystarczy tym ludziom dać worek ryżu, by mogli przetrwać kolejne
dni. W programie mamy także obowiązek odwiedzania rodzin naszych
podopiecznych i pomaganie im.
Mieszkańcy Kambodży to w 95% buddyści. Jak wygląda sytuacja
Kościoła katolickiego w tym kraju?
Dla Kambodży, zwłaszcza druga połowa XX wieku to czas wielkiej
tragedii. 17 kwietnia 1975 roku, zaraz po zakończeniu wojny domowej,
władzę w Kambodży przejęli tzw. Czerwoni Khmerzy - komuniści z Pol
Potem na czele. Zamknęli szkoły i szpitale, zlikwidowali
uniwersytety, telewizję i rozgłośnie radiowe, zdelegalizowali
religię, zlikwidowali własność prywatną i pieniądze, wprowadzili
przydział żywności i reglamentację ubrań. Mieszkańców miast,
uznanych za pasożytów społecznych, wyrzucili siłą na wieś, gdzie pod
surową kontrolą pracowali w obozach pracy przymusowej.

Kościół katolicki w tym czasie został całkowicie zniszczony,
wymordowano księży i siostry zakonne lub zostali oni wysiedleni. W
1990 roku została przywrócona wolność religijna. W tym czasie
zaczęli wracać misjonarze i misjonarki. Rozpoczęła się odbudowa
struktur kościelnych. Obecnie Kościół katolicki organizacyjnie
składa się z jednego wikariatu apostolskiego w Phnom Penh i dwóch
prefektur apostolskich: Battambang i Kompong-Cham. W 1997 roku rząd
oficjalnie uznał Kościół. Wśród około 23 tysięcy katolików
(rodowitych Khmerów jest 6 tysięcy, pozostali to Wietnamczycy)
pracuje 25 księży.
Rząd w Kambodży prowadzi politykę prowietnamską i co za tym idzie
sytuacja Wietnamczyków jest bardzo dobra w odróżnieniu od Khmerów.
Ta sytuacja przenosi się na teren Kościoła. Odbudowa wspólnot
chrześcijańskich wśród Khmerów jest utrudniona właśnie ze względu na
dużą ilość Wietnamczyków, którzy są katolikami. Khmerzy nie chcą
chodzić do kościoła, gdzie liturgia jest sprawowana w języku
wietnamskim, w języku ich okupantów. W tej chwili liturgia jest
sprawowana w języku khmerskim, a w ważniejsze święta i uroczystości
Ewangelia i homilia wygłaszane są w dwóch językach. Ludność
wietnamska przychodzi na liturgię w języku khmerskim, ale z wielkim
żalem i pretensjami.
Czy Msza św. wygląda tak jak w Polsce?
Msza św. jest sprawowana na siedząco. Kapłan siedzi przy ołtarzu,
na wzór postaw jakie są w buddyzmie. Lud też uczestniczy we Mszy św.
siedząc na matach i oczywiście wszyscy, tak ksiądz jak i wierni, są
na boso. Nikt nie wchodzi do kościoła w obuwiu, czy nawet w
skarpetkach. Poprzez bose stopy wyrażają swój szacunek W czasie Mszy
św. nie ma wstawania, klękania, jedynie na moment przeistoczenia
jest przyjmowana postawa przyklęku, wtedy wierni siedzą na piętach
ze złożonymi rękami.
Warto podkreślić, że Mszę św. wzbogacają przepiękne śpiewy z
melodią zaczerpniętą z dawnych wieków. Szczególnie piękne są psalmy,
które są przetłumaczone na język khmerski i dostosowane rymami do
antycznych linii melodycznych. Także po czytaniu cały lud
zgromadzony śpiewa. Podczas większych uroczystości przez dzieci
wykonywany jest taniec błogosławieństwa, taniec rąk, który kończy
się sypaniem kwiatów.
Z czego w Kambodży ludzie się utrzymują?
Poważnym problemem jest bieda, wręcz nędza. Aż 75 % społeczeństwa
to analfabeci. Wiele razy spotykałyśmy się z przypadkami rodzin,
które przymierały głodem i podarowany przez nas worek ryżu był dla
nich ratunkiem przed śmiercią głodową. Zdarzyło się, że kiedy jednej
z rodzin zawiozłyśmy worek ryżu, kobieta wpadła w szał z radości,
gdyż dzień wcześniej ugotowała ostatnią garść, a w domu było
siedmioro małych, głodnych dzieci. Ze strony rządu nie ma żadnej
pomocy, natomiast wiele pomagają organizacje zagraniczne.
Głównym źródłem utrzymania jest uprawa ryżu i rybołówstwo. Choć i z
tym jest problem, gdyż Wietnamczycy wyławiali masowo ryby i wywozili
je do Wietnamu, a to czego nie udało się wyłowić zatruwali. Przemysł
został zniszczony całkowicie, nie ma fabryk.
Jak rodzina przyjęła decyzję Siostry o wyjeździe na misje?
Moja decyzja była dla nich trudna do przyjęcia, dlaczego tak daleko
i w takie trudne warunki, ale zawsze byli dla mnie ogromnym
wsparciem i są do dziś.
Dziękuję za rozmowę!
|