|
W dniach od 23 do 25 lutego w Ostrowie Wielkopolskim i Kaliszu
będzie gościł obraz Matki Bożej Stolicy Mądrości. Jego autorem jest
Marko Ivan Rupnik SJ. Został on ofiarowany przez Jana Pawła II
nauczycielom akademickim i studentom podczas Wielkiego Jubileuszu Roku
2000. Od tej pory pielgrzymuje po ośrodkach akademickich całego świata.
Serią artykułów w Opiekunie pragniemy przygotować się do tego
wydarzenia.
Pielgrzymująca
przez ośrodki akademickie świata mozaika Matki Bożej Stolicy Mądrości
nie jest ikoną w najbardziej klasycznym znaczeniu tego słowa. Można
jednak określać ją mianem ikony w znaczeniu szerokim. Jest to wizerunek
wykonany z elementów marmuru żółtego, czerwonego i białego, ze złota na
szkle, fragmentów metalu i porcelany. Zarówno marmur jak i zaprawa
zostały tu użyte tak, aby objawiała się ich prawdziwa natura, tzn.
materiał twardy, ostry. Ruch, zarówno wewnątrz figur jak i wokół nich,
jest zasygnalizowany przez ukierunkowanie kompozycji, przez wielkość
poszczególnych fragmentów, przez ich grubość.
Postać Maryi i Dzieciątka jest wyjątkowo intensywna, zwarta i żywa,
silna, ale jednocześnie pozbawiona jakiejkolwiek gwałtowności. Dlatego
też twarze Maryi i Dzieciątka przyciągają uwagę oglądającego. Z ich
oblicza emanuje uwaga, umiar, dostojeństwo. Przez sam fakt, że zostały
one sporządzone z kamieni, z marmuru, ich głębia zdaje się być na
początku przynajmniej nieco zakryta. Im bardziej jednak oko oswaja się
z fragmentami marmuru i zaprawą, tym bardziej otwiera się przed
człowiekiem wymowa wizerunku.
Spójrzmy najpierw na światło obecne w tym wizerunku. Kolory zostały tu
tak użyte, by stworzyć iluzję światła wydobywającego się z wnętrza
obrazu. To tzw. światło wewnętrzne jest czymś typowym dla klasycznej
ikony. Otóż w ikonach klasycznych nie jest ukazane żadne zewnętrzne
źródło światła. Wizerunek i światło nie są oddzielone. Światło emanuje
natomiast z wnętrza ikony, promieniuje w kierunku odbiorcy. Niezmiernie
często podkreśla to złote tło określane w słowiańskich podręcznikach
klasycznego ikonopisania „światłem” ikony. W naszym wizerunku złoto
dyskretnie wpisuje się w tło ikony, by swym blaskiem nie przyćmić
przesłania sceny na nim przedstawionej. Złoto w ikonie nie jest
kolorem. Należy ono do porządku światła. Ma ono symbolizować Boże
światło. Ikony są obrazami czasu przyszłego. Światło wewnętrzne ikon ma
symbolizować fakt wszechogarniania przedstawianych na nich postaci
Bożym światłem niebieskiego, wiecznego Jeruzalem, w którym postaci te
już przebywają. Dostrzegamy, jak blask Bożego światła odbija się,
promieniuje złotym odblaskiem na szatach Maryi.
Rodzi się jednak pytanie, dlaczego na wizerunku pragnącym ukazać
Stolicę, czyli - mówiąc językiem bardziej zrozumiałym dziś - Tron
Mądrości, ukazuje się Matkę Bożą z Dzieciątkiem. Idea takiego
przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem jako Stolicy - Tronu Mądrości
odwołuje się aż do Filona Aleksandryjskiego oraz do jego wpływu na myśl
ojców Kościoła. Filon uświadomił sobie, że poszukiwanie mądrości jest
ideałem wspólnym wszystkich ludów i jednocześnie, że mądrość prawdziwa
jest darem specjalnym, danym przez Boga dzieciom Abrahama. Zrodziło się
pytanie, czy połączenie tych dwu wymiarów jest możliwe. Odpowiedź
znaleziono w następującym sformułowaniu: Chrystus jako Mądrość
przychodzi od niewidzialnego Boga, ale jednocześnie przez Maryję
przybywa jako przedstawiciel rodzaju ludzkiego. To On łączy to co
boskie z tym, co ludzkie. By to zilustrować Euzebiusz nawiązuje do mitu
o Orfeuszu, który za pomocą przepięknego śpiewu oswaja drapieżne
zwierzęta. W ten sposób także Chrystus poprzez swój śpiew Bożej miłości
łączy to co ludzkie z tym, co boskie.
Ta refleksja Euzebiusza pozostawiła swój ślad w ikonografii. Oparcie
tronu, na którym zasiada Chrystus jako Mądrość ma kształt liry. Motyw
Maryjny nasuwa się spontanicznie. Nieożywiony tron, na którym w wielu
wizerunkach zasiada Chrystus, przeobraża się w tym wizerunku w tron
żywy. Jest nim Maryja. Ona, zasiadająca na tronie, którego oparcie
przesycone złotem, a więc Bożym światłem, nawiązuje do kształtu harfy
lub liry, staje się jednocześnie tronem dla Jezusa. Maryja jest żywym i
osobowym tronem, na którym może zasiąść Słowo Boga.
Na tej mozaice pełne blasku, ale jednocześnie i ruchu tło sprawia
wrażenie, że poszczególne fragmenty podążają, „biegną” w kierunku Matki
Bożej. Natomiast fałdy, mozaikowe linie na ubraniu Maryi „biegną” w
kierunku osoby Jezusa Chrystusa, odwiecznego Słowa Bożego.
To, co najbardziej rzuca się w oczy, to twarze Maryi i Dzieciątka. Są
one ukazane, tak jak w klasycznej ikonie, na wprost, bez żadnego
profilu, czy półprofilu. W twarzach natomiast dominujące są oczy,
mówiące o prymacie spojrzenia, duchowego oglądania w doświadczeniu
religijnym człowieka. Te oczy zdają się patrzeć na zewnątrz, w serce
świata, i do wewnątrz, w głębie tajemnicy Boga. Wydłużona twarz,
wydłużony nos wskazują, że chodzi tu o obraz duchowy tych postaci,
pomniejszone usta usuwają jakiekolwiek skojarzenia dotyczące jedzenia,
czy zmysłowego pożądania.
Twarz Maryi wyraża Jej skupienie, zanurzenie w głębi tajemnicy, postawę
kontemplatywną, zdolną jednak nawiązać więź z modlącym się przed
wizerunkiem. Jest to twarz pełna powagi, mówiąca o tym, że zna nie
tylko całą ziemską drogę Jej Syna aż po mękę i krzyż, ale także rozważa
to wszystko w swoim sercu (por. Łk 2, 19. 51).
Jezus nie został ukazany jako niemowlę, czy małe dziecko, ale jako
młodzieniec, by podkreślić, że Mądrość nie podlega upływowi czasu, nie
starzeje się, jest wieczna i wiecznie młoda.
Twarze Maryi i Jezusa otoczone są aureolami, symbolem świętości tych
postaci. W aureolę Jezusa wpisany jest krzyż. Okręgi aureoli Maryi i
Jezusa oraz lewa dłoń Jezusa ze zwojem wpisane są w trójkąt, który swym
wierzchołkiem skierowany jest w dół: znak, że to przez posługę Maryi
trójjedyny Bóg zstępuje na ziemię i przez Nią dokonuje się Wcielenie.
Nasze spojrzenie skierujmy obecnie na szaty Maryi. Jej szata
wewnętrzna, ledwie zauważalna po lewej i prawej stronie Jej twarzy,
jest koloru błękitu morza, zewnętrzna natomiast koloru intensywnej
czerwieni, przechodzącej w purpurę. Błękit morza to coś pośredniego
między kolorem błękitnym i granatowym. Ten kolor symbolizuje to, co
ziemskie, ludzkie, doczesne, przemijalne. Czerwień określana jest
natomiast przez Pseudo-Dionizego Areopagitę mianem rozpalenia, żaru,
aktywności.
Jest kolorem o dużej sile promieniowania. Jest to kolor bardzo aktywny,
przybliża się do odbiorcy. W tym wizerunku symbolizuje to, co Boże, żar
Ducha św. Purpura jest kolorem królów i kapłanów. Te kolory mają
zaświadczyć, że Maryja jest bytem ludzkim przebóstwionym oraz że jest
Królową.
Na Jej czole i na ramionach widoczne są trzy gwiazdy, symbol Jej
potrójnego dziewictwa: przed poczęciem i narodzeniem Jezusa Chrystusa,
w trakcie rodzenia Syna Bożego i po narodzeniu Go.
Chrystus jako osoba boska przyodziany jest w szatę koloru czerwonego.
Wierzchnia szata jest natomiast złota, co ma symbolizować Boży blask i
świętość, doskonałość Boga Ojca, którą Jezus wciela w 100%. Złota jest
także stuła, której fragment widzimy przewieszony przez prawe ramię
Jezusa. Jest to symbol ikonograficzny Chrystusa Arcykapłana. Fakt, iż
stuła jest złota oznacza, że Jezus jest Boskim Arcykapłanem na wieki.
W lewej ręce trzyma zwój, mający symbolizować, iż Jezus to Logos,
odwieczne Słowo Boga. Istotna jest tu zauważalna jedność między zwojem,
mówiącym o Słowie i obliczem. Podkreśla to fakt, iż Słowo jest Osobą,
Synem Bożym, który posiada twarz. Mądrość Boża jest żyjącą Osobą, co
więcej staje się bliska człowiekowi dzięki rzeczywistości Wcielenia.
Ikona podpowiada nam także, jak bardzo istotne dla mądrości są rozum i
serce. Lewa ręka Jezusa, trzymająca zwój, spoczywa niejako na Jego
sercu. Przekątne wizerunku przecinają się natomiast na czubku głowy
Jezusa, podkreślając wagę umysłu w dążeniu do mądrości, przeżywaniu jej
i bycia nią.
Prawą ręką Jezus błogosławi. Palce tej ręki ułożone są w geście
podkreślającym podstawowe dogmaty:
-o Bogu Trójjedynym (złączone trzy palce): Bóg jeden i jednocześnie
wspólnota Trzech osób,
- o dwu naturach boskiej i ludzkiej Jezusa Chrystusa (dwa pozostałe
palce).
(na podstawie materiałów otrzymanych od o. Marko Rupnika SJ)
o. Aleksander Jacyniak, SJ
|
Kilka słów o autorze
Marko
Rupnik urodził się w 1954 roku w miejscowości Zadlog w Słowenii.W
1973 roku wstąpił do zakonu jezuitów (Towarzystwa Jezusowego). Po
studiach filozoficznych rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych
w Rzymie, które zakończył odpowiednikiem naszej pracy magisterskiej
pt.: „Luigi Montanarini i problem interpretacji”. Kontynuował
następnie w Rzymie studia teologiczne na Papieskim Uniwersytecie
Gregoriańskim. W 1985 roku przyjmuje święcenia kapłańskie. Na tej
samej rzymskiej uczelni ukończył następnie studia specjalistyczne z
misjologii pracą pt.: „Wasilij Kandinskij jako klucz do lektury
znaczenia teologicznego sztuki współczesnej w świetle teologii
rosyjskiej”. W 1991 roku obronił pracę doktorską na Wydziale
Misjologii Uniwersytetu Gregoriańskiego, pisaną pod kierunkiem o.
Spidlika SJ (obecnego kardynała) pt.: „Znaczenie
teologiczno-misjonarskie sztuki w myśli Wiaczesława Iwanowicza
Iwanowa”.
Od 1991 roku pracuje w Rzymie w Centro Aletti przy Papieskim
Instytucie Wschodnim Orientale. Jest dyrektorem tegoż centrum,
które pragnie być ośrodkiem dialogu przedstawicieli Kościołów
Wschodu i Zachodu. Wykłada zarówno na Orientale jak i na
Gregorianie. Od 1995 roku jest dyrektorem Atelier Sztuki Sakralnej
Centrum Aletti. Od 1999 roku jest konsultorem Papieskiej Rady do
spraw Kultury. W 1999 roku wraz z Atelier Sztuki Centrum Aletti
wykonał mozaiki w kaplicy Redemptoris Mater, znajdującej się w
Pałacu Apostolskim, w którym mieszka Ojciec św. w Watykanie.
Oprócz udziału w wielu wystawach zbiorowych, wystawiał swe prace w
szeregu wystaw indywidualnych w różnych miastach rodzinnej
Słowenii, Chorwacji, Austrii, Włoszech, Stanów Zjednoczonych,
Rosji, Czech i Rumunii. |
|
Jakim go pamiętam...
Po
raz pierwszy spotkaliśmy się ponad 22 lata temu w Rzymie, gdy
zamieszkaliśmy razem w Colleggio del Gesu, przylegającym do
słynnego kościoła Il Gesu (Imienia Jezus), od którego styl barokowy
rozszedł się na cały świat. Razem rozpoczynaliśmy i razem
przeżywaliśmy, aż do pomyślnego końca, trzyletni podstawowy cykl
studiów teologicznych na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Na
kilkunastu wydziałach i instytutach tej prestiżowej rzymskiej
uczelni było wówczas na studiach stacjonarnych ponad 3000 studentów
z ponad 90 krajów świata. Markowi było wówczas z pewnością dużo
łatwiej niż mnie. Miał już za sobą kilkuletni pobyt w Wiecznym
Mieście związany ze studiami na rzymskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Radził sobie doskonale z językiem włoskim, znał wielu ludzi, znał
Rzym jak własną kieszeń. Dobrze radził sobie w środowisku typowo
międzynarodowym. Ja natomiast musiałem się tego powoli i mozolnie
uczyć.
Co pozostało w mej pamięci z tamtych lat, co dotyczyłoby osoby
Marka? Spotykaliśmy się często w naszej dużej, 84-osobowej
wspólnocie młodych jezuitów z prawie wszystkich kontynentów.
Spotykaliśmy się w podwspólnocie naszego rocznika/kursu oraz w
podwspólnocie jezuitów Słowian mieszkających w tym kolegium. Były
wspólne liturgie Najświętszej Ofiary, wspólne modlitwy, posiłki,
rekreacje, wycieczki, spacery... W tym samym czasie zdawaliśmy
egzaminy z przedmiotów, które nie zawsze budziły nasz zachwyt, czy
to ze względu na wykładaną materię, czy też sposób przekazu myśli
przez profesora. Razem przyjmowaliśmy święcenia diakonatu z rąk śp.
ks. kard. Eduardo Pironio w Wielki Poniedziałek 1985 roku. Łączyło
nas także zainteresowanie duchowością chrześcijańskiego Wschodu.
Mistrzem był w tym względzie dla nas jezuita, o. Tomas Spidlik SJ,
u którego pisał on w następnych latach swój doktorat. Było tego
wiele. Kontaktując się z nim uczyłem się chyba po raz pierwszy w
życiu otwierania na kogoś, w kim bardzo jednoznacznie zamieszkuje
dusza artysty. On uświadamiał mi, jak zróżnicowane może być
podejście Słowian do wielu, nawet najbardziej podstawowych spraw i
wartości. Z pewnością była w nim wówczas niespokojna, czasami wręcz
gniewna, ale jednocześnie twórczo poszukująca dusza...
Byłem świadkiem powstawania kilku jego obrazów. Jeśli dobrze
pamiętam, w tym czasie intrygowała go przede wszystkim twarz
Jezusa, którą malarsko zgłębiał inspirowany przede wszystkim przez
przekaz ikoniczny. Rozstaliśmy się w 1985 roku. Powróciłem wówczas
do Polski.
Po raz kolejny dane nam było spotkać się w 1999 roku, gdy przybyłem
do Rzymu na Kongregację naszego zakonu, a Marko był odpowiedzialny
za Centro Aletti przy Papieskim Instytucie Wschodnim Orientale.
Wykładał wówczas także na Orientale i na Gregorianie. Animował
również działalność Atelier Sztuki Sakralnej przy Centrum Aletti.
Pamiętam, że był to dla niego wtedy niezwykle gorący okres. Prawie
cały czas zajmowały mu mozaiki w kaplicy Redemptoris Mater,
znajdującej się w Pałacu Apostolskim. Gdy byłem w Rzymie prace były
już bardzo zawansowane. Sam Marko przybliżał mi ich niezwykle
głęboką i wieloaspektową symbolikę. Dla mnie dodatkowo intrygującym
był fakt, że mogłem dzięki niemu przebywać w tym samym domu, w
którym na stałe mieszka Papież (apartamenty papieskie znajdują się
bodajże piętro wyżej).
Gdy po raz kolejny przybyłem do Rzymu w lutym 2000 roku, tym razem
na ogólnoeuropejskie spotkanie jezuitów zaangażowanych w posługę
Ćwiczeń Duchowych (rekolekcji ignacjańskich), dane mi było gościć w
Centro Aletti oraz zwiedzić tamtejsze Atelier Sztuki Sakralnej i
wydawnictwo. Przy okazji tego spotkania podarowałem mu moją książkę
„Świat ludzkich kryzysów”. On obdarował mnie kilkoma swymi
publikacjami, wśród których znalazła się także książka pt.: „Cerco
i miei fratelli”, będąca refleksją nt. Józefa egipskiego (książka
ta ukazała się także w tłumaczeniu na język polski. Lektura tej
publikacji stała się dla mnie istotną zachętą do poszukiwania nici
łączących postać Józefa egipskiego ze św. Józefem, które spisałem
następnie w I rozdziale mej książki pt.: „Ze świętym Józefem na
przełomie tysiącleci”. Marko opowiadał mi także podczas tego
spotkania o działalności powyższych instytucji, o poszukiwaniu dróg
dialogu między chrześcijaństwem Wschodu i Zachodu oraz szerzej
między całym europejskim Wschodem i Zachodem.
Nadmiar zajęć, który na różnych poziomach i w różnych zakresach
towarzyszy i Markowi i mnie oraz odległość geograficzna sprawiły,
że nasz kontakt jest sporadyczny. Choć spotykamy się rzadko i
równie sporadycznie dzielimy się różnymi refleksjami, jestem
przekonany, że to, co robi Marko jest poszukiwaniem przywracania
ducha sztuce, jest wysiłkiem łączenia jej ze światem najgłębszych
wartości, jest ostatecznie poszukiwaniem tego „Piękna, które zbawi
świat”.
o. Aleksander Jacyniak SJ |
|