|
Dzięki internetowi mogłem przeczytać list ks. Piotra Schewiora z
dalekiej Brazylii i przy okazji troszkę porozmyślać, jak wielki i
różnorodny jest Kościół, a przecież zawsze jeden i ten sam. Tam w
Brazylii ogromne parafie, ludzie czekający na księdza, mnóstwo różnych
zajęć, że zapewne człowiek nie wie, jak wszystkiemu podoła; a u mnie
wszystko, a może prawie wszystko odwrotnie.
Trochę historii i geografii
Miejsce, w którym obecnie żyję - Archangielsk - leży na północy
europejskiej części Rosji nad rzeką Północną Dźwiną, która w odległości
30 km od miasta wpada do Morza Białego. Archangielsk został założony w
1584 roku przez Iwana Groźnego i do momentu powstania Sankt Petersburga
był jedynym portem Rosji. Nazwę miasto wzięło od klasztoru
prawosławnego św. Michała Archanioła, który na tym odludziu był 300 lat
wcześniej niż miasto.
W związku z portem i kontaktami z Europą było to miasto międzynarodowe
i kupieckie. Zawsze silna była kolonia niemiecka, holenderska i
angielska. Do dzisiejszego dnia stoją budynki byłego kościoła
luterańskiego (obecnie wykorzystywanego jako sala filharmonii) i
anglikańskiego (znajdują się tam różne urzędy i firmy).
Patrząc na sytuacje religijną, oczywiste jest, że Archangielsk to
miasto prawosławne. Do rewolucji znajdowały się tutaj 33 cerkwie i
katedra. Prawie wszystkie świątynie zostały zniszczone w czasach
sowieckich i do dzisiejszego dnia jest to jedyne miasto europejskiej
części Rosyjskiej Federacji, gdzie nie ma katedry. Prawosławny biskup
Tichon sprawuje liturgię w małej cerkwi znajdującej się na cmentarzu.
Jednak trzeba przyznać, że prawosławna cerkiew po tylu latach
prześladowań i męczeństwa, może powoli, ale się odradza.
Dzisiejszy Archangielsk to 350-tysięczne miasto; stolica oblasti, która
terytorialnie jest równa Francji, ale zamieszkuje ją tylko 1,5 miliona
mieszkańców.
Należy też wspomnieć, że chociaż Archangielsk znajduje się poniżej koła
podbiegunowego, to jednak można tutaj zrozumieć, co znaczą białe noce
(czytać bez światła książkę o drugiej, trzeciej godzinie w nocy) i
ciemne zimowe dni. Najkrótszy dzień 23 grudnia liczy sobie od wschodu
do zachodu słońca tylko 3,5 godziny. A do tego dochodzi niskie niebo,
chmury, deszcze, śnieg i wilgoć.
Historia parafii katolickiej
Zaczęła się ona w pierwszej połowie XIX wieku i była związana z tym, że
wśród żołnierzy w miejscowym garnizonie byli katolicy polscy i
litewscy. Kilka pierwszych lat ksiądz tylko dojeżdżał od czasu do czasu
i chociaż miejscowe władze występowały z inicjatywą skierowania na
stałe księdza do Archangielska udało się to dopiero w 1846 roku. Wiemy,
że wtedy w mieście i na jego obrzeżach żyło ponad tysiąc katolików.
Pierwszy kościół był zbudowany w 1861 roku, a po pożarze był postawiony
nowy w 1896 roku. Proboszczem parafii był wtedy ks. Bolesław Filipowicz.
Parafia została zamknięta w początkach sowieckiej władzy w 1920 roku.
Archangielska oblast była oczywiście terenem zsyłek, ale wielu Polakom
udało się dostać do armii gen. Andersa, a kto mógł wyjechał po
zakończeniu wojny. Czasy powojenne to przybycie na północ wielu ludzi z
Ukrainy, Białorusi i osób o katolickich korzeniach. Przyjeżdżali oni
tutaj pracować, tym bardziej, że na Północy istniały różne dodatki
finansowe. Ci właśnie ludzie dali początek katolickiej parafii w latach
dziewięćdziesiątych XX wieku. Od 1993 roku kilka razy w roku
przyjeżdżał z Petersburga ks. Krzysztof Pożarski, a od 2000 roku na
stałe pracował w Archangielsku ks. Bogdan Lewandowski z diecezji
płockiej. To on zorganizował fundamenty parafii, przygotowywał do
sakramentów, kupił mieszkanie, gdzie spotykamy się na modlitwie w dni
powszednie. W niedziele jest wynajmowana sala w Domu Kultury. Obecnie
trwają starania o pozwolenie na ziemię i budowę małej kaplicy. Małej,
dlatego, że wspólnota nie jest wielka. Na niedzielnych Mszach św.
gromadzi się około 40 osób. Oprócz nich jest dziesięcioosobowa
wspólnota w Siewierodwinsku (40 km od Archangielska) i w Kotlasie (600
km).
Co dalej?
Jest to trudne pytanie i sam szukam na nie odpowiedzi. Oczywiście
obecność księdza jest też potrzebna w takich małych, oddalonych od
centrów kościelnego życia wspólnotach. Ale co robić, żeby tę wspólnotę
rozwijać? Zdaję sobie sprawę, że jak mówił św. Paweł, "kto stoi w
swojej wierze, niech patrzy, czy aby nie upadł".
Msze św. są odprawiane codziennie, w soboty spotykamy się, aby
pogłębiać znajomość Pisma Św. W najbliższym czasie z grupą młodzieży
(trochę międzynarodowa: peruwiańsko-nigeryjsko-rosyjsko-polska; proszę
się nie dziwić, to są studenci, którzy na dłużej lub na krócej
pojawiają się w naszym mieście) jedziemy na dwa dni do Wołogdy.
Troszeczkę pozwiedzamy i spotkamy się z tamtejszą, także małą,
wspólnotą katolicką. A potem adwent, rekolekcje, może wspólna wigilia.
Oczywiście tej pracy dla mnie nie jest na razie bardzo dużo, dlatego
staram się czytać, doskonalić język rosyjski, próbuję troszeczkę
hiszpańskiego i angielskiego. Prawie nauczyłem się grać na gitarze.
Poza tym są różne spotkania z ludźmi. Jakoś tak zaprzyjaźniliśmy się z
pastorami z Kościoła zielonoświątkowego, metodystów i co jakiś czas
staramy się spotkać, porozmawiać, pomodlić.
Jest to więc zupełnie inna praca niż w Polsce, inna niż w Brazylii,
inna niż zapewne w wielu innych regionach, ale to wszystko jeden
Kościół. Wracając do tytułu, to rzeczywiście mamy śnieg, temperatury na
razie skaczą wokół zera, 100 metrów od mojego bloku na całego idą
treningi panczenistów i hokeistów i jest biało.
Serdecznie wszystkich pozdrawiam i dziękuję tym, co mnie podtrzymują
materialnie i duchowo. Szczególnie proszę o modlitwę. Jeśli będą u mnie
jakieś zmiany dam znać.
Rajmund Gruszka
|